Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elif Şafak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elif Şafak. Pokaż wszystkie posty

2012-09-20

"Czarne mleko" Elif Şafak

Od kiedy tylko Czarne mleko pojawiło się na polskim rynku, bardzo chciałam tę książkę przeczytać, zwłaszcza, że za sobą miałam lekturę dwóch innych powieści Şafak, które stanowiły wielce satysfakcjonujące literackie spotkania. Tak więc udało mi się wreszcie nabyć, polskie tłumaczenie właśnie – ładna szata graficzna, oprawa twarda, trudno, przeboleję te parę groszy (zwłaszcza, że nie żałowałam wydawać pieniędzy na dodatkowy bagaż, aby tylko móc przewieźć z Polski jak najwięcej książek!). Sama lektura? Średnia.

Temat bardzo mnie zainteresował – depresja poporodowa. I nie dlatego, że jestem nieprzyjemną osobą, która nie chce posiadać potomstwa, ale chętnie poczyta, jak innym jest z nim źle, ale dlatego, że jestem dość przyjemną (jeśli mam ochotę), współodczuwającą osobą, która nie chce, by jakiekolwiek kobiece sprawy były jej obce. Cieszę się, że o depresji poporodowej mówi się coraz więcej (jak również i o tym, że można po prostu dzieci NIE CHCIEĆ mieć, ale to osobny temat), co prowadzi do pełniejszego zrozumienia kobiet, które, zostając matkami, odkrywają, że macierzyństwo to niekoniecznie tylko słodki raj i ostateczne spełnienie wszystkich marzeń. Jednak, szczerze? W Czarnym mleku niewiele jest o tej depresji. Większość książki to pewnego rodzaju analiza osobowości przeprowadzona na samej sobie, ale jest to analiza zupełnie powierzchowna. Wydaje mi się, że obsadzenie siebie w centrum całej powieści było błędem. Rozumiem, że książka miała być dla Şafak pewną terapią, i że dlatego chciała pisać właśnie o sobie, ale szkoda, że wygląda to ostatecznie jakoś... sztucznie i infantylnie. Być może turecka pisarka nie chciała ranić bardziej szczerymn i osobistym pisaniem najbliższych, jak również i swojego dziecka (a właściwie, obecnie, w liczbie mnogiej – dzieci). Próbuje przedstawić całą sytuację z przymrużeniem oka, z humorem, ale nie wychodzi to specjalnie zabawnie, raczej nijako. Wielka szkoda, bo to naprawdę interesujący, a w literaturze niedostatecznie wyeksploatowany, temat i chyba byłoby lepiej, gdyby autorka przedstawiła wyimaginowaną historię, gdzie główna bohaterka cierpiałaby na podobną depresję, zamiast pisać o sobie.

Fragmenty o innych pisarkach i ich podejściu do macierzyństwa są ciekawe, ale udowadniają jednak tylko truizm, że trudno przewidzieć czy komuś posiadanie dziecka zaszkodzi, wyjdzie bokiem, zainspiruje, czy uskrzydli. Poza tym, daje to też wrażenie wyizolowania tematu – „No to proszę bardzo - macierzyństwo u pisarek, a tak w ogóle to ja też jestem pisarką, mam tyle spraw na głowie, tyle osobowości, czy mogę być matką?” A depresja poporodowa dotyka nie tylko pisarki, czy, ogólnie, kobiety zajęte Ważkimi Biznesami, ale także te, które od dziecka marzyły tylko i jedynie o zostaniu żonami i matkami. Niby Şafak trochę wspomina i o tym, ale jednak ma się wrażenie, że ta książka została napisana... wyłącznie dla niej. I w porządku, nie mam nic przeciwko terapeutycznemu pisaniu, ale nie wiem czy należy od razu to pisanie publikować... Czytało się przyjemnie, lekko, tylko że spodziewałam się zupełnie innego literackiego kalibru i bardziej dogłębnego omówienia tematu. Trudno.

