Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą organizacyjne i życiowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą organizacyjne i życiowe. Pokaż wszystkie posty

2012-03-08

Wyzwanie azjatyckie!

Z radością zgłosiłam się do wyzwania Literatura w Azji, Azja w literaturze, które skupia się na Dalekim Wschodzie oraz Azji Południowowschodniej. O ile te pierwsze regiony ostatnio eksploruję nienajgorzej (zwłaszcza Chiny), o tyle o tym drugim nie mam zielonego pojęcia. Tym bardziej się cieszę, że mogę nadrobić braki i zapoznać się z nieznanymi mi krajobrazami, zwyczajami, historiami i pomysłami. Głównie zależy mi na literaturze z tych krajów, ale na pewno nie będę stronić od literatury wspomnieniowej, czy podróżniczej, zwłaszcza, że w przypadku niektórych krajów nie ma wyboru. Ciężko np. o powieść pisarza z Timoru Wschodniego, nawet w języku angielskim (a w tym języku właśnie będę przede wszystkim czytać). To zresztą świetna okazja, żeby zapoznać się z dobrą literaturą podróżniczą, ewentualnie reportażową, bo niewiele jej jak dotąd czytałam.

Głównym celem wyzwania jest literacka wędrówka przez wszystkie kraje, więc dobrze by było, gdyby przynajmniej literaturą reportażową / podróżniczą choć trochę o dany kraj zaczepić. Odwiedzenie wszystkich krajów to oczywiście ideał. Czy uda mi się? Zobaczymy.

Aby być bardziej zorganizowaną, przygotowałam sobie mapkę podróży i listę lektur. Moje podróże będą tak naprawdę w dwóch osobach. Jeden podróżnik (niebieski na mapce) pozostaje w Chinach i po nich będzie podróżował. Wiąże się to z tym, że książek o Chinach mam o wiele więcej, niż książek o jakimkolwiek kraju południowowschodniej Azji (tych właściwie w ogóle jeszcze nie mam, jedna wspomnieniowa o Birmie idzie do mnie pocztą). Drugi podróżnik (czerwony) śmiało przekracza granice i byłoby cudownie, gdyby udało mi się czytać książki właśnie w takiej kolejności, w jakiej on podróżuje (przeciwnie do wskazówek zegara, chociaż z lekkim zygzakiem), ale taki plan może się nie udać. Na razie np. raczej nie mam żadnej lektury do Brunei, stąd samotna czarna kropka. Zapomniałam też zaznaczyć kropką Singapur, ale tam także się wybieram wraz z czerwonym podróżnikiem.


A teraz lektury. Naturalnie na pewno wszystkich nie uda mi się przeczytać, ale lubię mieć zawsze jakiś wybór. Może być też tak, że będę dodawała nowe pozycje na tej liście w ciągu trwania wyzwania. Podaję tytuły w takim języku, w którym będę książkę czytać (na razie po polsku jedynie Theroux). Na początek reportaże / podróżnicze tytuły „ogólniejsze.” Co do tej trzeciej książki, to bardzo się waham, więc może z listy wypaść:

A Fortune-Teller Told Me Tiziano Terzani
Pociąg Widmo do Gwiazdy Wschodu Paul Theroux
The Spice Islands Voyage: The Quest for the Man Who Shared Darwin's Discovery of Evolution Tim Severin
A Dragon Apparent: Travels in Cambodia, Laos & Vietnam Lewis Norman


Chiny:
Wild Swans Jung Chang
The Vagrants Yiyun Li
Beijing Coma Ma Jian
Soul Mountain Gao Xingjian
Shanghai Girls Lisa See


Wietnam:
The Tapestries Kien Nguyen
The Sacred Willow: Four Generations in the Life of a Vietnamese Family Duong Van Mai Elliott
Paradise of the Blind Dương Thu Hương


Laos:
A Dragon Apparent: Travels in Cambodia, Laos & Vietnam Lewis Norman


Kambodża:
Her Father's Daughter Alice Pung
When Broken Glass Floats: Growing Up Under the Khmer Rouge Chanrithy Him


