Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projekt - literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projekt - literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

2012-04-07

"W kleszczach lęku" Henry James

Ciężka sprawa z tym Jamesem. Dotychczas miałam do czynienia, i bardzo dawno, z Daisy Miller, która specjalnie mnie nie zachwyciła, ale wydawała się solidną, chociaż dość typową, powieścią realistyczną. Teraz postanowiłam skubnąć jego dłuższe opowiadanie (ok. 120 stron) pt. W kleszczach lęku (The Turn of the Screw). Niestety moje skubanie przerodziło się w okazjonalne i coraz bardziej niechętne dogryzanie.

Zaczyna się naprawdę ciekawie. Podczas spotkania kilkorga przyjaciół, jeden z mężczyzn twierdzi, że zna przerażającą historię, o której kiedyś opowiedziała mu pewna kobieta. Wznieciwszy zainteresowanie odmawia jednak jej zrelacjonowania twierdząc, że uprzednio musi pojechać po rękopis, autorstwa tejże kobiety, otrzymany przed jej śmiercią, z którego będzie swoim znajomym czytał. Po tym wprowadzeniu, kiedy to mężczyzna wreszcie go przytaszczył, „słuchamy” już tylko rękopisu.

Bohaterka jest guwernantką, która zgłasza się do opieki nad siostrzenicą i siostrzeńcem pewnego mężczyzny na stałe przebywającego w Londynie, który nie interesuje się wychowaniem dzieci, a ponadto nie życzy sobie, żeby informowano go o jakichkolwiek problemach. Dzieci, wraz z opiekunką – panią Grose, przebywają w dworku Bly. Gdy guwernantka tam się zjawia jest zachwycona dziewczynką, Florą, jej przykładnym zachowaniem i słodyczą. Ma nadzieje, że chłopiec, który ma wkrótce wrócić ze szkoły na wakacje, będzie równie grzeczny. Na dzień przed jego przybyciem otrzymuje jednak list, że chłopca wydalono ze szkoły. Wyobrażenia o tym, jak paskudny charakter musi mieć chłopiec zostają rozwiane przez jego nienaganne zachowanie i błyskotliwość. Wkrótce jednak sielanka opieki nad dwoma aniołkami zostaje przerwana przez pojawiające się zjawy, najpierw mężczyzny, potem również i kobiety – byłej guwernantki, Miss Jessel...

Tak, to historia o duchach. Prawda, że wydaje się interesująca? Guwernantki, dworki, duchy. Miałam ochotę na taki klimat, wprowadzający rozdział dał mi nadzieję na niesamowitą lekturę. Więc co było nie tak? W kleszczach lęku okazało się opowieścią okrutnie nudną. Już dawno nie wynudziłam się tak na żadnej książce. Styl jest paskudnie rozwklekły, zdaje się, że James przesadził w charakteryzacji „stylu zapisków dziwnej guwernantki”, bo nie wydaje mi się, żeby to był jego styl domyślny. Zakończenie jest otwarte i powinno dawać do myślenia, ale jest tak pogrzebane pod warstwą kilometrowych, stokrotnie złożonych (a jednak, w angielskim, jest to możliwe) zdań i zawikłanych refleksji. Wydaje się, że to jedna z tych książek, które się dobrze interpretuje na zajęciach z literatury, ale czyta się wręcz potwornie, chociaż muszę przyznać, że to naprawdę piękna angielszczyzna. Nie mam problemu z literaturą klasyczną, był czas, kiedy czytałam tylko taką. W obu językach – po polsku i po angielsku. Wydaje mi się jednak, że można było 100-150 lat temu pisać piękną angielszczyzną, ale do rzeczy i jaśniej. Cóż, albo nie czytałam klasyki już bardzo długo, albo akurat ten Henry James mnie w tym momencie przerósł. Być może lepiej by mi poszło z polskim tłumaczeniem? Polecam jedynie ogromnym fanom powieści gotyckiej i klasyki.

Przerwa od klasyków zarządzona!


2012-03-15

"Pieśń Salomonowa" Toni Morrison

To nie było moje pierwsze spotkanie z prozą Toni Morrison, uprzednio czytałam już Umiłowaną i The Bluest Eye, chociaż było to lata temu. Oprócz zdecydowanego poczucia, że książki badzo mi się podobały, nie zostało ze mną nic więcej. Może przez tę kiepską pamięć tak długo zwlekałam z przeczytaniem kolejnej jej książki. Teraz już nie będę taką zapominalską, zamierzam przeczytać wszystkie jej książki, koniec i kropka.

