Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie - nobliści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie - nobliści. Pokaż wszystkie posty

2012-01-20

"Dom ciszy" Orhan Pamuk

Dom ciszy to prawdopodobnie jedna z najbardziej przerażających książek Pamuka, a na pewno jedna z bardziej przerażających, które czytałam ostatnio w ogóle. To również pierwsza książka tego autora, w której nagromadzenie mocno irytujących bohaterów było tak zatrważające. Ani przerażanie, ani znaczne dawki irytacji nie sprawiają jednak, że książkę czyta się źle, ani że się jej zwyczajnie nie lubi, chociaż pewnie zaliczyłabym ją do mniej przeze mnie lubianych powieści tureckiego pisarza (lecz wciąż niesamowitych). Było to zresztą dla mnie pewną nowością – denerwujący bohaterowie, a jednak świetna lektura, jak to tak?

Początek lat osiemdziesiątych, miejsce akcji to niewielkie tureckie miasto, Cennethisar, które rozwinęło się dopiero na przestrzeni ostatnich kilka dekad. Powieść składa się z przeplatanych narracji pięciu powiązanych ze sobą postaci, których wzajemne relacje doprowadzają do nieoczekiwanej tragedii:

Recep, karzeł, nieślubny syn męża Fatmy, tutaj już około czterdziesto-pięćdziesięcioletni. Jest służącym Fatmy (którą nazywa “jaśniepanią”). Tak naprawdę jedyny bohater prowadzący narrację, do którego poczułam sympatię, chociaż zastanawia jego pasywność względem, powiedzmy sobie szczerze, wrednej, Fatmy, oraz jego skrytość, oszczędność w wyrażaniu sądów i uczuć w rozmowach z innymi, pomimo niezwykle towarzyskiego charakteru.

Fatma to dziewięćdziesięcioletnia staruszka, spędzająca czas głównie w łóżku, w swoim pokoju, ewetualnie doglądająca pustej szkatułki, z której dawniej jej mąż, Selahattin kazał wyjmować kosztowności do sprzedania, bo nie posiadali innych środków utrzymania. Z zawodu był lekarzem, zajmował się jednak bez przerwy pisaniem encyklopedii, która miała oświecić zabobończy i otumaniony Wschód. Teraz szkatułka jest pusta, mąż już od dawna nie żyje, więc Fatma oddaje się rozmyślaniom o przeszłości. Najszczęśliwsze wspomnienia to te z dzieciństwa. Jednak odkąd wyszła za mąż, jako jeszcze kilkunastoletnia pannica, rozpoczyna się jej ponadsiedemdziesięcioletnia udręka i wieczne obrzydzenie.

Następnie poznajemy Hasana, kilkunastoletniego, zagubiongo chłopaka, który przyłączył się do grupy narodowców. Ich działalność sprowadza się głównie do wyłudzania haraczy od okolicznych sprzedawców i wypisywania nocą na ścianach politycznych haseł. Jego ojciec, Ismail, jest kulawym sprzedawcą biletów, bratem Recepa (i tak jak on – nieślubnym dzieckiem Selahattina), prawdopodobnie zbyt łagodnym, by stanowczo zająć się wychowaniem Hasana. Chłopak jest uległy wobec swoich kolegów, roi marzenia o byciu kimś, podczas gdy największą trudność stanowi dla niego skupienie się na nauce matematyki i angielskiego. Potrafi wpadać w destruktywną wściekłość, kiedy jest dostatecznie podjudzony przez kolegów, albo gdy jego własna słabość zbyt wyraźnie do niego dociera. Zakochany w Nilgün, siostrze Faruka i Metina, na jej własne nieszczęście.

Faruk, wnuk Fatmy i Selhattina, syn Doğana, rozczarowanego i wcześnie zmarłego starosty i polityka, historyk, który pije na umór, dużo rozmyśla o życiu i opowieści, podczas gdy sam sobie z własną życiową opowieścią kompletnie nie radzi. Opuściła go żona, historia przestaje mieć dla niego jakikolwiek sens. Szuka w archiwum pobliskiego miasta, Gebze, jakiś faktów, które ułożyłyby się w całość, notuje na chybił trafił ceny żywnoci sprzed kilkuset lat, drobne fakty o kradzieżach i pobiciach. Przy najbliższej okazji pije, a wtedy wszystkie fakty, jak i idea przyczynowości, rozłażą się w jego świadomości, o czym zresztą często opowiada Nilgün. Postać zupełnie nieodpowiedzialna i nieprzystająca do rzeczywistości.

Wreszcie Metin, który jest, moim zdaniem, najbardziej w Domu ciszy irytujący. Próbuje wbić się w towarzystwo jakichś nowobogackich dzieciaków, zakochuje się w jednej z dziewczyn i kompletnie nie próbuje jej zrozumieć, nawet kiedy ma ku temu okazję. Zachowuje się zupełnie idiotycznie i niezrozumiale, być może jego inteligencję przytępiła ta kretyńską grupa dzieciaków, z którymi przestaje. Roi sobie problemy, wciąż się przyrównuje do innych, jednocześnie żywiąc do nich nienawiść, podobnie jak Hasan, w swojej wyobraźni widzi siebie w przyszłości, kiedy jest już tym osławionym, nierealnym Kimś.