Tajlandia:
Sightseeing Rattawut Lapcharoensap


Birma:
Everything Is Broken: A Tale of Catastrophe in Burma Elizabeth Larkin
From the Land of Green Ghosts: A Burmese Odyssey Pascal Khoo Thwe


Malezja:
The Harmony Silk Factory Tash Aw
The Rice Mother Rani Manicka



Singapur:
A Different Sky Meira Chand


Indonezja:
Child of All Nations Pramoedya Ananta Toer


Timor Wchodni:
The Crossing: The Story of East Timor Luis Cardoso


Filipiny:
Ilustrado Miguel Syjuco
Touch Me Not José Rizal
The Last Time I saw Mother Arlene J. Chai


Japonia:
Kitchen Banana Yoshimoto


Korea:
Once the Shore Paul Yoon
Please Look After Mother Kyung-Sook Shin
Nothing to Envy: Ordinary Lives in North Korea Barbara Demick


No cóż, pozostaje mi życzyć sobie samej powodzenia!

2012-02-15

Rekomendacje z bloga "A Striped Armchair"

Jednym z moich ulubionych blogów w języku angielskim jest A Striped Armchair. Jego właścicielką jest Eva. Ostatnio postanowiła ona rozpocząć nową serię postów, gdzie polecałaby książki danym molom książkowym, którzy uprzednio wysłali jej mailem tytuły i krótkie opisy około 10 ulubionych książek. Na ich podstawie Eva tworzy rekomendacje. Jak tylko to zobaczyłam, skompilowałam swoją listę i zgłosiłam się, ponieważ od wielu, wielu miesięcy śledzę jej posty i jestem pod wrażeniem jej czytelniczego gustu, otwartego na przeróżne gatunki oraz autorów najrozmaitszych narodowości. Byłam pierwsza! Wczoraj właśnie otrzymałam swoje rekomendacje, którymi jestem zachwycona, zwłaszcza, że o wielu tych książkach i autorach wcześniej nawet nie słyszałam. Jeśli jesteście ciekawi, jakie to rekomendacje, albo jakie książki podałam jako swoje ulubione (wymieszałam trochę tych ulubionych forever i ulubionych w ciągu ostatnich kilku miesięcy), to wystarczy kliknąć tutaj.

2011-12-31

2011



2011 był dziwny i trochę bolesny. Prywatne trzęsienia ziemi. Rok rozpoczęty wczytywaniem się w dziadowskie horoskopy w poszukiwaniu wskazówek życiowych, a zakończony nieśmiałą myślą, że wiem co mam w ciągu kolejnych lat do zrobienia (już bez pomocy horoskopów). To pierwszy taki rok od paru lat, kiedy to dowiedziałam się o sobie tak wiele.

Ale teraz ten rok już minął, co przynosi pewną ulgę, jednak czy nowa data zmienia cokolwiek? 2012, jeśli będzie dobry, nie byłby tak dobry bez bolesnych i nieznośnych zmagań roku 2011.

Czytelniczo odkryłam sto tysięcy światów, chociaż dopiero w drugiej połowie roku. Niespodziewanie w centrum mojego czytelniczego zainteresowania znalazły się Chiny, co pewnie ewoluuje w zainteresowanie literaturą innych krajów azjatyckich. Od dłuższego czasu także fascynuję się literaturą amerykańskich imigrantów, czy literaturą etniczną USA - krótko mówiąc, autorów, którzy w swoim pochodzeniu mają (co najmniej jeden) łącznik (przynajmniej w pisowni angielskiej) - Mexican-American, Chinese-American, Cuban-American, African-American itd. Powoli odkrywam też poezję latynoamerykańską.

Nie wszystko, co czytam jest odzwierciedlone na blogu. Niestety, ponieważ początkowym zamysłem było zapisywanie wrażeń ze wszystkich przeczytanych książek. Ale czasami nie ma co się zmuszać. Poza tym nie jestem zbyt wielką fanką recenzowania książek naukowych, albo niektórych non-fiction, a ich przeczytałam w tym roku co najmniej z tuzin. Ciężko też recenzować poezję, przynajmniej mnie, więc to też odpadło.