Będzie mi trochę trudno pisać o Pieśni Salomonowej z tego względu, że czytałam ją w języku angielskim, a dla tej powieści niezmiernie ważne jest nazewnictwo postaci, które będę musiała podać po angielsku. Głównym bohaterem jest Macon „Milkman” Dead (jego ojciec i dziadek nosili takie samo imię i nazwisko) – brzmi to, jak „makin' dead”. Dziadek Milkmana otrzymał je przez przypadek - gdy chciał się zajerestrować w biurze wolnych byłych niewolników, biały urzędnik przez pomyłkę w miejsce imienia wpisał miasto urodzenia, a w miejsce nazwiska wpisał dane o ojcu (dead). Najmłodszy Dead pracuje w biurze nieruchomości swojego ojca, rozpieszczany przez życie, jest próżny i chciwy. Nie próbuje zrozumieć własnych rodziców, czy sióstr, ani nawet najlepszego przyjaciela, aż do niezwykłej podróży, początkowo podyktowanej chciwością, a która staje się namiętnym poszukiwaniem własnych korzeni.

Ważną postacią jest również ciotka Milkmana, Pilate (Piłat), której imię ojciec wybrał z Biblii na chybił trafił. Podobnie imiona wybiera brat Pilate, a ojciec Milkmana, nazywając córki Magdalene i First Corinthians. Pilate żyje poza społecznymi dyktatami razem ze swoją córką i wnuczką. Nie wciska się w korsety, nie odkłada pieniędzy, nie ma stałej pracy. Jej brat, a ojciec Milkmana, gardzi nią i jej prawdziwie wolnym stylem życia, gdyż on, jako właściel nieruchomości, kocha własność i powiększanie tej własności, kocha posiadać rzeczy. To jest jedna (i prawdopodobnie jedyna) rzecz, jaką pamiętam z poprzednich książek Morrison – to jak czarnoskórzy ludzie odseparowują się od siebie, czasem zadając sobie nawzajem więcej bólu, niż przynosi separacja między białymi i czarnymi, bo ta ostatnia jest zbyt oczywista, a przez to w jakiś sposób oswojona. Innym ciekawym problemem jest zniewolenie kobiet, które wydaje się tym większe, im bardziej znaczący i bogaty jest ich mąż, czy ojciec. Ruth, matka Milkmana i żona Macona, jak również jej córki, przez całe życie są tylko wizytówkami, które mąż i ojciec obwozi coraz to nowymi samochodami, żeby inni mogli zobaczyć, jak dobrze są ubrane.

Trudno pisać o tej książce, streścić chociaż część fabuły, przedstawić wszystkich bohaterów. Czyta się ją niesamowicie, niemalże jak współczesny poemat, gdzie wszystko jest pozornie znajome, a jednak widziane na nowo; gdzie pieśń kradnie potoczne słowo, zagarnia je dla siebie. Imiona są czasem dla bohaterów więzieniem, a czasem punktem wyjścia, albo twierdzeniem, któremu trzeba udowodnić, że jest błędne. Sen o lataniu, klamra powieści, jako wyrzeknięcie się bogactwa i próżności, przewija się przez całą powieść. Piękno w najdrobniejszych gestach, poczucie nieuchronnego upadku, nieświadoma akumulacja grzechów przeciwko innym, ale, przede wszystkim, przeciwko sobie. Tylko tak mogę opisywać prozę Morrison. Drobnymi zdaniami, które mogłbyby być częścią poematu. Ale nie muszą – mogą być wolne.


Fantastyczne książki czytam w tym roku. Może to dlatego, że jestem bardziej otwarta na kompletnie nieznane lektury i autorów. Może dlatego, że staję się coraz bardziej świadomym czytelnikiem, wyłapuję więcej konfliktów i problemów, bo więcej interesuję się światem w ogóle. W każdym razie mam nadzieję, że ten trend będzie trwał!