Pomimo takich okropnych typów, dla których trudno wysupłać jakieś pokłady współczucia, dlaczego uważam tę lekturę za udaną? Bo każdego z tych bohaterów można usprawiedliwić, chociaż częściowo zrozumieć, pomimo ich trudnego charakteru. Jaka spokojna byłaby nasza biała duszyczka, gdybyśmy mogli każdą z tych postaci osądzić i oczernić, po czym tak je zostawić, westchnąć i odejść. Jest to jednak niemożliwe, zbyt wiele w tych denerwujących, niedorzecznie postępujących postaciach z nas. Fatma z małej dziewczynki nagle musi zmienić się w żonę, na dodatek żonę człowieka innego niż wszyscy, na co niczyje rady nie mogły jej przygotować. Jej marzeniem zawsze było pozostać czystą, kiedy przyznaje w swych rozmyślaniach, że “[c]hce pozostać taka jaka jest, ale żeby jej nikt nie widział," rozumiemy, że w pewien sposób nigdy nie dojrzała, nie nauczyła się stawać sobą poprzez, pomimo i dzięki innym, ale odrzuciła związki międzyludzkie niemalże całkowicie. Hasan, jako chłopiec z biednej rodziny jest przez wszystkich lekceważony, nie godzi się z wyznaczonym mu miejscem w szeregu, a jednocześnie pewnie skrycie wie, że nie ma żadnego wyjątkowego talentu, a zwykła nauka jest dla niego zbyt mało spektakularna. Faruk jet trochę spadkobiercą swojego ojca i dziadka, wiecznych marzycieli zamartwiających się losami kraju. A Metin jest tylko młodym chłopakiem, który wychowywał się bez rodziców, sam musi zarabiać na siebie udzielając korepetycji, i wbija sobie do głowy, że pieniądze to wszystko, bo prawdopodobnie tylko one potrafią zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa. Poza tym, kto z nas nigdy nie zachował się choć raz jak idiota, albo z powodu ubzduranej miłości, albo z chęci przynależenia do danej grupy?

Za to właśnie uwielbiam powieści tego pisarza, one nigdy nie pozwalają na jednoznaczny osąd zupełnie nieoczekiwanych działań i myśli bohaterów. I to nie dlatego, że "nie należy osądzać tak w ogóle," ale dlatego, że mój osąd mógłby mnie samą zbyt głęboko zapiec. Jeśli próbowałabym rzucić w któregokolwiek bohatera z powieści Pamuka ciężkim granatem surowych sądów, mogłoby się okazać, że eksploduje on tuż przy mojej własnej skórze.

Agape Rose - “Scars Like Medals EP
Autumn Chorus - “The Village To The Vale


2011-07-21

"Buddenbrookowie" Thomas Mann

Gdybym nadawała swoim notkom ciekawsze tytuły niż sztampowo – tytuł i autor, to zatytułowałabym dzisiejszy wpis „Buddenbrookowie, czyli studium neurozy,” gdyż wszyscy najważniejsi bohaterowie tej powieści cierpią na nią, w takim bądź innym wydaniu. „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny,” bo taki jest pełen tytuł, to powieść, którą Tomasz Mann zaczął pisać w wieku 22 lat, a ukończył ją w mając lat 25. A nie ma chyba bardziej neurotycznego przedziału wiekowego, niż ta niby-sielska dwudziestoparoletnia „młoda dorosłość.” I w tym miejscu, nawet z moją nikłą znajomością biografii noblisty, jego życie oraz opowieść o kupieckiej rodzinie z Lubeki zazębiają się.

Głównym bohaterem jest Tomasz Buddenbrook, obowiązkowy, sumienny, ciężko pracujący dla dobra spółki, odnoszący sukcesy nawet w polityce. Najstarszy syn, chluba ojca. Na początku poznajemy go jako zwyczajnego bystrego chłopca, który wyraża chęć pracy w kantorze wraz z ojcem, zdobywania zawodowego doświadczenia. Z czasem staje się coraz bardziej zauważalne, że Tomasz Buddenbrook jest tylko aktorem dźwigającym swoją rolę jak krzyż, podczas gdy jego wnętrze wypełnia tłamszona chęć nieokreślonego wyzwolenia, wspólnoty, być może nieśmiertelności. Nie ma on jednak w sobie wiele z bohatera romantycznego, który mógłby mieć podobne rozterki. Tomasz Buddenbrook do końca pozostaje w więzieniu burżuazyjnego etosu i wizerunku.

Kolejny bohater wybitnie neurotyczny to Chrystian, hipochondryk i fantasta. Nie jest zainteresowany kupiectwem, ani uregulowanym życiem. Jako kompletne przeciwieństwo Tomasza, biega do teatru, gdzie wręcza bukiety aktorkom, spędza wieczory w karczmach i opowiada na zebraniach rodzinnych niestosowne historie z pobytu w Ameryce Południowej. Czasem jednak wydaje mu się, że nie potrafi przełknąć jedzenia, że nerwy z jednej strony jego ciała „są za krótkie”, że ma nieprzepartą ochotę wyskoczyć przez okno. Z bladego chłopczyka zmienia się w karykaturalnego człowieczka, przypominającego niemalże jedną z lalek dziecinnego teatru, który otrzymał jego siostrzeniec Hanno…

O Hanno również warto wspomnieć. Syn Tomasza, jedynak, chorowity i nadwrażliwy. Opisy jego niespokojnego snu potrafią wywołać u czytelnika niemalże przerażenie, a na pewno jakiś nieokreślony dyskomfort. Po matce chłopiec dziedziczy miłość do muzyki, która ostatecznie pozostanie jego jedyną miłością.

