Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teodora Dimowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teodora Dimowa. Pokaż wszystkie posty

2012-09-08

To co świetne, co takie sobie, i co w ogóle nie wyszło

Ponieważ cały sierpień spędziłam w Polsce, nie miałam czasu na pisanie recenzji, mimo iż nie zaniechałam samego czytania. Postanowiłam zebrać wszystko do wora, łącznie z kilkoma (nieukończonymi) lekturami sprzed wyjazdu. Najpierw przedstawię listę sierpniową, kolejność nie jest przypadkowa – rozpoczynam od lektur najbardziej udanych i zjeżdżam w stronę tych mniej.

Piaskowa Góra & Chmurdalia Joanna Bator – Chciałabym, żeby uczucia, które obie te książki mi podarowały, pozostały ze mną na dłużej. Wrażenie „dobrego losu”, poczucie indywidualności i wyjątkowości. Ale pozytywne przesłania książkowe zawsze się mi jakoś rozłażą i znikają, na dłużej zostają tylko te negatywne, niepewność i bezsens losu, chociażby, które inne książki mi czasem "podarowują". A szkoda. Oba tytuły są fantastyczne. Nie potrafię oprzeć się wyjątkowemu stylowi pisania, zawsze miałam do tego słabość, a styl Bator jest taki, jakim ja chciałabym dysponować będąc pisarką – celny, odarty z ozdobników, z poczuciem humoru, który pobrzmiewa jednak niezidentyfikowanym smutkiem. Już dawno żadna powieść nie miała dla mnie równie osobistego wymiaru. Tylko czemu te wszystkie piękne rzeczy, których mnie Bator nauczyła, które mi przetłumaczyła, nie pozostały ze mną na dłużej?

Matki Teodora Dimowa – Sięgnęłam po ten tytuł zupełnie od niechcenia, bo się telepał na półce, i zaskoczyło mnie, jak świetnie się czytało tę niedługą powieść. Książka opisuje życie poszczególnych nastoletnich dziewczyn i chłopaków, którzy, nie znajdując zrozumienia, ani troski, u rodziców, zwracają się po pomoc do nowej wychowawczyni – Jawory. Relacje dzieci z rodzicami są odmalowane po mistrzowsku, smutny obraz ukazujący, jak bardzo rodziciele nie trafiają w potrzeby własnych synów i córek, pod warunkiem, że w ogóle ich dostrzegają.

Urania J.M.G. Le Clézio – Sądząc po tematyce: mezoamerykańska utopijna kraina, geograf i badacz, który zaplątał się w jej istnienie, ukazanie wachlarza problemów społecznych, książka powinna podobać mi się trochę bardziej. Być może to dlatego, że utopijna kraina nie przypadła mi zbytnio do gustu, bo nie wierzę w krainy bezideologiczne. Być może dlatego, że Urania miała duży potencjał, który jakoś się rozpełznął na boki. Opisy wiosek, przyrody, jak i postaci były ciekawe, ale obawiam się, że całość powieści, jej miąższ, szybko uschnie w zakamarkach mojej pamięci. To była moja pierwsza książka Le Clézio i wydaje mi się, że nie oddaje tak zupełnie talentu tego autora. Być może kiedyś sięgnę po jakiś inny tytuł.

Rzeczy Georges Perec – Za Perekiem i jego Życiem. Instrukcją obsługi ganiam już od lat, ale jakoś nie udaje mi się jej kupić (Wiem, wiem, Korporacja Ha!Art wznowiła – 100 złotych za egzemplarz - dobry, ale smutny, żart). Tymczasem wpadła mi w ręce ta mała książeczka, która jest ciekawa przede wszystkim z socjologicznych względów – opisuje nudne życi młodych ludzi, którzy pragną posiadać wspaniałe rzeczy: meble, sprzęty kuchenne, ubrania, kosmetyki, jedzenie. Nie mają ochoty przy tym parać się poważną pracą, gdyż wtedy nie będą mieli czasu na nacieszenie się owymi rzeczami. W pewnym sensie, przedstawiona para lubi patrzeć na siebie z perspektywy osoby trzeciej i oceniać, czy już wyglądają dostatecznie stylowo i świetnie, czy może jeszcze nie. Z takim zachowaniem można spotkać się i dziś, kto wie czy nie częściej (Rzeczy zostały wydane w 1965). Z tego względu obserwacje Pereca okazały się interesujące. Jeśli chodzi natomiast o wymiar literacki, książka niczym takim nie zachwyca, może oprócz trafnych i sugestywnych opisów... rzeczy.