2012-02-11

"Światłość w sierpniu" William Faulkner

Mniej więcej w połowie lektury z ust głównego bohatera Światłości w sierpniu pada pytanie o to kiedy ludzie, w których żyłach płynie inna krew przestaną się nienawidzić. Znając miejsce i czas akcji powieści: stan Mississippi (miasto Jefferson w fikcyjnym hrabstwie Yoknapatawpha), prawdopodobnie koniec lat 20-tych, początek 30-tych XX wieku, pytanie to nie powinno dziwić, jednak czy naprawdę tak wiele od tego czasu się zmieniło?

Joe Christmas jest sierotą, nieślubnym dzieckiem, podobno w jednej czwartej Murzynem. „Podobno,” gdyż tak naprawdę nawet on sam nie jest o tym w pełni przekonany. Jego skóra jest biała, z wyglądu może przypomina ludziom trochę obcokrajowca. Dostrzegają jego inność, rezerwę, pozorną wyniosłość. Jednak, gdy tylko się dowiadują, że „ma w sobie murzyńską krew” zaczynają go traktować tak, jakby był Murzynem, czyli podle. Christmas sam nie wie kim jest, od czasu do czasu identyfikuje się z którąś grupą, ale przez większość czasu jest w stanie wojny z obiema – białą i czarną. Rozbita, czy wymykająca się, tożsamość sprawia, że mężczyzna nie ma żadnych wartości, których mógłby się uczepić, wokół których uformować swoje „ja.” Przez kilkanaście ostatnich lat swojego życia bez przerwy ucieka, nawet kiedy stoi w miejscu.

Innymi bohaterami, równie odizolowanymi, są: Byron Bunch, Lena Grove i Gail Hightower. Lena i Bunch tworzą parę niczym Maria i Józef. Ona, podróżująca pieszo z samej Alabamy, w zaawansowanej ciąży, w poszukiwaniu ojca dziecka; on, ciężko pracujący, uczciwy i bogobojny (ale nie fanatyczny) trzydziestoparolatek, który się w niej zakochuje. Lena jednak uparcie dąży do odnalezienia ojca dziecka – mężczyzny, nawet nie tyle złego, co głupiego, pustego i miernego. Gail Hightower, natomiast, jest nieczynnym już w zawodzie pastorem, który kompletnie wycofał się z życia publicznego po tym jak społeczeństwo znienawidziło go za to, że niedostatecznie dopilnował swojej, zdradzającej go, żony, która ewentualnie zostaje zamordowana w jednym z hoteli w Memphis. Jedynym znajomym Hightowera jest Byron Bunch. Pastor żyje wciąż przeszłością, ale nie własną, lecz swojego dziadka, zabitego podczas Wojny Domowej. Jego pamięć próbuje odgrywać projekcje, jak to jego waleczny dziadek zostaje zestrzelony z konia podcza bitwy, jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pamiętając, że ponoć zastrzelono go w kurniku za wykradanie kur.

Bohaterów w książce jest znacznie więcej, niektórzy występują tylko epizodycznie, choć Faulkner nie omieszkał nakreślić czytelnikowi pewnych faktów, często nieprzyjemnych, z życia prawie każdego z nich. Jednocześnie jego przedstawienie postaci zawsze jest niesamowicie subiektywne, zazwyczaj jest ono podobane w postaci pół-plotki, którą ktoś komuś opowiada. Czytelnik początkowo próbuje osądzać, przeciwstawić sobie bohaterów i ich postępowania, żeby w końcu przyznać, że nie potrafi i nie powinien tego robić.

Czy mogę tak za jednym zamachem przedstawić wszystkie problemy, które Światłość porusza? Te najjaskrawsze to rasizm i poszukiwanie tożsamości. Z rasizmem spotykamy się w książce na każdym kroku, nawet te postacie, które stają w obronie czarnoskórych, robią to z dość spaczonych, dziwnych powodów, jak np. panna Burden, stara panna pochodząca z Północy, która od ojca nauczyła się współczucia dla nich, ale tak, jakby to byli ludzie w jakiś sposób gorsi, wymagający litości. Czarnoskóra osoba jest, w domyśle, złodziejem, mordercą, ale także tchórzem. Jest tępa i kłamliwa. Tak na południu USA uważano jeszcze 80 lat temu. Ale bardziej przeraża fakt, że tak się uważa w wielu miejscach do dziś. Poszukiwanie własnej tożsamość i nieumiejętność jej odnalezienia ściśle wiąże się z problemem rasy, czy też, po prostu, tej innej „krwi.” W społeczeństwie tak posegregowanym i obwarowanym murami należy się zadeklarować ze swoją przynależnością, nie ma w nim miejsca na eklektyzm, łączenie zwyczajów, poglądów, opowieści, przekonań. Ktoś znajdujący się na granicy przynależności, tak jak Christmas, nie potrafi się odnaleźć ani w rzeczywistości, ani we własnym umyśle.