No i na koniec zostawiłam sobie bohaterkę najbardziej mnie intrygującą – Tonię Buddenbrook. Siostra Tomasza, córka zdolnego kupca, Jana. Całe życie podejmuje się czynności, aby „zrobić coś dla nazwiska Buddenbrook” i wszystkie one okazują się niewypałami, które pogrążają rodzinę. Tonia, pod koniec książki nieco komiczna starsza kobieta przekonana o swojej „znajomości życia”, na początku powieści jest uroczą dziewczyną, która na letnisku poznaje młodego chłopaka „z ludu”, przyszłego lekarza i zakochuje się w nim. Rodzice jednak (oczywiście) nie zgadzają się na taki układ, więc Tonia wyrzeka się tej miłości, wychodzi za innego kupca i tuż przed odjazdem ze świeżo zaślubionym mężem pyta ojca, czy jest z niej teraz zadowolony.
„Upadek rodziny” musiał wyniknąć z jakiegoś błędu, hamartii – winy tragicznej. Wydaje mi się, że dla każdego ten błąd będzie w innym miejscu powieści. Dla mnie jest on wynikiem tego pierwszego małżeństwa Toni, zawiera się w tym pytaniu do „tatusia” – „Czyś teraz zadowolony ze mnie?” Przy czym nie jest to wcale pytanie sarkastyczne, ale pełne nadziei i poczucia wypełniania jakiegoś nadrzędnego obowiązku. Biedna Tonia.

Cała powieść jest taka jak przedstawienie Toni – współczucie i ironia, złośliwość i zrozumienie, dystans i wzruszenie są zmieszane ze sobą w taki sposób, że czytelnik oscyluje niemalże dziko między smutkiem, a drwiną w stosunku do bohaterów. A lista intrygujących postaci nie kończy się na tych czterech wymienionych przeze mnie… Trudno nie wspomnieć też o skrupulatnych opisach śmierci każdego, kogo ona w tym dziele spotyka, oraz o ciekawym podkreśleniu użycia języka i sposobu mówienia, jako część charakterystyki danego bohatera. To pierwsza rzecz Manna z jaką miałam okazję obcować i jest to prawdziwy majstersztyk, pewnego rodzaju sarkastyczny pastisz powieści realistycznej, sagi rodzinnej. Teraz to naprawdę nie mogę się doczekać „Czarodziejskiej góry.”

2011-05-07

"Cevdet Bej i synowie" Orhan Pamuk

740-stronicowa powieść "Cevdet Bej i synowie" stanowi coś w rodzaju sagi rodzinnej. Coś w rodzaju, dlatego że częściowo wyłamuje się ona z konwencji typowej sagi. Podzielona na trzy części, w pierwszej przedstawia samego Cevdeta Beja, jednego z pierwszych muzułmańskich kupców. Jest rok 1905. Cevdet Bej pragnie wieść dostatnie i spokojne życie, mimo to dręczy go jakiś niepokój, niepewność. Najlepiej wyraża się on w sposobie w jaki Cevdet próbuje w pewnym momencie bagatelizować i naśmiewać się z pytania "Jaki jest sens życia?", chociaż początkowo budzi w nim ono jakiś niesmak zmieszany z przerażeniem.

Część druga jest najobszerniejsza i stanowi trzon całej powieści. W odróżnieniu od części pierwszej, skupionej jedynie na handlarzu, ma ona trzech bohaterów, trzech przyjaciół. Jednym z nich jest syn Cevdeta, Refik. Wraz ze starszym bratem stara się pracować w firmie ojca. Ma młodą, śliczną żonę, która niedługo urodzi mu dziecko. Mimo to narasta w nim coraz większy niepokój - ten nierozwikłany spadek po ojcu. Refik jednak nie umie go zbagatelizować, odstawić na bok, tak jak czynił to ojciec. Opuszcza żonę i dziecko, odwiedza przyjaciela Ömera, który pracuje przy budowie tunelu gdzieś na wsi. Tam oddaje się utopijnym marzeniom i projektom o modernizacji wsi... Wspomniany przyjaciel z kolei pragnie być zdobywcą, jednak ideał zdobywania przeistacza się ostatecznie w przywilej posiadania. Ömer staje się po części tym, czym kiedyś zwykł pogardzać. Jest jeszcze trzeci przyjaciel, Muhittin. Niespełniony poeta, którego strach przed byciem ignorowanym wiąże z nacjonalizmem. Potrzebuje on jakiejkolwiek wiary, która podczepiła by go do życia, życia kpiącego od emocji, nawet jeśli to emocje wymuszone, udawane. Część trzecia natomiast skupia się na synu Refika - Ahmecie. Ahmet jest malarzem i utopijne idee jego ojca, jak również i uśpione niepokoje i lęki jego dziadka, są w nim nadal żywe. Książka kończy się dyskusją którą prowadzi Ahmet ze swoją dziewczyną na temat zasadności istnienia sztuki oraz jej tworzenia.