Chciałabym też, żeby ten blog odrobinę się zmienił. Przez ten rok trochę zapomniałam, że to przede wszystkim moje miejsce, którego organizowanie ma być dla mnie przyjemnością. Zamiast tego często dawałam się zamknąć w formułce tego, jak blog książkowy i notki na nim powinny wyglądać. Postaram się teraz częściej pisać o tym, o czym chcę. Może więcej będzie notek o lekturach, w trakcie których jestem, bo zauważyłam że mam więcej do powiedzenia o książce, kiedy ją właśnie czytam, niż wtedy kiedy ją skończę. Być może będzie więcej cytatów i wypisów (niekoniecznie po polsku). A może zwyczajnie trochę więcej tzw. "prywaty," co niekoniecznie należy mylić z "wynurzeniami osobistymi i schizami." Od tego mam innego sekretnego bloga ;)

Mam przeczucie, że 2012 będzie albo rokiem końca świata, albo najlepszym rokiem w moim życiu.

Jakkolwiek by on nie wyglądał, nie zabraknie w nim książek.


Na koniec, na pokprzepienie mojej imigracyjnej duszy, ten oto wiersz Stanisława Barańczaka przytaczam w całości (fragment o zawiązywaniu sznurowadła już nieaktualny, ale reszta, że tak powiem, "jak w mordę strzelił"):



DRUGA NATURA

Po paru dniach oko się przyzwyczaja
do wiewiórki, szarej, a nie rudej jak Pan Bóg przykazał,
do samochodów, przeciętnie o półtora metra za długich,
do zbyt czystego powietrza, w którym rysują się świeżo malowane
reklamy na dachach, obłoki i pożarowe drabinki.

Po paru tygodniach przyzwyczaja się ręka
do innej pisowni jedynki i do nieprzekreślania siódemki,
nie mówiąc o opuszczaniu kreski nad "n" w podpisie.

Po paru miesiącach nawet język umie układać się w ustach
w ten jedyny sposób, który zapewnia właściwą wymowę "the".
Jeszcze parę miesięcy i, przyklękając na ulicy, aby zawiązać sznurowadło,
uświadamiasz sobie, że robisz to, aby zawiązać sznurowadło,
nie po to, aby rutynowo zerknąć przez ramię,
czy ktoś za tobą nie idzie.

Po paru latach śni się sen:
stoisz przy zlewie w kuchni leśniczówki
w pobliżu miejscowości Sieraków, gdzie po maturze, nieszczęśliwie zakochany, spędzałeś wakacje,
twoja lewa dłoń unosi czajnik, prawa kieruje się w stronę gałki kranu.
Sen, jakby uderzył w ścianę, staje nagle w miejscu,
z męczącym natężeniem skupiając się na niepewnym szczególe:
czy gałka była porcelanowa, czy mosiężna.
Śpiąc jeszcze, wiesz przeraźliwie jasno, że od tego wszystko zależy.
Budząc się, wiesz równie jasno, że nigdy się nie przekonasz.


2011-11-18

Zastój, przestój.

autor: sesfitts


Zrobił się listopad, w całej strefie umiarkowanej na całym świecie. U mnie świeci słońce, już przybite i niepewne. Zimne. Nie wiem czy "zastój" to właściwe słowo na moje obecne czytelnictwo. Przecież czytam. Tylko, że dwie cegły. IQ84 Murakamiego wydane w jednym tomie (jestem w połowie) oraz Shirley Charlotte Brontë. I mam nauczkę, żeby naraz nie czytać dwóch cegieł, bo teraz nie wiem, kiedy będzie mi dane przeczytać coś nowego.

A kolejka czeka!

Chciałabym nabyć książki, które zdobyły National Book Award. Salvage the Bones Jesmyn Ward bardzo mnie intryguje podjętym tematem. Podobnie zwycięska poezja.