Innym problemem jest okrutny mizoginizm, wynikający głównie z fanatyzmu religijnego. Kobiety tkwią tutaj w nieszczęśliwych, koszmarnych wręcz, związkach, rodzą dzieci bez przekonania, chociaż z nadzieją, że dziecko sprowadzi na nie miękkość. Poszukują tej miękkości, a dostają twardość i ostrość. Gdy wkracza tu religia i fanatyczne wypowiedzi McEacherna, zastępczego ojca Christmasa, czy Hinesa, który jest z kolei Christmasa biologicznym dziadkiem, możemy dostrzec tę niewzruszoną dychotomię, która na setki lat usprawiedliwiła uznawanie kobiety (czy odmiennych ras / wyznań / tradycji) jako coś gorszego: święte-grzeszne, jasne-ciemne, Biały-Murzyn, mężczyzna-kobieta.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała również o niezwykłym faulknerowskim stylu. Proste zdania, potoczny język, a jednak żadne z tych zdań nie jest do końca jasne, występuje między nimi pewna rozłączność, a nawet dysonans. Chyba jeszcze bardziej dobitnie objawia się to w dialogach, gdzie postaciom często ciężko się wyrazić, komunikować z drugą osobą. Sposób prowadzenia narracji przypomina taki dywanik utkany z wielu łat, niektóre z nich mocno wytarte, inne są z nowego, ale dziwacznego materiału – opowiadania w opowiadaniach, ludzkie życiorysy nakreślone w dialogach, albo w podaniach („Mówiono”, „Niektórzy twierdzili...”). To nie francuska powieść realistyczna, gdzie autor mógłby nam opowiedzieć, co która z postaci jadła na obiad każdego dnia swojego życia, oraz co ich pierwsze miłości powiedziały księdzu na pierwszej spowiedzi. Faulkner sam swoich bohaterów chyba do końca nie zna, po trochu nimi jest, a po trochu ich nie rozumie. Być może bohaterowie nasunęli mu się na myśl, gdy doświadczał tej dziwnej światłości w sierpniu, kiedy można odczuć nieuniknioną zapowiedź jesieni, a jej obserwator zdaje się cofać do czasów, które pamiętamy nie z książek, ale czujemy instynktownie, że były, zanim postawiliśmy między sobą mury i wykopaliśmy fosy.


Smog - “Red Apple Falls”
Landing - “Centrefuge”

2012-01-23

"Uciekaj, Króliku" John Updike

Przy mojej poprzedniej recenzji Domu Ciszy Pamuka wspominałam, że główni bohaterowie mnie często drażnili. To było jednak nic w porównaniu z tym, jak szlag mnie trafiał podczas lektury Uciekaj, Króliku Updike'a, gdzie spotkałam się bodaj z najbeznadziejniejszą, najdurniejszą postacią w historii mojego czytelnictwa, postacią, której na imię Harry Angstrom.

Angstrom, zwany również Królikiem, był w czasach licealnych dobrym graczem w kosza. A obecnie jest ot, takim sobie typem, akwizytorem na dorobku, z żoną i dzieckiem (i następnym w drodze). Żona trochę popija, siedzi w domu, ogląda bez przerwy telewizję. Pewnego dnia Królik wraca do domu, ma za zadanie odebrać dziecko od teściów, ale małżonka tego wieczoru wyjątkowo mu się nie podoba, zwłaszcza, że znowu pije, więc Królik po prostu wychodzi, nie wraca do domu, jeździ bezsensownie samochodem, początkowo zmierza na południe, ale jakoś jednak zawraca z powrotem do swojego miasta Mount Judge, w stanie Pensylwania. Tam nocuje u swojego byłego trenera, potem wybiera się z nim na spotkanie z podejrzanymi panienkami, z jedną z nich się wiąże i pomieszkuje u niej. Wszystko zmierza do dość przykrego końca, ale niestety żadne z wydarzeń i odbytych rozmów nie sprawia, że bohater dojrzewa.