Jest coś ponadczasowego w zgryzotach i troskach trzech przyjaciół. Coś niezwykle szczerego w ich postawach, które nie są ani godne pochwały, ani szlachetne, ani prostoduszne. Nawet bez całkowitego zrozumienia politycznych realiów, wciąż można się odnaleźć w każdej z tych postaci, zauważyć, że tak naprawdę jest się po trochu każdą z nich. Nawiązania do historii współczesnej Turcji i uwikłanie bohaterów w politykę to zresztą coś, co bardzo u Pamuka cenię, nawet jeżeli nie do końca orientuję się w tym temacie. On robi to zresztą diabelnie umiejętnie. Wyobrażam sobie, że w sztuce to musi być takie kuszące, żeby odciąć się od polityki, bo podczas kreowania swojej własnej rzeczywistości, można dokonać tego w prosty sposób. W życiu jest jednak trochę inaczej. A skoro klasyczna powieść ma odzwierciedlać tak zwane prawdziwe życie, mamy tutaj i politykę... "Cevdet Bej i synowie" to właśnie taka klasyczna powieść. Część pierwsza przypominała mi trochę "Lalkę" Prusa, natomiast rozmowy trzech głównych bohaterów przywodziły na myśl "Szkołę uczuć" Flauberta.

Ale chyba najcenniejsze w tej książce jest ukazanie bólu stawania się samym sobą. Takie stawanie się prowadzi do zmian, ciężkich do zniesienia dla nas, a czasem w ogóle nie do zniesienia dla innych, dla najbliższych osób. Stawanie się sobą to ciągła walka, ostrze wymierzone przeciwko tym, którzy woleli nas przedtem, jeszcze przed chwilą, bez ostrza w ręce, w starej skorupie. To ostrze jednak zawsze nieodwołalnie i ostatecznie dotyka nas samych. To rozczarowanie, że jednak nic nie można zrobić. Poznał je Refik, który wrócił do "starego" życia, chociaż już nigdy taki sam "jak przedtem". Poznał je Ömer, który najbardziej bał się śmieszności, a został tym, z czego kiedyś sam drwił. I poznał je Muhittin, który wyrachowanie zajął się nacjonalizmem, bo wypatrzył dla siebie niszę, gdzie w końcu mógł być za coś podziwiany. Być może w Ahmecie, pojawiającym się w części trzeciej, jest nadzieja. W końcu jemu udaje się jakoś przezwyciężyć sceptycyzm odnośnie sztuki, którą tworzy. Ale kto wie, może tylko na chwilę?

Należy też zwrócić uwagę na sposób w jaki kobiety postrzegane są przez głównych bohaterów - są dodatkowym bagażem, który ogranicza wolność. Oczywiście jest to bardzo tendencyjne i zdarza się w wielu, WIELU innych powieściach. Jednak tutaj można dość łatwo wyczuć i zauważyć, że te kobiece postacie są zupełnie niewinne, bezbronne wobec zmian, które zachodzą w ich partnerach. W sposobie w jaki Refik traktuje żonę, Perihan, albo Ömer swoją narzeczoną, można zauważyć jak to właśnie im, mężczyznom, zależy na doszukaniu się winy w ich partnerkach, przypisaniu im właściwości, których sami się brzydzą. Robią to na siłę, przesadzają, przerysowują. Kobiece postacie nie mają nigdy szansy wypowiedzenia się, są nieme.

Mógłby ktoś napisać tę powieść jeszcze raz z kobiecej perspektywy :)

Tak czy siak, to jest Orhan Pamuk, którego pisarstwo wielbię. Już powstaje półeczka-ołtarzyk gdzie stoją tylko jego powieści. Sposób w jaki prowadzona jest narracja w jego powieściach ujmuje mnie. Wszystkie gesty, które bohaterowie wykonują są tak samo ważne, jak to co mówią. Ich dialogi, tak powściągliwe, mówią czasem więcej niż całe opasłe tomy. Mam słabość do twórczości tego pisarza. Ale to chyba zdrowo. Niestety nie zostało mi już wiele do przeczytania... Już tylko "Dom ciszy", "Biały zamek", "Stambuł" i "Czarna księga" (ma wyjść w czerwcu). Z jednej strony chciałabym czytać je wszystkie już teraz, natychmiast. Ale z drugiej, to wypadałoby je jakoś rozparcelować w czasie, żeby starczyły na jak najdłużej. Jedną z rzeczy najbardziej przykrych jest przeczytanie wszystkiego, co napisał twój ulubiony autor. Pamiętam jak niepocieszona byłam, kiedy, jako nastolatka, będąc fanką Marka Hłaski, przeczytałam wszystkie jego powieści i opowiadania, a nawet jakieś jego recenzje filmów, które pisał dla kasy, WSZYSTKO. I się skończyło. Zawsze można czytać od nowa, ale to nie to samo...