Ostatnio podczytuję poezję Pabla Nerudy, mam dwujęzyczny zbiór jego wierszy - angielskie tłumaczenie i hiszpański oryginał. Nawet fakt, że angielskie tłumaczenie jest wyraźnie bardziej "wydumane" od oryginału (i pozwala mi to stwierdzić jedynie średnia znajomość języka hiszpańskiego) nie przeszkadza mi w rozkoszowaniu się tą poezją. Gdzież ten Neruda się podziewał całe moje życie?

2011-10-07

O sztuce pisania powieści i o nagrodach literackich refleksji kilka...

Ostatnio zdarzyło mi się przeczytać jedną z tych książek wydaj-sobie-sam, aby przekonać się jakiej jakości mogą być utwory spod znaku self-publishing. Jej tytuł, ani autor/ka, nie są ważne, bo nie chodzi o to, żeby się pastwić i wyżywać, a podzielić pewną refleksją, która mnie naszła, gdy czytałam tę książkę. Nazwijmy ją więc Książką X.

Zacznijmy od tego, że autorowi/autorce należą się brawa za ukończenie powieści. Ja sama zaczynałam ich tryliony, ale nigdy nie udało mi się z czymkolwiek wyjść poza 5 pierwszych stron. Aby ukończyć książkę potrzeba nie lada determinacji i dobrze, że autor/ka ją posiada, jeśli chce kontynuować pisanie. Ale skupmy się na samej książce: Historia była przewidywalna, bohaterowie jak z papieru, dialogi sztywne. Trudno, taki jest w końcu charakter wielu wydawnictw dostępnych na rynku, niektóre z nich stają się nawet bestselleremi. Co jednak razi najbardziej, i czego w utworach na księgarnianych półkach nie znajdziemy, to koślawe, ciężkie, niejednokrotnie zwyczajnie śmieszne, zdania.

Napisać powieść! To jeszcze jest do zrobienia. Ale napisać przekonujące, poprawne, lekkie zdania, z których powieść się składa – to już dość śliski, zdradliwy grunt. Tego właśnie nauczyłam się z tej książki – że pisać powieść trzeba tak, aby... czytelnik nie dostrzegał zdań! Czytając Książkę X często nie można było się skupić na tym, co się działo, bo co chwila wzrok i mózg czepiał się zdań, w których było coś nie tak – a to przecinek nie w tym miejscu gdzie trzeba, a to związek frazeologiczny źle zastosowany, a to niepotrzebne powtarzanie danego przyimka, albo kompletne niezgranie przymiotnika z czasownikiem (stylistycznie, a czasem i gramatycznie). A potem pomyślałam o tych wszystkich pisarzach... Nie tylko o Tołstojach i Flaubertach, ale i o tych bardziej współczesnych: uznanych i niepowtarzalnych, eksperymentalnych i nieszablonowych, jak i o autorach zwykłych czytadeł spod znaku harlequinów i chick-lit. Niektórzy nas nudzą, niektórych uwielbiamy, niektórzy rozczarowują, inni zaskakują. Wszyscy oni jednak pracują nad każdym zdaniem jak dzikie woły, nad każdą kropką, przymiotnikiem, porównaniem, tylko po to, żebyśmy my, czytelnicy, mogli lekko płynąć na tych zdaniach i podążać za akcją i klimatem opowieści, jej emocjami. Dopiero czytając źle skonstruowane zdania Książki X, zdałam sobie sprawę jak boleśnie trudnym zadaniem jest pisanie, sama czynność układania zdań, przekształcanie tego co w głowie na bezlitośnie obwarowany regułami i niuansami system języka. Rzemieślnictwo. Jednak oprócz ciężkiej pracy, autor powinien posiadać pewnego rodzaju intuicję językową, którą, w przeciwieństwie do tajemniczych talentów danych od boga, można w sobie wyrobić. Czego autorowi/autorce z całego serca życzę.

Niby żadnej Ameryki nie odkryłam, a jednak! W każdym razie, pomimo śmieszności, Książka X była warta tych symbolicznych paru złotych, skoro, paradoksalnie, dała mi pokochać literaturę i pisarstwo jeszcze mocniej.


