

"Biedny nasz nieoszacowany phofesoh chhonicznie chohy na nieuleczalny wymiot" - mistrz Gombro


Ponieważ cały sierpień spędziłam w Polsce, nie miałam czasu na pisanie recenzji, mimo iż nie zaniechałam samego czytania. Postanowiłam zebrać wszystko do wora, łącznie z kilkoma (nieukończonymi) lekturami sprzed wyjazdu. Najpierw przedstawię listę sierpniową, kolejność nie jest przypadkowa – rozpoczynam od lektur najbardziej udanych i zjeżdżam w stronę tych mniej.
Piaskowa Góra & Chmurdalia Joanna Bator – Chciałabym, żeby uczucia, które obie te książki mi podarowały, pozostały ze mną na dłużej. Wrażenie „dobrego losu”, poczucie indywidualności i wyjątkowości. Ale pozytywne przesłania książkowe zawsze się mi jakoś rozłażą i znikają, na dłużej zostają tylko te negatywne, niepewność i bezsens losu, chociażby, które inne książki mi czasem "podarowują". A szkoda. Oba tytuły są fantastyczne. Nie potrafię oprzeć się wyjątkowemu stylowi pisania, zawsze miałam do tego słabość, a styl Bator jest taki, jakim ja chciałabym dysponować będąc pisarką – celny, odarty z ozdobników, z poczuciem humoru, który pobrzmiewa jednak niezidentyfikowanym smutkiem. Już dawno żadna powieść nie miała dla mnie równie osobistego wymiaru. Tylko czemu te wszystkie piękne rzeczy, których mnie Bator nauczyła, które mi przetłumaczyła, nie pozostały ze mną na dłużej?
Matki Teodora Dimowa – Sięgnęłam po ten tytuł zupełnie od niechcenia, bo się telepał na półce, i zaskoczyło mnie, jak świetnie się czytało tę niedługą powieść. Książka opisuje życie poszczególnych nastoletnich dziewczyn i chłopaków, którzy, nie znajdując zrozumienia, ani troski, u rodziców, zwracają się po pomoc do nowej wychowawczyni – Jawory. Relacje dzieci z rodzicami są odmalowane po mistrzowsku, smutny obraz ukazujący, jak bardzo rodziciele nie trafiają w potrzeby własnych synów i córek, pod warunkiem, że w ogóle ich dostrzegają.
Urania J.M.G. Le Clézio – Sądząc po tematyce: mezoamerykańska utopijna kraina, geograf i badacz, który zaplątał się w jej istnienie, ukazanie wachlarza problemów społecznych, książka powinna podobać mi się trochę bardziej. Być może to dlatego, że utopijna kraina nie przypadła mi zbytnio do gustu, bo nie wierzę w krainy bezideologiczne. Być może dlatego, że Urania miała duży potencjał, który jakoś się rozpełznął na boki. Opisy wiosek, przyrody, jak i postaci były ciekawe, ale obawiam się, że całość powieści, jej miąższ, szybko uschnie w zakamarkach mojej pamięci. To była moja pierwsza książka Le Clézio i wydaje mi się, że nie oddaje tak zupełnie talentu tego autora. Być może kiedyś sięgnę po jakiś inny tytuł.
Rzeczy Georges Perec – Za Perekiem i jego Życiem. Instrukcją obsługi ganiam już od lat, ale jakoś nie udaje mi się jej kupić (Wiem, wiem, Korporacja Ha!Art wznowiła – 100 złotych za egzemplarz - dobry, ale smutny, żart). Tymczasem wpadła mi w ręce ta mała książeczka, która jest ciekawa przede wszystkim z socjologicznych względów – opisuje nudne życi młodych ludzi, którzy pragną posiadać wspaniałe rzeczy: meble, sprzęty kuchenne, ubrania, kosmetyki, jedzenie. Nie mają ochoty przy tym parać się poważną pracą, gdyż wtedy nie będą mieli czasu na nacieszenie się owymi rzeczami. W pewnym sensie, przedstawiona para lubi patrzeć na siebie z perspektywy osoby trzeciej i oceniać, czy już wyglądają dostatecznie stylowo i świetnie, czy może jeszcze nie. Z takim zachowaniem można spotkać się i dziś, kto wie czy nie częściej (Rzeczy zostały wydane w 1965). Z tego względu obserwacje Pereca okazały się interesujące. Jeśli chodzi natomiast o wymiar literacki, książka niczym takim nie zachwyca, może oprócz trafnych i sugestywnych opisów... rzeczy.