Ach, a dzisiaj robię sobie Filmowy Wieczór, który minie mi tak jak wszystkie Filmowe Wieczory od paru tygodni, czyli:

2011-03-19

"Kolejowe dzieci" Seamus Heaney

Z tym tomikiem poezji w tłumaczeniu Piotra Sommera miałam przyjemność już tydzień temu. Trochę mnie uspokoił, wyciszył, ale bez zbędnego, i zawsze jednak fałszywego, pocieszania. Wcześniej do Heaney'a rzadko mi było po drodze, a kiedy już coś czytałam tego irlandzkiego poety, to nie czułam jego twórczości ani sercem, ani duszą, ani nawet rozumem (a ten ostatni oczywiście jest najgłupszy). Moje okazjonalne podchody były zawsze do wierszy w oryginale. Teraz więc dla odmiany postanowiłam przeczytać je w tłumaczeniu, bez najeżania się, w pieleszach.

Tomik zawiera nie tylko wybrane wiersze (raczej z wczesnego etapu twórczości), jak również i krótkie eseje, które wspominając dzieciństwo, twórczość, ale i niepewną, kruchą jakość życia w Belfaście na początku lat 70-tych, jakoś nierozerwalnie łączą się z resztą poezji wybranej przez tłumacza. Czytałam trochę od niechcenia, nie mając wyrzutów sumienia, że nie czytam w oryginale, nie porównując tłumaczeń z ich angielskim pierwowzorem. Seamus Heaney nie stał się dla mnie poetą życia, ale jednak, dzięki temu wydaniu, jest trochę bliższy, jaśniejszy. Nie objawia się w "Kolejowych dzieciach" jako noblista, wielki irlandzki pisarz, którego powinnam znać od A do Z, ale jako mały chłopiec wpisany w wiejski, bagienny krajobraz. Uspokoił mnie, zmienił tor mojego myślenia, wyegzorcyzmował kilka złych myśli i zaklął je w paru linijkach. Jestem jemu, jak i tłumaczowi, bardzo za to wdzięczna.

Poezja jednak wyzwala, jeśli jej się poddać.



Kopać
(Digging)

Pomiędzy kciukiem a wskazującym palcem
Tkwi przysadziste pióro; jak spluwa w garści.

Pod oknem przenikliwie zgrzyta
Wbijana w piach i żwir łopata -
To ojciec, kopie. Ja z góry patrzę

Aż jego naprężony wśród rabatek grzbiet
Zegnie się - i podniesie młodszy o dwadzieścia lat
I będzie się pochylał w rytmie kartoflanych bruzd,
Gdzie chodził kopać.

But stawiał na krawędzi, trzonek
Oparty o kolano był mocną dźwignią.
A on obrywał łęty, wbijał błyszczące ostrze
I wysypywał młode kartofle, któreśmy zbierali -
Lubiliśmy ich twardość oraz chłód.

Bóg świadkiem, staruszek umiał trzymać szpadel.
Tak jak i jego ojciec.

Tyle torfu co dziadek w jeden dzień
Nie wyciął żaden kopacz na Tonerowym bagnie.
Kiedyś zaniosłem mu butelkę mleka
Zakorkowaną byle jak papierem. Przerwał
Żeby je wypić, i dalejże znakować torf
I ciąć na równe kostki, i rzucać darń
Za siebie, i schodzić coraz głębiej
Po dobry torf. I kopać.

Ten zimny zapach kartofliska, plaskanie i chlupoty
Namokłego torfu, i ciach-ciach przecinanie
Żywych korzeni, to wszystko staje przed oczami.
Ale ja nie mam szpadla, żeby robić to, co oni.

Pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym
Tkwi przysadziste pióro.
Nim będę kopać.

(Przełożył Piotr Sommer)

2011-02-17

"Ciotka Julia i skryba" Mario Vargas Llosa

Moje pierwsze spotkanie z prozą Llosy, nie licząc podejścia do "Miasta i Psów" lata świetlne temu, którą zarzuciłam chyba po pięćdziesięciu stronach. Być może kiedyś ją odgrzebię i zrobię nowe podejście.

Trzeba przyznać od razu, że jest to na wskroś literatura iberoamerykańska. Nie tylko dlatego, że (naturalnie!) akcja toczy się w Peru i autorem jest peruwiańczyk. Iberoamerykańskość tej książki jest zawarta w klimacie, w sposobie snucia historii, w swoistego rodzaju impulsywności, pasji, braku powściągliwości u (większości) bohaterów. Lubię zanurzać się w takie literackie otchłanie, dla których muszę sama się trochę zmienić, aby je zrozumieć. Zazwyczaj przydarza mi się to właśnie przy lekturze pisarzy południowoamerykańskich.

"Ciotka Julia i skryba" to powieść, którą można podzielić na dwie części. Pierwsza z nich jest opowieścią o prywatnym życiu narratora, o jego pracy w rozgłośni radiowej, dość olewczym studiowaniu prawa i o jego romansie z kobietą o 14 lat starszą, rozwódką - ciotką Julią właśnie. Ja osobiście z ciotką miałam problem, bo w całym tym zestawie współpracowników głównego bohatera (Marita - alter ego autora), jego znajomych, innych ciotek i krewnych, ciotka Julia wydała mi się postacią najbardziej nijaką. Niby dowiadujemy się, że miała złośliwe poczucie humoru, ale niewiele z niego dostajemy w książce. Trudno jest zrozumieć dlaczego narrator jest aż tak zdeterminowany by z nią pozostać. On sam zresztą nigdy tego nie objaśnia nikomu. Kiedy rozpoczęłam lekturę byłam przekonana, że ciotka Julia będzie inspirowała i motywowała Marita do pisania (Tak, że będzie dla niego taką Yoko Ono!), ale gdzie tam! Być może taki brak umotywowania i uzasadnienia dla zaistnienie tej miłości to celowy zabieg, ale jeżeli tak, to moim zdaniem chybiony. Ciężko zrozumieć uczucie, które wzięło się nie wiadomo jak i które podtrzymuje się na nie wiadomo czym.

