Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje czytelnicze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje czytelnicze. Pokaż wszystkie posty

2012-03-09

Piątkowy raport książkowy (7) - stosy nowych nabytków!

Dzisiejszy raport składa się głównie ze stosu, więc postaram się streścić z innymi rzeczami.

Właśnie przeczytane: Skończyłam Bless Me, Ultima meksykańsko-amerykańskiego pisarza Rudolfo Anayi. Świetna lektura, postaram się wkrótce napisać o niej parę słów.

Teraz czytam: Dziewczęta z Szanghaju Lisy See, żeby nacieszyć się czymś lżejszym. Dopiero rozpoczęłam czytanie, więc mam niewiele do powiedzenia. Ale spodziewam się miło spędzić z nią czas.

W nastepnej kolejnosci: Ach! Tyle tego do wyboru. Obiecałam sobie zacząć Pieśń Salomonową Toni Morisson już jakiś czas temu, ale nie wiem czy nie wycofam się z tej obietnicy... Wystarczy spojrzeć choćby na stosy poniżej, żeby zauważyć, że mam w czym wybierać. Na prawie każdą z tych stosikowych książek, i wielu innych nieprzeczytanych, które posiadam, mam ochotę się rzucić, tak jestem ich ciekawa. Szkoda, że nie mogę czytać ich wszystkich naraz...

Niepotrzebne dywagacje na temat posiadania i kupownia zbyt wielu książek: Miałam mieć jakiś tam zakaz kupowania, aż do kwietnia, czy coś takiego, ale to postanowienie już dawno zostało zakopane tonami książek. Lubię jednak tłumaczyć to filozofią życiową „żyj chwilą”, której nie wyznaję, ale która czasem się przydaje (chociażby do tłumaczenia się), tzn. Teraz mogę kupować książki, a być może kiedyś, w czarnej przyszłości nie będę mogła, a wtedy przynajmniej będę miała biblioteczkę pełną wspaniałych lektur do czytania (Myślę tak od jakiś pięciu lat, a ta czarna przyszłość nigdy nie nadchodzi i jakieś pieniądze na książki, tym bardziej używane, zawsze się znajdują). Poza tym logicznie-nielogicznie myślę sobie, że od czasu do czasu dobrze jest narzucić sobie taki zakaz – nawet jeśli go łamię przed czasem, to i tak być może wytrzymałam bez kupowania książek z miesiąc (zamiast dwóch tygodni), a to już jest coś. Teraz mam nowy zakaz, ale nawet nie będę o nim wspominać, bo i tak go złamię.

To teraz pora przejść do stosów.


Nr 1, od góry:

Beginning Theory Peter Barry – żeby nie wyjść z wprawy w dziedzinie teorii literatury.
Remembering Babylon David Malouf – australijski pisarz poruszający problem Innego.
Travels in a Thin Country Sara Wheeler – podróże po Chile.
I, the Divine Rabih Alameddine – daję drugą szansę temu autorowi, Hakawati mnie nie zachwycił.
Lucy Jamaica Kincaid – to chyba będzie moje pierwsze spotkanie z literaturą karaibską.
Passing Nella Larsen – interesująca novella afrykańsko-amerykańskiej autorki.
Once Upon a Quinceanera Julia Alvarez – o hispanoamerykańskim zwyczaju hucznego obchodzenia piętnastych urodzin dziewczynki.
Wild Swans Jung Chang – czy tę książkę trzeba przedstawiać? Nie mogę się doczekać.
The Vagrants Yiyun Li – Chiny, lata siedemdziesiąte. Niewiele więcej trzeba dodawać, żeby mnie zachęcić.



Nr 2, również od góry:

The Stone Gods Jeanette Winterson – dawno nie czytałam nic tej autorki, a jest jedną z moich ulubionych!
Brick Lane Monica Ali – opinie bardzo różne o tym tytule, zobaczymy czy mi się spodoba.
Arlington Park Rachel Cusk – podobnie jak powyższa książka, kupiona za ok. dolara.
Love in a Fallen City Eileen Chang – ze ślicznego wydania NYRB (ach, żeby tak mieć całą kolekcję!).
A Border Passage Leila Ahmed – kolejna letura do mojego zbiorku feministyczno-islamskiego.
Arabian Jazz Diana Abu-Jaber – arabsko-amerykańska pisarka, a ja jestem zawsze ciekawa takich pisarek.
In Search of Snow Luis Alberto Urrea – kolejny w mojej kolekcji meksykańsko-amerykański pisarz...
A Glass of Water Jimmy Santiago Baca - ...i jeszcze jeden.
American Chica Marie Arana – peruwiańsko-amerykańska autorka opowiada o dzieciństwie łączącym obie kultury.
Mexico: Biography of Power Enrique Krauze – historia Meksyku, jako (mniej więcej) jednolitego państwa, czyli rozpoczynająca się od 1810 roku.