Miasto Ł. Tomasz Piątek – Ten sierpień był chyba Miesiącem Pierwszych Spotkań, bo z tym autorem także dopiero się zaznajomiłam. Być może ten tytuł nie był jednak najlepszym, jaki mogłam wybrać na pierwszy ogień, bo w ogóle mnie nie porwał. Perypetie rodziny, oczami głównego bohatera, przy czym łatwo założyć, iż tym bohaterem jest właśnie autor. Krótka powieść bez konkretnej fabuły, ani konkretnego przekazu, co specjalnie mi nie przeszkadza, ale... właśnie, to taka książka „spoko”, „no, fajnie się czytało”, „taka tam”, a to oznacza, że rychło zapomnę, że w ogóle kiedykolwiek miałam z nią do czynienia. Jedyne, co się tutaj wybija, to niezwykle równościowe, partnerskie traktowanie zwierząt, psa i dwóch kotów, które są tu niemalże na pierwszym planie. Książka jest też niepozbawiona oryginalnego humoru.
Namalowane Okno Jose Carlos Somoza – Jest to prawdopodobnie najbardziej niefortunny tytuł, od której można zacząć przygodę z Somozą. Zgaduję, bo nie chce mi się wierzyć, żeby inne jego dzieła były równie nijakie. Trochę mądrogłupiego filozofowania o kinie i obrazie, a wszystko obserwujemy oczami bezosobowego, niemalże pozbawionego jakichkolwiek cech, narratora, kolekcjonera zdjęć Jodie Foster, który trafia do magicznego kina „Soledad” i spotyka „zaczarowanych” przez obraz kinowy ludzi. A tak poza tym jego dziesięcioletni synek jest umierający, a małżeństwo stopniowo się rozpada. I tak się zmieniają rozdziały – kino, rodzina, kino, rodzina, chociaż nie ma między nimi nic wspólnego, nic się nie zazębia, i tak właściwie już to leci do dziwacznego końca. Brzmi może i nawet ciekawie? Ale nie jest.
A na zakończenie pora na gorzkie żale, a mianowicie dwie książki, których, jeszcze w lipcu, nie udało mi się przeczytać, więc je po prostu porzuciłam, bo nie miałam na nie siły. Żeby te książki to były jeszcze jakieś szmatłame badziewia, idiotyzmy, ale NIE. Tak się składa, że oba te tytuły POWINNY mi się podobać. A jednak. Nie bardzo.
Wspominałam już kiedyś wcześniej, że nie radzę sobie z Górą duszy chińskiego noblisty Gao Xingjiana. No i odstawiłam po 100 stronach z 500. Musiałam się wielotkrotnie zmuszać, żeby czytać dalej, dawkowałam sobie po kilka stron chociażby, po rozdzialiku (a rozdzialiki krótkie), jeszcze doszłoby do tego, że za przeczytanie każdej strony obiecałabym sobie nagrodę w postaci rządka czekolady. Dlaczego? Naprawdę nie wiem. Piękne opisy, pewne eksperymenty z narracją, stoicki, ale zagubiony narrator, cisza. Być może trzeba być w określonym stanie ducha – tak, właśnie „stanie ducha”, a nie „humorze” - aby przebrnąć przez tę książkę? Może jestem za młoda (tak!), by zrozumieć jej niewzruszoną skalistość, nieprzenikalność? To nie jest zła książka, niczym mnie nie zirytowała, ale zwyczajnie nie mogłam się na niej skupić, nie mogłam jej chyba też do końca zrozumieć. Może kiedyś...