O wiele ciekawsza jest druga część powieści, czyli opowieści radiowe Pedra Camacho. Camacho pracuje dla tego samego radia, co główny bohater, jako scenarzysta i reżyser słuchowisk radiowych, które zyskują sobie ogromną ilość fanów. Fabuły tych opowieści są niesamowite, niewiarygodne, pełne tragizmu. Są jak połączenie najświętszych objawień i najbardziej wyuzdanego tańca. Pedro pracuje niemalże 20 godzin dziennie przez cały tydzień pisząc je, instruując aktorów, przeprowadzając próby i nagrania. Nigdy nie zapisuje sobie wcześniejszych wątków, nigdy nie zagląda do wcześniejszych odcinków... Żyje tylko tym, co wymyśla. A to kończy się, w przypadku dalszych wytworów wyobraźni - wielką apokalipsą, a w przypadku ich autora - smutnym, nijakim końcem.

Pedro Camacho jest jedną z ciekawszych postaci literackich z jakimi ostatnio się zetknęłam. Fakt ten wynagradza mi trochę absolutną bezbarwność ciotki Julii. Mimo wszystko chyba spodziewałam się więcej cudów po tym autorze, a nie ma nic gorszego niż takie oczekiwania. Llosa potrafi snuć historie i historyjki różnej maści i robi to naprawdę dobrze, a czasem z dość specyficznym poczuciem humoru (Takim, gdzie nie wiadomo czy śmiać się, czy raczej płakać / zbulwersować / przerazić). Więc czego mi brakowało? Czego?

A któż to wie?

2011-01-20

"Muzeum niewinności" Orhan Pamuk

"Opowieści mające szczęśliwe zakończenie nie zasługują bowiem na więcej niż kilka zdań!" to zdanie które znajdujemy na 659 stronie powieści. I dlatego właśnie ma ona ponad 700 stron. "Muzeum niewinności" zaczyna się od romansu, jaki nawiązuje się między głównym bohaterem, który właśnie ma się zaręczyć, 30-letnim Kemalem, a jego daleką, "ubogą kuzynką" Füsun. Z ich regularnymi spotkaniami trwającymi zaledwie półtora miesiąca mamy do czynienia na pierwszych 200 stronach. Potem nie dzieje się nic...

Nic, co można byłoby opowiedzieć bez odwoływania się do zapachów, kolorów, kształtów, spojrzeń i, przede wszystkim, przedmiotów. Przedmioty są tutaj najważniejsze, jako nośniki ulotnych chwil, mini-wehikuły czasu zdolne do przenoszenia nas tam, gdzie kiedyś byliśmy szczęśliwi. Na uwagę zasługują także próby wskrzeszenia zainteresowania muzeami, tymi mniej znanymi, ze skrzypiącą podłogą i strażnikami, którzy z przejęciem opowiadają o eksponatach. Podobnie z obroną kolekcjonerstwa, zbieractwa. Jest ono sensem, ale "zamiast czegoś", jest przesytem, który ma wypełniać jakąś pustkę.

Ta lektura przede wszystkim boli. Jakkolwiek patetycznie to brzmi, nie jest to ból, który wywołuje łzy, wspomnienia. To jest ból współczucia, nie tylko dla bohatera, obsesyjnie pragnącego być przy Füsun, by tylko na nią patrzeć, tracąc przy tym narzeczoną, przyjaciół, kontrolę nad firmą, a wreszcie godność. To jest ból współczucia samemu sobie, że nigdy się nie potrafiło być aż tak nisko, ani nigdy tak wysoko, jak Kemal. A jeżeli się zdarzyło, to gdzieś to zaginęło, przepadło. Nie powstało żadne muzeum...

"A przecież jeśli rzeczy, których się wstydzimy, wystawić w muzeum, natychmiast zmienią się w rzeczy będące powodem do dumy."

Ale to chyba jednak dobrze. Muzeum to nie jest życie. To tylko miejsce w którym nie ma Czasu.

Nie spodziewałam się tego, że historia skończy się właśnie tak, chociaż jest w tym coś banalnego. Ale banał w stylu Pamuka, to "banał odarty z banalności", powrót pierwotnych emocji, odruchów. Jego banały mówią: "Jeśli to jest gorące, to oparzysz się". I parzysz sobie rękę. A potem płaczesz, tak jak płakałeś wcześniej z tysiąca innych, znacznie bardziej skomplikowanych powodów. Ale powody dla których reagujemy na "banały" Pamuka tak emocjonalnie jest jasny, jest prosty. Jest równie oklepany, ale nieśmiertelny jak róża. Nie wiem jak on to robi.