2012-04-23

"Bękart ze Stambułu" Elif Şafak

Fantastyczna, wciągająca, niezwykła, skłaniająca do przemyśleń, bliska, błyskotliwa... Iloma jeszcze błahymi określeniami mogę opisać tę powieść? Pchli pałac także zajął mnie na wiele godzin, zajął mnie z powodzeniem, ale Bękart zupełnie mnie zaskoczył swoją niesamowitością. Chcę mieć wszystkie książki Şafak, a nie będzie o nie aż tak łatwo, bo nie jest ona w USA tak popularna jak w Polsce.

Zaczyna się od deszczu, a raczej od dziewczyny idącej w deszczu. Nie jest to jednak melodramatyczny spacer zagubionego maleństwa. Zeliha jest dziewiętnastolatką pełną złości, a wybiera się do ginekologa, aby usunąć ciążę. Będąc już w gabiniecie, nieśmiadoma, pod narkozą, przeraźliwie krzyczy, co sprawia, że lekarz nie podejmuje się zabiegu. Dziewczyna rozumie to jako znak i postanawia urodzić dziewczynkę. To pierwszy rozdział pt. „Cynamon,” zaledwie wprowadzenie.

W dalszych rozdziałach spotykamy się już z córką Zelihy, Asyą. Poznajemy też inną dziewczynę w wieku Asyi – Armanoush. Podczas gdy rodzina Zelihy zamieszkuje Stambuł, Armanoush żyje w USA. Losy obu dziewczyn splotą się ze sobą ciasno, niczym warkocz, pomimo ich bardzo odmiennych charakterów. Asya jest równie pełna złości, co jej matka. Nie znając swojego ojca, gardzi przeszłością. W myślach układa swój prywatny manifest nihilistyczny. A poza tym uwielbia muzykę Johnny'ego Casha. Armanoush natomiast nie potrafi żyć bez książek. Spokojna i nieśmiała, przytłoczona duszną miłością matki i licznej rodziny ojca. Jej rodzice rozwiedli się, gdy była malutka, teraz spędza część roku ze swoją matką i ojczymem, a pozostałe miesiące z ojcem i jego rodziną – ormiańską rodziną.

Tak, jednym z przewodnich tematów książki jest Rzeź Ormian, czyli systematyczne wymordowywanie i deportowanie ludności ormiańskiej przez Imperium Osmańskie w latach 1915-1917. Zamieszkała w Stanach rodzina Tchakhmakhchianów bezustannie wspomina te wydarzenia, kultywując w sobie nienawiść do Turków. Ten bagaż przeszłości przekazują również Armanoush, której ojczym obecnie jest... Turkiem – bratem Zelihy. Dziewczyna pewnego dnia postanawia wybrać się w sekrecie przed obojgiem rodziców do Stambułu, aby odnaleźć dawny dom babki Shushan i zatrzymuje się właśnie u rodziny ojczyma.

Historia Ormian i Turków nieustannie przypominała mi o pewnej polskiej historii... Historii Polaków i Żydów. Nie jest ona identyczna. Polacy nie byli odpowiedzialni za Holocaust, ale chyba niewielu obecnie ludzi, oprócz narodowców, będzie szło w zaparte twierdząc, że Polacy nie wyrządzali Żydom krzywdy, a czasem wręcz nie pomagali nazistom (być może byli zmuszeni, być może nie byli zmuszeni). Podobieństwo leży chyba najbardziej w fakcie, że rodzina Armanoush, należąca do amerykańskiej diaspory Ormian, jest najbardziej pamiętliwa względem Turcji. Bohaterka doznaje szoku rozmawiając z ormianinem zamieszkałym w Stambule, który wyznaje jej jak bardzo kocha to miasto, a na sugestię dziewczyny, że może pomóc mu uciec do USA, jeśli jest w Turcji szykanowany, mężczyzna wyraża jedynie zdziwienie. Analogicznie, mam wrażenie, że diaspory żydowskie w Stanach są chyba najbardziej negatywnie do Polaków nastawione. Wnioskuję to z wielu zasłyszanych opinii, nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, więc moje porównanie jest lekko na wyrost. Nie ukrywam, że można sytuację te porównać także do stosunków polsko-niemieckich. Dla przeciętnego Polaka Niemiec to wciąż nazista, chociaż nawet starsi ludzie stamtąd nie mają i nie mieli absolutnie nic wspólnego z dawnym reżimem. Niektórzy Polacy, podobnie jak Żydzi, wciąż oczekują przeprosin od ludzi i krajów, które, owszem, współczują, ale nie odczuwają żadnego związku z popełnionymi okropnościami.

