
To dziwna powieść. Napisana w 1920, oficjalnie wydana w ZSRR dopiero w 1988, była inspiracją dla Orwella przy kreowaniu świata w "1984". Eugeniusz Zamiatin, z zawodu inżynier, jest po trosze protoplastą postaci głównego bohatera - ∆-503, także inżyniera-konstruktora. Jest przekonany o słuszności Państwa Jedynego w którym żyje, o zasadności mieszkania oszklonego, aby wszyscy mogli go widzieć, o sensowności planu dnia, który współdzieli razem ze wszystkimi innymi ludźmi. Wszyscy o tej samej godzinie wstają, idą do pracy, uprawiają seks, myją się, chodzą na spacer. A jednak pewnego dnia nie czuje się najlepiej... ma sny! Lekarz stwierdza u niego "duszę". A skutkiem posiadania duszy jest miłość do enigmatycznej I-330. (Choć słowo "miłość", zdaje się, nigdy w tej książce nie pada. Chyba że w odniesieniu do proto-Wielkiego Brata - tutaj zwanego Dobroczyńcą).
Postacie kobiece, jak zauważył w nocie tłumacza na końcu książki Adam Pomorski, są motorem akcji tej powieści. Co jest, muszę przyznać dość szczególne. Więc jest rewolucjonistka I-330, jest ciepła, pulchna O-90, na którą główny bohater ma "zapis" - czyli może uprawiać z nią seks w Dni Seksualne. No i Ю, niechciana i zakochana. Niespełniona. Wszystkie starają się ciągnąć ∆-503 w swoją stronę, a on tylko się temu, chętnie lub niechętnie, poddaje, mimo iż przez cały czas ma się wrażenie, że to jednak on działa.
Styl jest jedyny w swoim rodzaju. Porwane zdania, bohaterowie nigdy nie mogą odpowiednio wyrazić swoich myśli. Mówią półsłówkami. Główny bohater, który jest narratorem powieści, już na początku wyraża swoje ubolewanie, że nie jest poetą, który mógłby wychwalać życie w Państwie trochejami i anapestami. Ale jest tylko inżynierem, człowiekiem nauki, który komunikuje swoje myśli w ten sposób:
"Słońce - przez sufit, przez ściany; słońce z góry, z boków, odbite - od dołu. O - na kolanach R-13, malutkie kropelki słońca w jej niebieskich oczach. Odtajałem jakoś przy nich, doszedłem do siebie."
"Poranny dzwonek - wstaję - i całkiem co innego: za szkłem sufitu, ścian, wszędzie, zewsząd, na wskroś - mgła."
"Korytarz. Tysiąctonowa cisza. Pod półokrągłymi sklepieniami - żarówki, bezkresny, migotliwy, drżący wielokropek."
W ten oto sposób "My" jest wyraźnie obrazem modernistycznym, gdzie opisane są same impresje, to co widoczne, zilustrowane w specyficzny dla mówiącego sposób. Ale nie znajdujemy tu opisu uczuć towarzyszącym temu, co widzialne. Jeżeli nawet bohater podejmuje próby ich wyrażenia, jego słowa wyobcowują te uczucia jeszcze bardziej. W jego ustach stają się one cięższe niż przedmioty, ale jeszcze bardziej niż przedmioty puste. Wyjątkiem są tylko słowa opiewające Dobroczyńcę, albo Państwo Jedyne. Wówczas mowa wzbogaca się, jest niemal ekstatyczna.
Bardzo interesująca jest też krytyka naukowego, empirycznego postrzegania. Jeżeli bohater w coś wierzy, jest to tylko matematyka. Poezja, razem ze stopami metrycznymi, także uznawana jest za pewnego rodzaju naukę ścisłą. W ten sposób wszystko posiada sens, jest proste, oczywiste. Jednak nawet w matematyce istnieją liczby urojone - pierwiastek z -1, który nie daje spokoju ∆-503. Pierwiastek, który jest symbolem wszystkiego, o czym ∆-503 wolałby zapomnieć, ale co wraca do niego, zwłaszcza w chwilach zwątpienia...
Tej książki nie czyta się łatwo, ale muszę przyznać, że pod względem konstrukcji i stylu jest to jedna z najoryginalniejszych powieści z jakimi miałam jak na razie do czynienia. Język i sposób obrazowania są idealnym odbiciem tego sterylnego, zaprogramowanego świata i ich mieszkańców. To nie ułatwia zadania czytelnikowi, ale z drugiej strony udowadnia, że komunikacja pomiędzy tak różnymi mentalnościami jest, mimo wszystko, możliwa.