Uzdrowicielki, wiedźmy, domki z suszonej cegły, jałowce. Gorące lata, ostre zimy. Znowu, dzięki powieści Rudolfo Anayi, byłam w Nowym Meksyku, również w drugiej połowie lat 40-tych. Znowu było niesamowicie.
Bless Me, Ultima to, że tak użyję tego wulgarnego słowa, sztampowa pozycja na listach z literaturą meksykańsko-amerykańską. Odnajdziemy w niej wszystko, co z tą literaturą zazwyczaj się wiąże: mieszankę realizmu magicznego z amerykańskim indywidualizmem, opowieści o symbolicznych postaciach meksykańskiego folkloru (o Matce Boskiej z Guadalupe, czy La Lloronie), uzdrowicielkę („curandera”), rodzinność – wynikającą z miłości, ale i poczucia obowiązku, jak również komentarz odnośnie wykluczenia meksykańskich mieszkańców w USA. Nnarratorem powieści jest może 7-8 letni chłopiec, Antonio. Akcja rozpoczyna się od momentu, kiedy Ultima, uzdrowicielka o niezwykłych zdolnościach, wprowadza się, aby zamieszkać z rodziną chłopca. Starsza kobieta nie ma już żadnej rodziny, a rodzice Antonia, którym niegdyś Ultima wiele pomogła, obrali sobie za punkt honoru ugościć ją u siebie i nie pozwolić na to, by pozostała samotna. Od tego momentu życie chłopca diametralnie się zmieni.
Z początku wydaje się, że będzie to typowa powieść o dojrzewaniu i że na końcu spotkamy się z głównym bohaterem, który będzie już dorosły. Cała akcja, z tego co pamiętam, trwa jednak jakieś 2-3 lata, przez które Antonio pozostaje przez cały czas dzieckiem. Dzieckiem, które ma przystąpić do pierwszej spowiedzi, do komunii, które razem z dość osobliwymi kolegami wystawia jasełka. Dzieckiem, które zadaje sobie takie dziecinne, a tak ważne pytania: o boga, zło i dobro. Element religijny jest tutaj ważny, jeśli nie najwazniejszy. Matka chłopca jest bardzo religijna (potrafi modlić się przy własnym, domowym ołtarzyku w podzięce za powrót synów z wojny, aż do wyczerpania ze zmęczenia), ma nadzieje, że chłopiec zostanie księdzem, co mu bez przerwy powtarza. Ten jednak, im bliższy jest swojej pierwszej komunii, tym bardziej wątpi w boskie zasady. Przypomniało mi to moją własną powagę podczas pierwszej komunii, moje własne pytania, poczucie grzechu, to przerażenie, kiedy, będąc po pierwszej spowiedzi powiedziałam, w wyrazie irytacji, „O Jezu!” Zapomniałam zupełnie o tej dziecięcej powadze, teraz, kiedy piszę uparcie, jak na złość mamie, „bóg” małą literą. Ta książka przypomniała mi o tym, jakim byłam kiedyś dzieckiem, a każda książka, która to potrafi, jest warta przeczytania.
Z perspektywy badacza (początkującego amatora, w moim przypadku) kultury meksykańskiej bardzo ważne jest też rozdarcie chłopca pomiędzy charaktery i oczekiwania matki i ojca. Matka, z domu Luna („księżyc”) chce by chłopiec został księdzem, bądź, jak jej bracia, rolnikiem. Ze swoim przywiązaniem do ziemi i starych prawideł rządzących przyrodą i światem reprezentuje ludność tubylczą Ameryk. Ojciec natomiast, o nazwisku Marez (od „morza”), meksykański vaquero (odpowiednik kowboja), przyzwyczajony jest do wiecznego ruchu, wciąż nowych przygód. On z kolei symbolizuje konkwistadorów. Można również interpretować matkę, jako Meksykankę przywiązaną do swojej ziemi, a ojca, jako niespokojnego imigranta szukającego lepszych warunków i przygód poza granicami kraju. W osobie Antonia, który stara się połączyć w sobie te dwa charaktery, leży nadzieja na pogodzenie się Meksykanów ze swoją dwoista naturą, lub Meksykanów-Amerykanów na pogodzenie się z przynależnością do obu krajów i kultur.
Bardzo ciepła powieść, choć niepozbawiona dozy przemocy i niesprawiedliwości. Polecam wszystkim, którzy zainteresowani są literaturą latynoską i literaturą etniczną w USA.