Cóż, kupienie nowej półki to nie jest aż taki problem. Problemem jest umieszczenie jej gdziekolwiek. Ach, żebym to ja do końca życia miała jedynie takie problemy!

2011-10-28

O amerykańskim wydaniu "1Q84" i o innych radościach książkowego mola

Pamiętam, że nie mogłam się latem tego roku nadziwić, że w Stanach jeszcze ani jeden z tomów 1Q84 Murakamiego w angielskim tłumaczeniu nie ujrzał światła dziennego. Przecież wszystkie jego inne książki, w ślicznym wydaniu, można znaleźć w każdej księgarni? Więc chyba jest na Murakamiego w USA jakiś tam popyt? Tak to sobie rozmyślałam. Tymczasem jakieś pare tygodni temu serfuję po Amazonie, a tutaj BACH zapowiedź - 25 października wychodzi 1Q84 - WSZYSTKIE CZĘŚCI W JEDNYM TOMIE! Tłumaczem jak zwykle jest Jay Rubin. Podrapałam się po głowie, pomyślałam ponownie nad Murakamim i jego mega-opusie, i powyszukiwałam wydania tej książki w innych krajach. Wszystkie te, które widziałam, szwedzkie, rosyjskie, chińskie, no i z tego co pamiętam także japońskie, były w trzech tomach.

Muszę przyznać jednak, pomimo tego, że być może zamysłem Murakamiego było wydanie tej powieści w trzech tomach, wstrzemięźliwe podejście amerykańskiego wydawnictwa (Knopf) bardzo mi zaimponowało. Bo nie ukrywam, że zawsze uważałam ten pomysł z trzema częściami za denerwujący (a może też i durny po prostu). A tu proszę - jeden elegancki tom - 944 strony. Poza tym całość w jednym tomie jest zwyczajnie tańsza. Oryginalna cena to 30 dolarów (~90 złotych), a na Amazonie można dostać ją za $16. Ale to już taka specyfika Amazona. Wydanie jest zresztą w twardej oprawie, prześliczne, z niezwykłą obwolutą. W Muzie natomiast wszystkie części kosztują ~130 złotych. Jak mamy jakiś upuścik w księgarni, to może być i odrobinę mniej.

Jedyne co jest lekko irytujące w tej całej sprawie, to to, że pierwszy tom 1Q84 już czytałam. Ale to nic, i tak planuję obecnie zakupić amerykańskie wydanie i przeczytać tę pierwszą część jeszcze raz. Właściwie to muszę się pospieszyć z decyzją, bo Amazon w każdej chwili może zmienić zdanie co do 16 dolarów ;)


Ponadto, czerpię z radości jakie daje nabywanie darmowej (lub prawie darmowej) klasyki na Kindle'a, więc ściągnęłam sobie pełen dorobek Charlotte Brontë i zaczęłam czytać Shirley, bo widzę, że wyszło polskie wydanie, a pani Katarzyna nie może zostać w tyle za innymi polskimi molami! Dziewiętnastowieczna angielszczyzna trochę czasami obciąża zwoje mózgowe, ale to kwestia przyzwyczajenia. Czekam też na polskie recenzje tej powieści.


A w ogóle to ostatnio kupiłam sobie nowego i nagrodzonego (Man Booker Prize) Juliana Barnesa - "The Sense of an Ending" (też zresztą wydana przez Knopf). Zamierzam przeczytać zaraz po skończeniu jednej z kilku rzeczy, które czytam obecnie, bo jestem ogromnie ciekawa. Mam jakieś niesamowicie dobre przeczucia, co do tej książki.


2011-10-07

O sztuce pisania powieści i o nagrodach literackich refleksji kilka...

Ostatnio zdarzyło mi się przeczytać jedną z tych książek wydaj-sobie-sam, aby przekonać się jakiej jakości mogą być utwory spod znaku self-publishing. Jej tytuł, ani autor/ka, nie są ważne, bo nie chodzi o to, żeby się pastwić i wyżywać, a podzielić pewną refleksją, która mnie naszła, gdy czytałam tę książkę. Nazwijmy ją więc Książką X.