A teraz a propos nagród książkowych:

„Piórpopusz” Mariana Pilota wygrał Nike, i bardzo dobrze, bo opis właśnie tej książki najbardziej mnie zaintrygował. Niestety żadnej z nich nie czytałam, czego się okrutnie wstydzę. Być może, gdybym przeczytała je wszystkie, miałabym kompletnie inne zdanie na temat werdyktu jury. Wydawnictwo Literackie w niedawnym newsletterze obiecało, że „Piórpousz” pojawi się także w formie elektronicznej, i trzymam ich za słowo, bo obecnie przebywam na obczyźnie i nie mogę sobie kupić papierowej wersji :(

A nagroda Nobla? Cóż, pomimo mojej miłości do poezji, skłamałabym, gdybym powiedziała, że kiedykolwiek słyszałam o Tomasie Tranströmerze. Teraz chętnie bym jakiś jego tomik przeczytała, ale widzę, że z Amazona to, co jeszcze było, natychmiast się zmiotło. A o polskich przekładach to chyba w ogóle nie ma mowy. Na szczęście na Google Books jest dostępny tomik „The Great Enigma”, dostępny niemalże w całości. A więc teraz zamierzam go zgłębić, o!

2011-09-22

Mega-wpis zbiorczy o różnościach


Dobrze, czas na ogarnianie bloga. Za dużo się dzieje ostatnimi dniami, zmiany życiowe i tym podobne dyrdymały. Ale jest dość dobrze, bo:




Poza tym, cóż, nie ma co ukrywać tego faktu, posiadam teraz Kindle'a. Jest fenomenalny i świetnie mi się z niego czyta, muszę przyznać, że chyba jest wygodniejszy niż książka. Poręczniej jest go trzymać, kiedy się leży, że tak intymnie to opiszę. No i klasyka za darmo, za darrrmo. Już widzę jak całą zimę siedzę i czytam kompletny dorobek Jacka Londona.




Poza tym, oczywiście, że między Gronami, a Mango przeczytałam kilka książek, po czym byłam zbyt leniwa, żeby natychmiast skrobnąć jakąś recenzję. A jeśli nie zrobię tego najpóźniej dzień po skończeniu książki, to odechciewa mi się robić tego zupełnie i muszę się okrutnie przymuszać, a nie zawsze mam na to siłę. Ale wypiszę króciutko co jeszcze tego sierpnia przeczytałam i dorzucę moje arcyfascynujące wrażenia, plus ilustracja, żeby było dekoracyjnie i przaśnie:



„Cząstki elementarne” Michel Houellebecq – Książka oferuje niewiele oprócz niemożebnie dołujących rozmyślań o ludzkości. U Palahniuka jest podobnie, ale tam przynajmniej bywa zabawnie. Tutaj niekoniecznie. Mam wrażenie, że Houellebecq jest wieloletnim frustrataem, który pisze, żeby sobie ulżyć. Zresztą, można by to samo powiedzieć o wielu innych pisarzach, jednak z jego pisarstwa niestety nic nie mogę wynieść dla siebie.

„Everything is Illuminated” Jonathan Safran Foer – Bardzo dobra rzecz, na którą pewnie bym nie trafiła bez pomocy znajomej. Kiedy przeczytałam w jednym z blurbów (po co ja je w ogóle czytam?), że książka przełamuje nasze dotychczasowe postrzeganie języka, to pomyślałam sobie „Hm, no jasne, co druga niby to robi”. Ale ta powieść faktycznie tego dokonuje. Jest tutaj też humor, dzięki bogu, bo po "Cząstkach elementarnych" miałam ochotę kłaść się już do grobu, humor specyficzny i niesmowity, chociaż historia (czy też historie) same w sobie nie są optymistyczne.

„Women Hollering Creek and other Stories” Sandra Cisneros – Opowiadania ujdą, "The House on Mango Street" było jednak lepsze. Niektóre bywały przynudnawe, a w przypadku opowiadań jest to niemalże zbrodnia. Większość z nich opisuje życie Meksykanów w USA z kobiecej, bądź dziecięcej, perspektywy.