"Biedny nasz nieoszacowany phofesoh chhonicznie chohy na nieuleczalny wymiot" - mistrz Gombro
2012-03-10
"Bless Me, Ultima" Rudolfo Anaya
2012-02-13
"The Mixquiahuala Letters" Ana Castillo
The Mixquiahuala Letters to krótka książeczka autorstwa meksykańsko-amerykańskiej autorki, Any Castillo. Wcześniej udało mi się przeczytać inną jej książkę, trochę obszerniejszą, So Far from God, gdzie pisarka za pomocą realizmu magicznego rozprawia się z codziennością małego miasteczka w stanie Nowy Meksyk. Letters jednak różnią się pod względem proporcji poruszanych problemów. Podczas gdy, tak jak So Far, utwór ten eksploruje tematykę scalania wielu tożsamości - meksykańskiej, indiańskiej, amerykańskiej, w jedną, to przede wszystkim królują w nim przemyślenia natury feministycznej.
Na narrację The Mixquiahuala Letters składa się wyłącznie czterdzieści listów napisanych przez Teresę do Alicii. Żaden z listów nie jest datowany, a z tekstu można wynieść, że ich kolejność nie jest chronologiczna. Konstrukcja jest ukłonem w stronę Cortázara, gdyż listy można odczytywać w trzech kolejnościach: dla konformisty, cynika i Kichota. Autorka dodaje jednak, że wielbiciele krótkich form literackich mogą po prostu czytać listye po kolei, tak jak są w książce zamieszczone i ponumerowane. Poszłam więc na łatwiznę i tak właśnie zrobiłam, chociaż kusiła mnie kolejność dla cynika. O moim wyborze zadecydował jednak fakt, że każda z tych kolejności wykluczała niektóre listy, a ja chciałam przeczytać całość.
Ana Castillo jest nie tylko powieściopisarką, ale także, a może przede wszystkim, poetką. Staje się to dość widoczne, gdy czytelnik bliżej przyjrzy się formie jaką listy przyjmują - okazjonalnie podzielone na wersy, jak wiersze, czasem akapity rozpoczynają się bliżej prawej strony kartki, pojedyncze słowa przenoszone są do nowej linijki, brakuje kropek. W całym tekście, angielskie słowo „ja”, „I”, pisane zawsze dużą literą, tutaj jest z małej, nawet jeżeli rozpoczyna zdanie. Poetyckość tej prozy nie opiera się jedynie na formalnych rozwiązaniach tego typu. Opisy, głównie przeżyć wewnętrznych, ale także otoczenia obu kobiet, są często gęste od zaskakujących porównań i epitetów.
Pomimo niechronolignie przedstawionej fabuły, można na temat życia oraz związku Teresy i Alicii wysnuć następujące wnioski: Obie są dobrymi, wieloletnimi przyjaciółkami po przejściach; Teresa jest Amerykanką meksykańskiego pochodzenia, poetką i pisarką (wierzę, że alter ego autorki), Alicia jest również Amerykanką, już bez iberoamerykańskich korzeni, zagubioną, bardzo szczupłą i długowłosą artystką. Poznały się w stolicy Meksyku podczas warsztatów poświęconych meksykańskiej kulturze. Jakiś czas później (Rok? Pięć lat?) odbywają podróż do Meksyku ponownie, wdają się w dziwne romanse z mężczyznami, a ich znajomość przechodzi raz po raz prawdziwą próbę. Ostatnie listy natomiast podsumowują to, co wydarzyło się w życiu obu kobiet przez kilka ostatnich lat (kiedy, wnioskuję, obie mają po trzyzieści, bądź trzydzieściparę, lat), żadna z nich nie może poszczycić się osiągnięciem pełni szczęścia, co prawdopodobnie ich nie rozczarowuje i nie dziwi, gdyż żadna nigdy nie wierzyła w jej osiągnięcie.
Zarówno Teresa i Alicia próbują się odnajdywać w kolejnych związkach z mężczyznami, pomimo dużej dozy asertywności, zwłaszcza w przypadku Teresy, wiele lat zajmuje im zrozumienie w jaki sposób można żyć wyłącznie sobą i dla siebie. Teresa wielokrotnie dzieli się w listach refleksjami o tym, jak obie zresztą wiedzą, kończy się życie wielu kobiet, początkowo zakochanych, zbyt późno odkrywających, że życie z tym, kogo wybrały jest nie do wytrzymania:
Po jakimś czasie przyzwyczaja się do zaniedbywania siebie jeszcze gorzej niż on. Jej paznokcie są poobgryzane do samych kłykci. Zapomina o jedzeniu, albo je, kiedy nie jest głodna. Jej kłopoty z zasypianiem czynią jej twarz obwisłą niczym kufa starego psa. Ma dwadzieścia sześć lat. (tłum. moje)
Takie przemyślenia i wnioski, to nie jedyne manifesty feministyczne. Podczas wyprawy przyjaciółek do Meksyku, muszą one wiele razy bronić swojego prawa do tego, czym są – podróżującymi, młodymi kobietami, które chcą dowiedzieć się podczas podróży jak najwięcej o sobie samych. Spotykając mężczyzn często muszą umieć wybrnąć z definicji tychże na temat „kobiet wyzwolonych,” zazwyczaj uciekając się jednak do sztuczek i kłamstw. Jednocześnie, mimo iż czasami decydują się nawiązać bliższą znajomość z danym mężczyzną, szybko zauważają, że do niczego ona nie prowadzi.