Miasto Ł. Tomasz Piątek – Ten sierpień był chyba Miesiącem Pierwszych Spotkań, bo z tym autorem także dopiero się zaznajomiłam. Być może ten tytuł nie był jednak najlepszym, jaki mogłam wybrać na pierwszy ogień, bo w ogóle mnie nie porwał. Perypetie rodziny, oczami głównego bohatera, przy czym łatwo założyć, iż tym bohaterem jest właśnie autor. Krótka powieść bez konkretnej fabuły, ani konkretnego przekazu, co specjalnie mi nie przeszkadza, ale... właśnie, to taka książka „spoko”, „no, fajnie się czytało”, „taka tam”, a to oznacza, że rychło zapomnę, że w ogóle kiedykolwiek miałam z nią do czynienia. Jedyne, co się tutaj wybija, to niezwykle równościowe, partnerskie traktowanie zwierząt, psa i dwóch kotów, które są tu niemalże na pierwszym planie. Książka jest też niepozbawiona oryginalnego humoru.

Namalowane Okno Jose Carlos Somoza – Jest to prawdopodobnie najbardziej niefortunny tytuł, od której można zacząć przygodę z Somozą. Zgaduję, bo nie chce mi się wierzyć, żeby inne jego dzieła były równie nijakie. Trochę mądrogłupiego filozofowania o kinie i obrazie, a wszystko obserwujemy oczami bezosobowego, niemalże pozbawionego jakichkolwiek cech, narratora, kolekcjonera zdjęć Jodie Foster, który trafia do magicznego kina „Soledad” i spotyka „zaczarowanych” przez obraz kinowy ludzi. A tak poza tym jego dziesięcioletni synek jest umierający, a małżeństwo stopniowo się rozpada. I tak się zmieniają rozdziały – kino, rodzina, kino, rodzina, chociaż nie ma między nimi nic wspólnego, nic się nie zazębia, i tak właściwie już to leci do dziwacznego końca. Brzmi może i nawet ciekawie? Ale nie jest.

A na zakończenie pora na gorzkie żale, a mianowicie dwie książki, których, jeszcze w lipcu, nie udało mi się przeczytać, więc je po prostu porzuciłam, bo nie miałam na nie siły. Żeby te książki to były jeszcze jakieś szmatłame badziewia, idiotyzmy, ale NIE. Tak się składa, że oba te tytuły POWINNY mi się podobać. A jednak. Nie bardzo.

Wspominałam już kiedyś wcześniej, że nie radzę sobie z Górą duszy chińskiego noblisty Gao Xingjiana. No i odstawiłam po 100 stronach z 500. Musiałam się wielotkrotnie zmuszać, żeby czytać dalej, dawkowałam sobie po kilka stron chociażby, po rozdzialiku (a rozdzialiki krótkie), jeszcze doszłoby do tego, że za przeczytanie każdej strony obiecałabym sobie nagrodę w postaci rządka czekolady. Dlaczego? Naprawdę nie wiem. Piękne opisy, pewne eksperymenty z narracją, stoicki, ale zagubiony narrator, cisza. Być może trzeba być w określonym stanie ducha – tak, właśnie „stanie ducha”, a nie „humorze” - aby przebrnąć przez tę książkę? Może jestem za młoda (tak!), by zrozumieć jej niewzruszoną skalistość, nieprzenikalność? To nie jest zła książka, niczym mnie nie zirytowała, ale zwyczajnie nie mogłam się na niej skupić, nie mogłam jej chyba też do końca zrozumieć. Może kiedyś...

Następny tytuł to jeszcze fatalniejsza moja porażka - Śmierć Artemia Cruz niedawno zmarłego meksykańskiego piarza Carlosa Fuentesa. Dotarłam do połowy, żeby zdać sobie sprawę, że w ogóle nie jestem ciekawa absolutnie niczego w tej historii, że się strasznie męczę i że myślę z rozmarzeniem o wielu innych książkach do czytania. Być może maczyzm głównej postaci okrutnie mnie drażnił. Jak również i oryginalne zabiegi narratorskie. Bardzo rzadko porzucam książki, kiedy jestem już na półmetku, ale na tę nie miałam już siły. Może powinnam spróbować Fuentesa coś innego. Może kiedyś...