„The Monster and Other Stories” Stephen Crane – Crane ma potencjał zostania jednym z moich ulubionych piszących facetów. Trzy opowiadania w tomie, który posiadam, są jak wyraziste, proste i zdecydowane szkice, nie pozbawione jednak nuty impresjonistycznej poetyckości. Nic dziwnego, Crane był także poetą, a jego wiersze charakteryzują się oszczędnością w słowach. Obecnie jestem w trakcie lektury jego najbardziej znanej powieści „The Red Badge of Courage” ("Szkarłatne godło odwagi"), więc recenzja już wkrótce.

„Main Street” Sinclair Lewis - Ten, dość zapomniany, noblista zaskoczył mnie na plus. Książka opowiada nam historię młodej kobiety, która wychodzi za lekarza z małej miejscowości w stanie Minnesota, w nadziei, że jako wyedukowana i pełna radości życia osoba będzie mogła zmieniać i wpływać na kształt tej miejscowości. Na miejscu spotyka się jednak z oporem, a raczej upartą biernością, zaśniedziałych, filisterskich mieszkańców. Wbrew pozorom, ta prosta hostoria, zadaje wiele pytań nam samym. Czy nie czujemy się lepsi od innych bez żadnego powodu? Czy sami przypadkiem nie mamy w sobie wiele z filistrów?

"In The Neighborhood: The Search for Community on an American Street, One Sleepover at a Time" Peter Lovenheim - Nie bardzo wiem dlaczego zaczęłam czytać tę książkę, ale jakoś tak wyszło. Autor brata się z sąsiadami, aby udowodnić, że sąsiedzkość i sąsiedzi, to ważna instytucja w społeczeństwie, która obecnie została zaburzona. Jego zdaniem to coś na kształt znajomych, którzy mogą okazać się ważni w krytycznych momentach (nie tylko wtedy, kiedy mąki brak), ze względu na ich lokalizacyjną bliskość. Jego "badania" przeprowadzone są na jakiejś megabogatej ulicy w Rochester, NY, więc czułam się od bohaterów tej książki-reportażu dość oddalona.

"Drink Cultura: Chicanismo" José Antonio Burciaga - Dwadzieściaparę lekkich, i często żartobliwych, miniesejów o obecności kultury meksykańskiej w Stanach Zjednoczonych. Tutaj możemy się dowiedzieć o badziewności Taco Bell, o faktycznej ostrości papryczek jalapeño, o wadze święta obchodzonego w USA - Cinco de Mayo, i tym podobnych. Bardzo miła lektura, chociaż chętnie przeczytałabym coś podobnego, ale napisanego przez kobietę.

"Peeping Tom Tom Girl" Marisela Norte - Tomik wierszy kalifornijskiej poetki, która jest w zasadzie performance poet, więc jej wiersze pewnie nie brzmią na papierze tak dobrze, jak podczas publicznego odczytu. Podobno Norte pisze zawsze jadąc autobusem z domu do pracy, więc jej wiersze zawsze kończą się wtedy kiedy ma wysiąść. Ten przejazd autobusem przez Los Angeles rzeczywiście się w tej poezji czuje - obserwowanie świata za oknem i podsłuchiwanie ludzi, którzy stoją obok, a każdy widok i każde słowo przypominają o czymś z przeszłości.


Ponadto:

- Moje ulubione słowo angielskie ostatnimi czasy to kerfuffle. Wygrało ono z wcześniejszym moim faworytem: smorgasbord.

- Jest świetny wywiad z Elif Şafak. Pragnę teraz tego "Czarnego Mleka"

- No i kto wygra w tym roku Nike? Mnie zaintrygował Marian Pilot "Pióropuszem". Bardzo też bym chciała przeczytać "Obsoletki", ale trzech dych to ja za niecałe sto stron nie zapłacę. Wyd. Czarne szaleje niestety.