Najwyraźniej tak już zostanie, że zawsze kiedy piszę o książkach tego pisarza, to włącza mi się ton podniosły i melancholijny. W jego przypadku nie umiem go wyłączyć. Nie chcę.

2010-12-14

"Likwidacja" Imre Kertész

Kupiłam "Likwidację" już dawno za kilka złotych, bez przekonania, ot tak. Bez przekonania dlatego, że lata temu przeczytałam "Kadysz za nienarodzone dziecko" i nie przypadła mi ta książka do gustu ani trochę. Ale cóż, miałam wtedy jakieś 17-18 lat, w głowie bajzel stylu Żeromskiego i poezji Skamandrytów, to co się dziwić, że Kertésza nie czułam ni w ząb.

Do tej książeczki, cieniutkiej, podeszłam więc bez żadnych specjalnych oczekiwań. I rozczarowałam się, tak jak lubię najbardziej, czyli pozytywnie. Główny bohater, redaktor Keserű, po śmierci tłumacza i pisarza B. poszukuje "powieści życia", którą B. musiał przecież napisać. I napisał. Ale nikt nigdy jej nie przeczyta, bo powieść ta jest tylko eksplikacją odmowy radości życia przez B., a także, pod jego wpływem, przez jego żonę, Judit. Nikt nigdy jej nie przeczyta, bo ta powieść pozostanie tylko pomiędzy nimi.

Dużo tutaj refleksji na temat czytania i pisarstwa. "Tak drzemie we mnie wiele książek, lepszych i gorszych. Najrozmaitszych. Zdania, słowa, akapity i wersy, niczym niespokojni sublokatorzy, nagle budzą się do życia, wałęsają się samotnie, albo rozpoczynają w mojej głowie hałaśliwy dialog, którego nie potrafię uciszyć". Redaktor nazywa to "chorobą zawodową", ale to może tyczyć się każdego, kto nie potrafi żyć bez książek.

Związki i relacje międzyludzkie stanowią esencję tej krótkiej powieści. Zwłaszcza damsko-męskie. Zastanawia, na początku, że tak dużo w nich goryczy a tak mało miłości. Ale już za chwilę okazuje się, że dużo w nich miłości, a goryczy jest tylko odrobina, ale jest to absolutnie niezbędna odrobina. Ponadto - historia, obezwładniająca, dusząca, ale nadająca kształt. Koniec komunistycznej dyktatury, kolejna zmiana, nie jest w tej książce czymś pozytywnym. Oznacza kres ucisku, ale stanowi nieznane, wątpliwe, puste. Odkształceni przez poprzednie wydarzenia bohaterowie mogą się wreszcie rozrosnąć według własnej woli. Ale chyba już nie potrafią...


Teraz moją lekturą jest "Pożegnanie jesieni" Witkacego, tak się cieszę, że nareszcie się za niego zabrałam, bo to był czas najwyższy! No!

2010-12-12

"Nowe życie" Orhan Pamuk

Z początku, po kilkudziesięciu pierwszych stronach, miałam wrażenie, że przechodzę przez odczarowanie. Że jednak nie wszystko co Pamuk napisał jest świętością i że nie trzeba tak przeżywać. I kiedy właśnie zaczęłam sobie tak arogancko poczynać w myślach, pod koniec musiałam przyznać ze skruchą: To jednak mnie rozwala.

Zaczyna się od książki. Książki, która może tak naprawdę symbolizować je wszystkie. Główny bohater po jej przeczytaniu rozpoczyna nowe życie, rozpoczyna je, chociaż wydaje mu się, że tylko go poszukuje. Spotyka również inne osoby, także czytelników tej samej książki, które radzą sobie z ciężarem nowego życia jak mogą. Czy książka symbolizuje tylko i wyłącznie intertekstualną plątaninę cytatów, wizji, opisów przeżyć, znaków? Oznacza ona również ciężar egzystencji świadomej, ciężar wszystkich uczuć i poczynań, kronikę konfliktu świata rzeczywistego i świata naszej wyobraźni.

"Nowe życie" jest dosłownie kopalnią symboli i tysięcy możliwych odczytań. Kiedy wracam do tej, ukończonej poprzedniego dnia, powieści, jedno skojarzenie goni drugie, nie dając dojść do słowa trzeciemu (Chociaż to nic dziwnego, w moim mózgu tak się często dzieje). Jazda autobusami po całym kraju, dusze przedmiotów, filmy, zapamiętane i postrzegane fragmentami, upał o 9-tej rano. Z prozą Pamuka jest jak z poezją, trzeba, za przeproszeniem, obnażyć wszystkie swoje emocjonalne sensory w kontaktach z nią. Nie ma co za dużo wątpić, rozmyślać o noblach, ani o stosunkach wschód-zachód za bardzo też nie, ani nawet o literackich wpływach. Trzeba po prostu czytać i poddać się przygniatającej nostalgii za tym co było i przeleciało przez palce szybciej niż zdążyliśmy się temu przyjrzeć.

Co podoba mi się też u tego autora, a to dopiero trzecia jego powieść, którą przeczytałam, to absolutny brak stygmatyzacji czynów i uczuć powszechnie uznawanych za karygodne (morderstwa, zazdrości, nienawiści, zawiści). Refleksja na ich temat jest pełna pokory. Wszystkie te mroczne aspekty są nieuniknione, są nieodłączną częścią życia, włącznie z morderstwem, choć może postrzeganym bardziej metaforycznie...