Co w nim takiego beznadziejnego? Harry w ogóle nie zastanawia się nad swoim postępowaniem. Po prostu robi to, co w danej sytuacji przychodzi mu do głowy. Słowa typu “przyjaźń”, “przywiązanie”, “miłość” to dla niego jakieś takie szmaty do wycierania gęby. Ale czy to znaczy, że jest cyniczny? Nie, skądże. On w ogóle nie jest cyniczny, do tego trzeba jednak trochę nad światem porozmyślać. On po prostu jest imbecylem, który nigdy nie zastanawiał się nad znaczeniem tych słów. Nie wiem czy Updike próbował stworzyć jakiegoś everymana – taki tam przeciętny mężczyzna reprezentujący klasę średnią, z rodziną na utrzymaniu itd., ale stworzył jedynie bezczelnego bezmózgowca, których może i jest wszędzie pełno, ale czytanie o nich i o ich zerowym rozwoju, to jednak dość bolesne zajęcie. Rozumiem, że Updike chciał w pewien sposób ukazać osobę, która wyłamuje się z więzów poczucia winy i obowiązku, nadającym ton życiom wielu podobnych mężczyzn (i kobiet) z klasy średniej. Być może bezmyślność jest tutaj jedynym wyjściem z sytuacji, taka “czysta karta” w głowie, bez morałów i skrupułów (narzuconych przez innych), czy elementarnego, lecz może tylko wyuczonego, współczucia. Królik zresztą nie jest zupełnie bezuczuciowy w jakiś socjopatyczny sposób. Dla niego uczucia są jak zapachy muszą być dla zwierzęcia, mocne, ale chwilowe, ulotne, następujące po sobie bardzo prędko. I zero przemyśleń dlaczego, po co.

Styl, którym jest napisana książka także drażni, zwłaszcza, kiedy na pierwszym planie opisów jest Królik – bohater, moim zdaniem, niewarty nawet zdania. Niektóre sceny jednak są pierwszorzędne, chociażby scena ostatecznej tragedii.Ciekawe są też postacie kobiece, np. Kochanki Królika, bystrej, jednak nie dosyć, żeby przejrzeć imbecylstwo swojego nowego partnera, albo jego żony, Janice, tak głęboko obawiająceja się zdania własnej matki, że ucieka w szybkie małżeństwo (przyspieszone także ciążą), aby tylko mieć swój własny dom i nie być już (przynajmniej nie tak często) krytykowaną. Dobrze więc, że przeczytałam książkę do końca, mimo iż miałam ochotę ją rzucić w kąt w połowie (co absolutnie nie byłoby dobrym pomysłem, biorąc pod uwagę, że czytałam ją na Kindle'u), ale niesmak po spotkaniu z dennym Królikiem pozostaje. John Updike musiał sobie jednak Angstroma bardzo ukochać, bo dopisał kolejne części o jego życiu (Przypomnij się, Króliku, Jesteś bogaty, Króliku, Królik odpoczywa). Ja jednak do nich nie zajrzę, ani w najbliższym, ani w dalszym, czasie.



2011-12-09

"451 stopni Fahrenheita" Ray Bradbury

Przeglądając moją listę literatury amerykańskiej, z którą chcę się w najbliższym czasie zapoznać trudno nie oprzeć się wrażeniu, że 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury'ego jest elementem nie pasującym do reszty, jednak ta książka znalazła się na wielu (jeśli nie wszystkich) listach pt. “American literature” na goodreads.com, więc zdecydowałam się i ja umieścić ją na swojej. Bradbury jest autorem książek fantasy, science fiction, jak i horrorów. Żaden z tych gatunków totalnie mnie nie interesuje (wyjątek stanowi pisarstwo Ursuli K. Le Guin). Zwłaszcza kiedy okładka wygląda tak:

Czego, na boga ojca, można się spodziewać po książce z taką okładką? Ale przecież książki autorstwa Kilgore'a Trouta, alter ego Kurta Vonneguta, także miały podobne okładki, były sprzedawane w podejrzanych pseudo-księgarniach, a jednak zawierały niesamowicie ciekawe, paraboliczne treści. Więc, oczywiście, nie ma co oceniać książki po okładce. Po prostu ją przeczytajmy!