2011-05-27

Przerwa

Cóż, jak widać zrobiłam sobie długą przerwę, która jeszcze długo potrwa. Utknęłam w połowie "Buddenbrooków" Manna, nie dlatego, że źle się to czyta (wręcz przeciwnie), ale dlatego że nastały obecnie Kompletnie Inne Zajęcia. Te Zajęcia to przygotowania do rozmowy z komisją na studia doktoranckie. Oczywiście jest to moje własne i prywatne marzenie ściętej głowy, ale takie też trzeba mieć. Więc zobaczymy. Czeka mnie jeszcze cały czerwiec oczytywania się, ale niestety nie fikcji ;) Przez ten czas będę rzadko tu pisała.

Całkiem prawdopodobne, że wkrótce jednak skrobnę notkę o antykwariatach w Poznaniu, bo ostatnio często z moim kolegą robiliśmy ich rekonesans, a warto byłoby taki przewodnik aktualny "wpuścić do sieci", bo może się przydać wielu osobom.

Nadmienię jeszcze tylko, że wczoraj oglądałam "Siekierezadę" na podstawie opowiadania Stachury i jest to prawdopodobnie jeden z najlepszych filmów jakie w życiu widziałam. Gorąco polecam.

2011-01-14

Impasse...

Cóż, na razie jestem mało płodna, bo dokańczam pracę magisterską i doczytuję jeszcze parę rzeczy do niej. Poza tym brak mi tak zwanej energii i nawet zupka pięć minut pikantny rosół nic tu nie pomaga. Mimo to znajduję czas na czytanie i, jak to ja mam w zwyczaju, czytam sto tysięcy książek na raz, a konkretniej trzy: "Muzeum Niewinności" Pamuka, "Nie myśl, że książki znikną" Eco & Carrière oraz "Lost in the Funhouse" Bartha.

Jakiś tydzień temu skończyłam czytać eseje Zadie Smith, "Jak zmieniałam zdanie", miała być recenzja, ale mi się zapomniało. Zresztą nie wiem czy na świeżo napisałabym wiele więcej niż teraz, bo miałam mieszane uczucia po lekturze. Po pierwsze, myślałam, że będzie więcej o literaturze, a tymczasem o (starych i nowych) filmach było niemalże tyle samo. Co więcej, okazało się, że eseje o filmach są znacznie ciekawsze niż te o książkach. Nie chcę ujmować Zadie Smith błyskotliwości, ale jej literackie rozważania jakoś mnie nie ruszyły. Wyjątkiem był rozdział, gdzie pisarka przedstawia nam jak zabiera się do tworzenia powieści, jak podejście do własnej twórczości, i do pisania w ogóle, z czasem się u niej zmieniało. Nie wiem, może nie jestem dostatecznie gorącą fanką Smith, żeby docenić w pełni każdy esej tutaj z osobna, może lepiej skupię się na jej powieściach (przyszłych, bo przeszłe mam już przeczytane).

Jezu, jaki durny mi ten opis wrażeń wyszedł. Ale takie były właśnie moje wrażenia - durnie niewiadomojakie ;)

Jest kocyk, jest herbatka. Biorę się do czytania.

2011-01-04

Noworoczne książkowe postanowienia + krótka recenzja

Od wielu lat nic sobie na nowy rok nie postanawiałam, ale teraz mam ochotę na odmianę, więc postanowiłam okrutnie dużo, ZA DUŻO, w życiu prywatnym (np. ćwiczyć mięśnie brzucha, pić dużo wina), jak również i w życiu książkowym. I jeżeli chodzi o to ostatnie, pomysły przedstawiają się następująco:

- Naturalnie: przeczytać więcej książek. Zawsze dążę do magicznej liczby 100, ale niewiele z tego wychodzi, bo nie ma czasu. Ale zapowiada się, że drugą połowę roku spędzę na nieokreślonym bezrobociu, więc z całej tej niemiłej sytuacji może tyle wyniknie, że przeczytam więcej lektur.