Zacznijmy od tego, że autorowi/autorce należą się brawa za ukończenie powieści. Ja sama zaczynałam ich tryliony, ale nigdy nie udało mi się z czymkolwiek wyjść poza 5 pierwszych stron. Aby ukończyć książkę potrzeba nie lada determinacji i dobrze, że autor/ka ją posiada, jeśli chce kontynuować pisanie. Ale skupmy się na samej książce: Historia była przewidywalna, bohaterowie jak z papieru, dialogi sztywne. Trudno, taki jest w końcu charakter wielu wydawnictw dostępnych na rynku, niektóre z nich stają się nawet bestselleremi. Co jednak razi najbardziej, i czego w utworach na księgarnianych półkach nie znajdziemy, to koślawe, ciężkie, niejednokrotnie zwyczajnie śmieszne, zdania.

Napisać powieść! To jeszcze jest do zrobienia. Ale napisać przekonujące, poprawne, lekkie zdania, z których powieść się składa – to już dość śliski, zdradliwy grunt. Tego właśnie nauczyłam się z tej książki – że pisać powieść trzeba tak, aby... czytelnik nie dostrzegał zdań! Czytając Książkę X często nie można było się skupić na tym, co się działo, bo co chwila wzrok i mózg czepiał się zdań, w których było coś nie tak – a to przecinek nie w tym miejscu gdzie trzeba, a to związek frazeologiczny źle zastosowany, a to niepotrzebne powtarzanie danego przyimka, albo kompletne niezgranie przymiotnika z czasownikiem (stylistycznie, a czasem i gramatycznie). A potem pomyślałam o tych wszystkich pisarzach... Nie tylko o Tołstojach i Flaubertach, ale i o tych bardziej współczesnych: uznanych i niepowtarzalnych, eksperymentalnych i nieszablonowych, jak i o autorach zwykłych czytadeł spod znaku harlequinów i chick-lit. Niektórzy nas nudzą, niektórych uwielbiamy, niektórzy rozczarowują, inni zaskakują. Wszyscy oni jednak pracują nad każdym zdaniem jak dzikie woły, nad każdą kropką, przymiotnikiem, porównaniem, tylko po to, żebyśmy my, czytelnicy, mogli lekko płynąć na tych zdaniach i podążać za akcją i klimatem opowieści, jej emocjami. Dopiero czytając źle skonstruowane zdania Książki X, zdałam sobie sprawę jak boleśnie trudnym zadaniem jest pisanie, sama czynność układania zdań, przekształcanie tego co w głowie na bezlitośnie obwarowany regułami i niuansami system języka. Rzemieślnictwo. Jednak oprócz ciężkiej pracy, autor powinien posiadać pewnego rodzaju intuicję językową, którą, w przeciwieństwie do tajemniczych talentów danych od boga, można w sobie wyrobić. Czego autorowi/autorce z całego serca życzę.

Niby żadnej Ameryki nie odkryłam, a jednak! W każdym razie, pomimo śmieszności, Książka X była warta tych symbolicznych paru złotych, skoro, paradoksalnie, dała mi pokochać literaturę i pisarstwo jeszcze mocniej.


A teraz a propos nagród książkowych:

„Piórpopusz” Mariana Pilota wygrał Nike, i bardzo dobrze, bo opis właśnie tej książki najbardziej mnie zaintrygował. Niestety żadnej z nich nie czytałam, czego się okrutnie wstydzę. Być może, gdybym przeczytała je wszystkie, miałabym kompletnie inne zdanie na temat werdyktu jury. Wydawnictwo Literackie w niedawnym newsletterze obiecało, że „Piórpousz” pojawi się także w formie elektronicznej, i trzymam ich za słowo, bo obecnie przebywam na obczyźnie i nie mogę sobie kupić papierowej wersji :(

A nagroda Nobla? Cóż, pomimo mojej miłości do poezji, skłamałabym, gdybym powiedziała, że kiedykolwiek słyszałam o Tomasie Tranströmerze. Teraz chętnie bym jakiś jego tomik przeczytała, ale widzę, że z Amazona to, co jeszcze było, natychmiast się zmiotło. A o polskich przekładach to chyba w ogóle nie ma mowy. Na szczęście na Google Books jest dostępny tomik „The Great Enigma”, dostępny niemalże w całości. A więc teraz zamierzam go zgłębić, o!