Cytat z recenzji "The Guardian" walnięty na przodzie okładki mówi: "Można na punkcie tej książki obsesji". Zazwyczaj jak czytam takie rzeczy to prycham, i tak też musiałam na początku na to zareagować, ale po skończonej lekturze książki, nie mogę się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. "Nowe życie" przyprawiło mnie o co najmniej jeden sen bezpośrednio zainspirowany książką, o którym nie mogę przestać myśleć!

Ale pora kończyć te wynurzenia. Jeszcze tylko dodam, że cieszę się, że od Świętego Mikołaja dostanę "Muzeum niewinności" i "Cevdet bej i synowie" :D

2010-11-29

"W sercu kraju" J.M. Coetzee

No, to jest dopiero książka! Chociaż naprawdę nie wiem, co mam myśleć o Coetzee'm. To trzecia jego powieść, którą przeczytałam. Wszystkie mną wstrząsnęły. Ale to dziwny wstrząs. To trochę wstrząs, a trochę i otrząs - z plugastwa, ciemności, zła. I nie to, że Coetzee mnie tym obrzuca. To jeszcze nie byłoby najgorsze. On to ze mnie wydobywa. Więc z jednej strony zastanawiam się zawsze, czytając go, dlaczego on mi to robi i czym sobie na to zasłużyłam. A z drugiej strony, cóż, podoba mi się to.

Podobnie było z tą powieścią. Stanowi ona monolog wewnętrzny kobiety żyjącej w kompletnym odosobnieniu, jeśli nie liczyć szorstkiego ojca-mruka i służby, która zwraca się do niej per "panienko". Niech nikogo nie zwiodą niepozorne dialogi. One też przynależą do tego, przesiąkniętego mroczną poezją, monologu. Biała kobieta, chuda i zniszczona, "w sercu kraju" jakim jest Południowa Afryka. Czy to nie przywodzi trochę na myśl "Jądra ciemności" Conrada?

Dla mnie motywy przewodnie były dwa:

1. Seksualność, namiętność, pożądanie jako siły nad którymi nie można zapanować, ani nakierować. Siły, które niszczą, spalają, ale są nie do odrzucenia. Może zwłaszcza dla kobiety, tak odosobnionej. Stają się wszystkim, nie mając nigdzie ujścia. Zastanawia mnie co właściwie Coetzee w swoich książkach wyprawia z kobietami. Czy chce dać im głos? Czy chce je do walki o głos jakoś zmusić? Czy wręcz przeciwnie, chce je go pozbawić? Ale to ostatnie byłoby zbyt proste... "[P]ytam tylko o jedno, pytam nieśmiało, z powątpiewaniem, płaczliwie - czy nie można zrobić z pożądaniem czegoś innego, niż wyłącznie starać się ze wszystkich sił posiąść przedmiot żądzy, planując tak czy siak nadaremnie, ponieważ całe przedsięwzięcie może się skończyć jedynie zagładą rzeczy pożądanej?" Jesteśmy skazani na sianie zniszczenia, podczas gdy sami rozpadamy się na kawałki.

2. Umowność i iluzja, czyli co stanowi nasze życie, to co w wyobraźni, czy to co poza nią, to co zwą rzeczywistością? Czy może jedno i drugie nieskończenie nakłada się na siebie i nadpisuje się wzajemnie? Czy to co zdarzyło się w powieści, wszystkie morderstwa, ucieczki, nocne wędrówki po domu, strzały, filiżanki kawy, wydarzyły się naprawdę, czy były tylko opowieścią snutą przez znudzoną zaschniętą starą pannę? Nie dowiemy się prawdy, nie poznamy czym jest prawda z tej książki. Być może ona nie istnieje, bo żyjemy wszyscy w jakimś "sercu kraju", gdzie nie ma nikogo, kto by nam powiedział czym ona jest.

Skończyłam ją wczoraj w nocy i wciąż jestem pod wrażeniem. Trochę wstyd mi, że nie przeczytałam jej w oryginale, jednak... trzeba przyznać, że jest fantastycznie przełożona przez panią Magdalenę Konikowską. Myślę, że to dobrze, że przetłumaczyła to kobieta. Chociaż byłoby super, gdyby przetłumaczył ją również i mężczyzna. Można by zrobić niezmiernie ciekawe porównanie obu tłumaczeń i oryginału!

Aha, i jeszcze taka mała uwaga. Z tyłu książki, na okładce, tam gdzie zwykle są streszczenia fabuły i parę słów o pisarzu, Znak walnął jeszcze dobitnie napis "Studium psychozy". O rany, nie znoszę jak mi tak walną na okładce, studium psychozy, studium schizofrenii, studium klimakterium. Nie chcę, żeby szufladkowano tak dla mnie książkę. Czytam czyjąś historię, bohater jest na równi ze mną, czytam go i jednocześnie czytam siebie. Jeżeli z góry mi ktoś mówi, że to jest studium choroby jakiejś, to tak jakby kazał mi patrzeć na tego bohatera przez szybkę jak na zwierzę. Dajcie sobie spokój, wydawnictwa, z takimi sensacjami. Literatura piękna, to nie podręczniki do psychiatrii.