Ta króciutka powieść to kolejna dystopia, w której można odnaleźć co nieco Nowego wspaniałego świata, a także My Zamiatina. Główny bohater, Guy Montag, jest strażakiem, który pali książki. Większość ludzi już zapomniała, że kiedyś strażacy gasili pożary, a nie je wywoływali. Alarm w miejscu pracy Montaga rozbrzmiewa wtedy, kiedy ktoś donosi na posiadaczy książek. A książki są niszczone, gdyż prowadzą do nierówności, niepotrzebnej wiedzy, depresji. W świecie zobrazowanym w 451 stopni Fahrenheita najważniejsza jest ciągła dekoncentracja, skupienie się na nic nie znaczących informacjach, dźwiękach, rozmowach. Ulubioną rozrywką żony głównego bohatera jest siedzenie w pokoju, gdzie na trzech ścianach wyświetla się jej “rodzina”, gdzie każdy gada jakieś głupoty i kłóci się o nie wiadomo co (przypomina to trochę obecne reality show). Montag jednak ukradkiem zabiera po jednej książce z miejsc, w które zostaje wezwany, aby je spalić, i udaje mu się zebrać małą biblioteczkę. Pewnego dnia decyduje się skontaktować z pewnym profesorem, aby ten pozwolił mu zrozumieć dlaczego książki, I wiedza z nich czerpana, są tak ważne.

Nie powiem, żebym spotkała się tu z wielką oryginalnością, podobieństwa do wyżej wspomnianych dwu powieści chodziły za mną przez większość czasu. Styl i język są bardzo proste, jest trochę odwołań do klasyków - przełożony Montaga, postać raczej mroczna i cyniczna, obznajomiona z literaturą całkiem nieźle, przeprowadza niby-monolog między zwolennikami i przeciwnikami książkowej wiedzy cytując właśnie pisarzy. Jak to z dystopijną literaturą, która przetrwała próbę czasu, bywa, jest ona dość profetyczna. Wydana w 1953, przewidziała ogromne telewizory (prawie na całą ścianę), ale przede wszystkim to rozkojarzenie, tę potrzebę zajmowania się wiecznie czym innym. Czy wszyscy nie przypominamy trochę żony Montaga, kiedy w ciągu minuty zaglądamy w telewizor, potem w laptopa, a potem w jakieś czasopismo? Nie ma co ukrywać też, że obecnie najbardziej popularne strony to te, gdzie są same obrazki, gify z bawiącymi się kotami, ewentualnie komiksy z minimalną zawartością tekstu przez gąszcz których internauta scrolluje całe wieczory. A książki? Cóż... Zakładając najczarniejszy scenariusz, wydaje mi się, że nikt nigdy nie będzie musiał ich palić, ludzie po prostu kompletnie przestaną je czytać, a ci co nie przestaną, będą traktowani z pobłażaniem, jak gdyby jeszcze nie dorośli do poważnych zadań. Hmm, w zasadzie jak tak się zastanawiam, to ten najczarniejszy scenariusz już jest obecny ;)

Ogólnie rzecz biorąc, jest to ciekawa, choć niewymagająca, lektura zwłaszcza dla wielbicieli wszelkich antyutopii.

Co mnie na koniec książki zdziwiło dość mocno, to cztery strony komentarza od autora umieszczone na samym końcu. Ja zazwyczaj czytam wszystko w książce, łącznie ze wstępem, podziękowaniami i notą bibliograficzną, więc jak mogłabym pominąć komentarz autora? Bardzo żałuję jednak, że to zrobiłam...