Jest to pełnokrwista opowieść o przyjaźni niewyidealizowanej, o dorastaniu na przekór oczekiwaniom innych, o niezmordowanym poszukiwaniu siebie. Ana Castillo posiada dość niezwykły styl oraz poczucie humoru. Mam nadzieję przeczytać więcej jej książek, poezji, jak również i feministycznych esejów.
2011-09-02
"The House on Mango Street" Sandra Cisneros

Sandra Cisneros to amerykańska autorka meksykańskiego pochodzenia, kompletnie w Polsce nieznana, w Stanach zdołała sobie zaskarbić uznanie przynajmniej części mainstreamowej krytyki. No i zdobyła wielu czytelników. „The House on Mango Street”, wydana po raz pierwszy w 1984, to jej najbardziej znana książka. Cisneros to też całkiem nieza poetka. Może nawet poetką jest ona przede wszystkim, co zresztą znajduje swoje odbicie w konstrukcji tej minipowieści.
Bohaterką jest Esperanza, podobnie jak autorka, mieszkanka Stanów, a konkretnie Chicago, meksykańskiego pochodzenia. Z rodzicami, jako dziewczynka może 12-13 letnia przeprowadza się wraz z dość dużą rodziną po raz kolejny – tym razem na tytułową ulicę Mango. Jej największym marzeniem jest własny dom, własne miejsce („własny pokój” Woolf?), którego nie musi z nikim dzielić i gdzie nie musi po kimkolwiek sprzątać. Pomimo powierzchownego obrzydzenia obecnym domem i ulicą, każdy z rozdziałów książki opisuje sytuacje, które zachodzą właśnie w tych miejscach – to łaty i skrawki pamięci nieodwracalnie zszyte właśnie z tymi miejscami.
Rozdziały, średnio mają długość jednej strony, często przypominają swoim stylem rachityczne wiersze. Świat jednej ulicy widziany oczami dorastającej dziewczynki. Zdania są krótkie, często naszpikowane potocznymi wyrażeniami. Wiele postaci zostaje jedynie naszkicowanych, ale szkice są celne. Są to przede wszystkim młode dziewczyny, które prędzej czy później dostosowują się do modelu meksykańskiej kobiety, jak Rafaela, którą mąż zamyka w czwartkowe wieczory w domu, kiedy idzie grać w karty, bo uważa, że jest tak piękna, że może uciec. Albo te, które słono płacą za swoje wcześniejsze dostosowanie, jak Minerva, młoda matka dwójki dzieci, od której mąż uciekł. Wszystko brzmi delikatnie banalnie, może jak romansidłotwory z serii „true story, bro”, ale narracja, taka infantylna, a jednoczesnie spostrzegawcza i lakoniczna, nadaje się do relacjonowania tego typu historii idealnie, nie dopuszcza taniego sentymentalizmu, czy umoralniania.
Należy tutaj też pamiętać o perspektywie meksykańskich imigrantów i ich rodzin, bez nadziei na lepsze jutro, postrzeganych, także i dziś, przez amerykańskie społeczeństwo i rząd, jako „problem, z którym trzeba coś zrobić”. „Problemem” są głównie imigranci nielegalni, ale nawet Ci przybywający legalnie nie mają łatwego życia. Szczególnie ciężko mają kobiety – meksykanie są bardzo konserwatywni, jeśli chodzi o model rodziny i model idealnej kobiety (matka wielu dzieci, wstająca o świcie, by przygotować tortille, pobożna, łagodna, spolegliwa). Bieda i odrzucenie, które cierpią w nowym kraju popycha je jednak w zupełnie odwortnym kierunku, zwłaszcza młode dziewczynki, które bardzo szybko zachodzą w ciążę, muszą wychodzić za mąż, nie kończą szkół...
Interesuję się problematyką życia imigrantów w USA, więc podobnych lektur będzie u mnie na pewno więcej. Teraz otworzyłam sezon najbardziej oczywistą i, przynajmniej w Stanach, najbardziej znaną powieścią o tej tematyce. Gdyby kiedyś udało Wam się ją zdobyć, to polecam. Sama niebawem chyba przeczytam ją jeszcze raz, bo jej przeczytanie zajmuje najwyżej jeden wieczór, a jest to jedna z ciekawszych narracji z jakimi się ostatnio spotkałam.