- Złamać zasadę i zacząć czytać niektóre książki ponownie. Zawsze byłam przeciwniczką ponownego czytania podczas gdy na półkach zalegają wciąż nowe i nowe tytuły. W sumie słusznie, ale kiedy tak jakiś czas temu podczytywałam eseje Umberta Eco, a teraz trawię eseje Zadie Smith, wynika z nich, że jednak ulubionych autorów warto czytać ponownie. Od razu pomyślałam o "moim" Gombrowiczu i o tym, że taką "Pornografię", czy "Ferdydurke" czytałam lata temu i że wskazane byłoby odświeżenie pamięci. Więc co najmniej 3 książki w tym roku będą przeczytane ponownie, uważnie, z fiszkami i wszystkim.

- Posiadam parę takich gigantycznych lektur z klasyki, które wypadałoby w końcu przeczytać. Mam tu na myśli szczególnie "Don Kichota" i "Boską komedię". Szkoda tylko, że mam je z Zielonej Sowy, ich czcionka doprowadza mnie do ślepoty.

- Więcej poezji! Zarówno w moim życiu, jak i na tym blogu. Może nawet jakieś moje własne przekłady z angielskiego... No ale to wiąże się już z postanowieniami w życiu prywatnym.

- Ruszyć królowe. Posiadam już mini-biblioteczkę (czyli pół półki ;)) tytułów o przeróżnych królowych, albo żonach króli, mimo to ostatnio niespecjalnie się tym parałam. Oprócz tej wymęczonej biografii królowej Elżbiety, którą recenzowałam chyba w listopadzie; może to ona mnie tak zniechęciła.

No cóż, życzę sobie szczęścia!


A teraz pora na krótką recenzję książki ukończonej niecały tydzień temu. Recenzja krótka, bo "Seks, narkotyki i czekolada" Paula Martina, to pozycja popularnonaukowa studiująca naturę przyjemności i ewentualnych uzależnień do których różne przyjemności prowadzą. A ja specjalnie dużo refleksji na temat tego typu książek nie snuję. Mówi ona głównie, jak sam tytuł mówi, o seksie, alkoholu, tytoniu, narkotykach i czekoladzie. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się opracowania aż tak skupionego na biologicznych i chemicznych wyjaśnieniach problemu, no ale autor jest biologiem, więc nie ma co się dziwić.

Jednak obawiać też się nie trzeba, bo nie są to jakieś mętne, skomplikowane wyjaśnienia. Nie ma tu wzorów i wykresów, ani tabelek. Książkę czyta się naprawdę dobrze i czytelnik co chwila jest zasypywany różniastymi ciekawostkami, np. że wibrator powstał pod koniec XIX wieku, jako lekarstwo na kobiecą histerię; że picie eteru, kiedy jego spożycie było u szczytu popularności, powodowało łatwopalne beknięcia i pierdnięcia, co w połączeniu z pomieszczeniami ogrzewanymi kominkami prowadziło czasem do zgubnych skutków; czy, w końcu, że "[l]udzie, którzy zbudowali cywilizację europejską, w większości permanentnie znajdowali się na rauszu", ponieważ czysta pitna woda stała się powszechnie dostępna dopiero w XIX wieku, więc ludzie woleli się napić np. wina...

Obok tych sensacji, Martin szkicuje również postać hedonisty, objaśnia jaki wpływ ma na nas nuda i jak bardzo poczucie przyjemności różni się od pragnienia. Większość z tych przemyśleń jest twardo jednak sprowadzona do biologiczno-chemicznych enzymów, hormonów i części mózgu, więc nie ma tu miejsca dla rozmetafizycznionych i gdybaczy (do których pewnie jakoś się zaliczam). Warto też wspomnieć, że książka uczyniła dla mnie dwie ważne rzeczy: Nakłoniła mnie do przejścia z czekolady mlecznej na czarną (autor o tej pierwszej mówi "podróbki" ;D) i uspokoiła, że kofeina jakoś specjalnie nie szkodzi, a jeśli już, to raczej pomaga (kocham kawusię!).

Ciekawa rzecz. Nie samą fikcją człowiek żyje!