W samej powieści, wspomniany już przełożony, Beatty, w pewnym momencie jako jeden z powodów, dla których książki stały się dla społeczeństwa niewygodne, podaje mniejszości, którym nie podobało się to czy owo w danych powieściach. Było to dziwne dla mnie, ale pomyślałam sobie, że to polifoniczność powieści, te sprawy - w dialogach wyrażane są bardzo różne postawy, żeby człowiek mógł się nad nimi zastanowić. Ale nie. Okazuje się jednak, że jest to pogląd samego autora, który w dość cierpkich, mocnych słowach wyraża się o wszelakich mniejszościach, narodowych, czy religijnych, a także, naturalnie, o feministycznych. Tak duże rozgoryczenie wynika z faktu, że jakiś teatr uniwersytecki nie chciał wystawić jego sztuki, bo nie ma tam kobiecych ról, albo że dostał list od Afro-Amerykanina, że murzyni w jego innej powieści są jacyś stereotypowi. Bardzo wrażliwy ten Bradbury, nie ma dwóch zdań. W związku z kilkoma incydentami musiał w dosadnych, ocierających się niemal o wulgarność, słowach wyrazić swoją niechęć w stosunku do mniejszości. Zawsze mi się wydawało, że od ostatnich dekad to właśnie ponowne odczytanie klasyków przez dane mniejszości, wzbogaca te lektury, ale według Raya Bradbury'ego mniejszości chcą jedynie zniszczyć to, co im nie odpowiada. Cóż, to pewnie bardzo stary komentarz, chcę wierzyć, że od tego czasu autor zmienił zdanie w tej kwestii. W każdym bądź razie, komentarz ten pozostawił duży niesmak.


2011-11-22

Projekt: Literatura amerykańska

Wymyśliłam sobie skromny projekt na własne potrzeby. Ciągle odkrywam pokłady, dosłownie, literatury amerykańskiej z którą nie miałam jeszcze do czynienia, a w moim wypadku wypadałoby mieć z nią bardziej intensywny romans (jestem amerykanistką z powołania, jak i z konieczności)



Skompilowałam więc listę 50 pozycji, które wcześniej, czy później muszę przeczytać, i które w taki czy inny sposób są klasyczne, albo ważne. Kilka z nich czytałam już wcześniej, albo we fragmentach (Moby Dick), albo sto lat temu (Zabić drozda). Niektórym autorom daję nową szansę, bo nie specjalnie się z nimi polubiłam przy okazji innych lektur (Nathaniel Hawthorne, F. Scott Fitzgerald). Innych znów autorów bardzo sobie cenię i chcę kontynuować lekturę ich dzieł (John Steinbeck, Tennessee Williams). Daję sobie na tę listę czas nieograniczony, ale chciałabym czytać co najmniej 2-3 książki z listy w ciągu kwartału.

EDIT 15.03.2012: Zdaję sobie sprawę, że ta lista składa się z zatrważająco wielu białych pisarzy anglosaskiego pochodzenia, a w obliczu zmian i większego otwarcia kanonów na pisarki, post-kolonialnych pisarzy i pisarzy etnicznych, jest to w zasadzie nie do przyjęcia. Jednak tym jest właśnie ta lista - odzwierciedleniem oklepanych kanonów, z którymi, mimo wszystko, chcę się zapoznać, choćby po to, by wiedzieć, czy są czegoś warte. Poza tym dobrze znać te lektury, by móc je jakoś "zderzać" właśnie z post-kolonialną, czy kobiecą, literaturą. A w końcu, poza tym projektem, czytam tak wiele różnorakiej literatury, że jedna taka skostniale-kanoniczna lista nie wyrządzi, ani moim poglądom, ani nieuchronnym i wyczekiwanym w literackich (czasem zatęchłych) światkach zmiany, żadnej krzywdy.

Oryginalne tytuły podaję w nawiasie, chyba że tytuł oryginalny jest taki sam jak polskiego tłumaczenia, albo polskie tłumaczenie nie istnieje (na szczęście takich przypadków było niewiele).