Şafak porusza te trudne kwestie w inteligentny i obiektywny sposób, zwraca uwagę na to, że poczucie bycia ofiarą, jak i kompletna, albo częściowa, amnezja odnośnie własnej historii (bo nie jest wygodna), mogą prowadzić do nieporozumień, a nawet wzajemniej nienawiści. Ani zdecydowana postawa ofiary, ani tego, który „zapomniał” historii nie jest rozwiązaniem w podobnych konfliktach, ale... spotkanie, rozmowa, chęć zrozumienia. To niby takie oczywiste, ale jednak obserwuje się to w historii i w relacjach międzynarodowych tak rzadko.

Ta recenzja jest już okrutnie długa, ale musicie wiedzieć, że oprócz tej kwestii książka skrywa znacznie więcej... Między innymi kilka nieprzyjemnych i przerażających sekretów. Poza tym sporo odwołań do literatury, muzyki popularnej, a przede wszystkim, o mój dobry Boże: JEDZENIE. Niesamowite nazwy potraw, nie znam ich wszystkich, ale same nazwy czasem wystarczą, by zgłodnieć. Kuchnia turecka jest niesamowita, tyle w niej smaków! A na dodatek autorka nam podaje przepis na deser aşure! Nie żebym spróbowała go robić, ale samo przeczytanie przepisu wprawiło mnie w ekstazę.

Książkę czyta się naprawdę wspaniale. Ja nie mogłam się oderwać i, bodajże w sobotę, nie zrobiłam prawie nic, tylko czytałam Bękarta ze Stambułu. Polecam absolutnie wszystkim!

2010-11-23

"Pchli pałac" Elif Şafak

Jest takie jedno marzenie wielu ludzi, uchodzące za odwieczne, żeby podglądać sąsiadów, albo lokatorów jakiegoś bloku, domu czy kamienicy. Marzenie, żeby oglądać te bloki tak, jakby ktoś (lub coś) usunął z nich jedną ścianę odsłaniając wszystkie mieszkania. To nigdy nie należało do moich marzeń, ale i tak podobała mi się powieść Elif Şafak, gdzie autorka usuwa ścianę z jednej kamienicy zwanej Pałacem Cukiereczek.

Lubię, kiedy bohaterów jest wielu, a mimo wszystko ich losy współoddziałują na siebie. Lubię to, mimo iż, lub właśnie dlatego że, to takie nierealne. Nawet ostateczne podsumowanie, bardzo humanistyczne, ale również złowieszcze, twierdzące, że "to, co uważamy za przypadek, podkreśla jedynie znaczenie tego, co jest wynikiem naszych osobistych działań", jest równie nierealne. Ale czaruje mnie. Jedno drugiego wcale nie wyklucza.

Wydaje mi się, że ta książka, przede wszystkim, poza przypadkami, logiką, nieznanym i realnym, poza owadami i ludźmi, opiewa władzę jaką posiada twórca. To właśnie on usuwa dla nas tę ścianę, tworzy lokatorów, rozstawia ich dla nas jak lalki w domu dla lalek... A potem na końcu przyznaje się, że napisał tę powieść w więzieniu, aby przezwyciężyć strach przed robactwem. Wiem, że ujawnianie się twórcy, zwłaszcza we wstępach i zakończeniach, czy gdziekolwiek, była praktykowana już milion razy. Ale Şafak robi to tak rozbrajająco szczerze. "Podobało się wam przedstawienie? No, mnie też, mogłam zabić jakoś czas tworząc je dla was. Dziękuję."

A poza tym: Ach, ta Turcja. Taki mi się ten kraj odległy wydaje, a taki bliski przez swoje hermetyczne szaleństwo.