1. Ray Bradbury - “Fahrenheit 451”
2. Herman Melville - “Moby Dick”
3. Herman Melville - “Kopista Bartelby” (“Bartleby the Scrivener”)
4. Nathaniel Hawthorne - “Marmurowy Faun” (“Marble Faun”) albo “Dom o siedmiu szczytach” (“The House of Seven Gables”)
5. F. Scott Fitzgerald - “Czuła jest noc” (“Tender is the Night”)
6. F. Scott Fitzgerald - “Piękni i przeklęci” “(The Beautiful and the Damned”)
7. Mark Twain - “Przygody Hucka” (“The Adventures of Huckleberry Finn”)
8. Thomas Wolfe - “Spójrz ku domowi aniele” (“Look Homeward, Angel”)
9. William Faulkner - “Światłość w sierpniu” (“Light in August”)
10. William Faulkner - “Absalomie, Absalomie...” (“Absalom, Absalom!”)
11. Jonathan Franzen – “Wolność” (“Freedom”)
12. Robert Penn Warren - “Gubernator” (“All King's Men”)
13. John Updike - “Uciekaj, Króliku” (“Rabbit, Run”)
14. David Foster Wallace – jeszcze się nie zdecydowałam
15. Willa Cather – “Moja Antonia” (“My Antonia”)
16. Richard Yates - “Wielkanocna Parada” (“Easter Parade”)
17. John Dos Passos - “42 równoleżnik” (“The 42nd Parallel”)
18. William S. Burroughs - “Nagi Lunch” (“Naked Lunch”)
19. Saul Bellow - “Herzog”
20. Flannery O'Connor – opowiadania
21. Thomas Pynchon - “49 idzie pod młotek” (“The Crying of Lot 49”)
22. Jack London - “Maleńka pani wielkiego domu” (“The Little Lady of a Big House”)
23. Sinclair Lewis - “Babbitt”
24. Upton Sinclair - “Grzęzawisko” (“The Jungle”)
25. Frank Norris - “Potęga giełdy” (“The Pit”)
26. Stephen Crane - “Maggie, Girl of Streets”
27. Raymond Chandler – opowiadania
28. Henry James - "W kleszczach lęku" (“The Turn of the Screw”)
29. Henry James - “Portret Damy” (“The Portrait of a Lady”)
30. Truman Capote - “Śniadanie u Tiffany'ego” (“Breakfast at Tiffany's”)
31. Carson McCullers - “Serce to samotny myśliwy” (“The Heart is a Lonely Hunter”)
32. James Baldwin - “Głoś to na górze” (“Go Tell It on the Moutain”)
33. Paul Auster – jeszcze się nie zdecydowałam
34. Amy Tan – “Klub radości i szczęścia” (“The Joy Luck Club”)
35. Arthur Miller – “Czarownice z Salem” (“The Crucible”)
36. Henry David Thoreau - “Obywatelskie nieposłuszeństwo” (“Civil Disobedience”)
37. Eugene O'Neill – jeszcze się nie zdecydowałam
38. John Steinbeck - “Zima naszej goryczy” (“The Winter of Our Discontent”)
39. John Steinbeck - “Na wschód od Edenu” (“East of Eden”)
40. John Fante - “Pył” (“Ask the Dust”)
41. Richard Wright - “Syn swego kraju” (“Native Son”)
42. Sherwood Anderson - “Miasteczko Winesburg: Obrazki z życia w stanie Ohio” (“Winesburg, Ohio”)
43. Louisa May Alcott - “Małe kobietki” (“Little Women”)
44. Frederick Douglass - “Narrative of the Life of Frederick Douglass”
45. Cormac McCarthy - “Rącze konie” (“All the Pretty Horses”)
46. Harriet Beecher Stowe - “Chata wuja Toma” (“Uncle Tom's Cabin”)
47. Jack Kerouac - “W drodze” (“On the Road”)
48. Tennesee Williams - "Cat on a Hot Tin Roof"
49. Toni Morrison - “Pieśń Salomonowa” (“Song of Solomon”)
50. Harper Lee - “Zabić drozda” (“To Kill a Mockingbird”)

Mnie samej obecnie wydaje się ten projekt dość osobliwy, bo ostatnio uganiam się za prozą latynoamerykańską i chińską, ale już CZAS NAJWYŻSZY poznać te wzystkie tytuły, a przynajmniej mieć wytyczne w postaci tego projektu.

Każdy może korzystać z tego pomysłu na projekt, jeśli pociąga go literatura amerykańska :) Może korzystać z mojej listy, albo używać jej jako przewodnika, albo w ogóle skompilować kompletnie inne tytuły. Niby literatura amerykańska jest taka oczywista i wydawałoby się "oklepana", ale jednak kiedy przyglądam się tej liście i myślę o polskich księgarniach, to aż tak wiele tych tytułów w nich nie znajdziemy. A warto je wygrzebać z biblioteki, czy allegro. Zupełnie inna się wyłania Ameryka u Steinbecka, Londona, Williamsa czy Crane'a, niż ta stereotypowa, wygładzona i wystylizowana przez przygłupie media.

No to nic, biorę się do czytania.