Następny tytuł to jeszcze fatalniejsza moja porażka - Śmierć Artemia Cruz niedawno zmarłego meksykańskiego piarza Carlosa Fuentesa. Dotarłam do połowy, żeby zdać sobie sprawę, że w ogóle nie jestem ciekawa absolutnie niczego w tej historii, że się strasznie męczę i że myślę z rozmarzeniem o wielu innych książkach do czytania. Być może maczyzm głównej postaci okrutnie mnie drażnił. Jak również i oryginalne zabiegi narratorskie. Bardzo rzadko porzucam książki, kiedy jestem już na półmetku, ale na tę nie miałam już siły. Może powinnam spróbować Fuentesa coś innego. Może kiedyś...
W którymś miejscu natknęłam się na opis pisarstwa Pilota, jako realizmu magicznego. Pióropusz okazał się czymś znacznie ciekawszym – realizmem koszmarnym. I to wcale, a wcale nie znaczy, że książka mi się nie podobała. Wręcz przeciwnie, jestem wciąż pod dużym wrażeniem oryginalnego stylu i sposobu obrazowania tego, przez całe dekady pomijanego, pisarza.
Już sam opis książki mi się podobał (a przeczytałam go znacznie, znacznie wcześniej niż książkę udało mi się zdobyć). Uwagi o podobieństwie do pisarstwa Gombrowicza zdziwiły (Nikt przecież nie pisze tak jak on!). Wreszcie, w pewien sposób ucieszyłam się rozczarowaniem ludzi, że to akurat ta książka otrzymała Nike, i przeczytałam kilka letnich, jeśli nie szalenie krytycznych recenzji. Pomyślałam sobie: to będzie moja książka, moja mała perełka, nie zaszkodzi jej bestselerostwo żadne. Tak też się (chyba?) stało.
Od czego by tutaj zacząć? Pewnie od stylu. Na styl jestem wyczulona bardzo szczególnie, tak jak psy mają wyczulony węch. Uwielbiam style oryginalne, unikatowe, a jednocześnie naturalne. Gardzę kopiowaniem stylów, albo utratą kontroli nad nimi (schizofreniczne przestylowienie fatalne). Styl Mariana Pilota jest jednym z tych unikatowych. Niby dostrzegam tam trochę Gombrowicza, jego słowotwórstwa i absurdów, ale nie jest to ani taki sam styl, ani jego pochodna. Może jakiś dalszy kuzyn – który nawet nie wie, że jest tym dalszym kuzynem. Więc jest słowotwórstwo, jest gwara wiejska wymieszana ze zwrotami niemieckopodobnym i rosyjskopodobnymi. Przedstawianie rzeczywistości opiera się na niezwykłości słów, ich brzmieniu i zespalaniu się ze sobą. A rzeczywistość jawi się... koszmarnie. Narratorem jest chłopiec (idę na łatwiznę i przyjmuję, że to autor), zamieszkały w małej wsi (obecnie położonej na samym południu województwa wielkopolskiego), a czas akcji przypada na późne lata 40-te i wczesne 50-te XX wieku. Ojciec narratora zostaje aresztowany za niszczenie państwowego mienia (a tuż po II wojnie, w czasie PRL-u takie aresztowania to nie były przelewki), po czym matka dyktuje synowi, narratorowi naszemu, listy do ważnych urzędników, a także Bieruta i Stalina samego, za uwolnieniem ojca, bo on, dzieciak jeszcze, jest jedynym w domu piśmiennym. Ta fabuła jest jednak na drugim planie, na pierwszym planie serwowane są senno-koszmarne obrazy wsi, ludzi, szkoły, agitatorów. Wszystko płynie leniwie, ale dotkliwie, strasznie i śmiesznie, ale jednak bardziej strasznie... Aż do uwolnienia ojca, aż do przyznania się, że teraz pisania nie może już nic zatrzymać.
Od dawna nie czytałam też książki bardziej polskiej (chyba ostatni raz, faktycznie, jak czytałam Gombrowicza). Nie ma tutaj patriotyzmu, ruchów oporu, flag i orłów. Pilot prezentuje ważny wycinek polskiej historii – okres powojenny na wsi, kiedy tworzone były PGR-y, a agitatorzy chcieli „oświecać” ludność (podobny motyw oczywiście w Konopielce Redlińskiego), jednak polityka i kwestie narodowo-ideologiczne nie interesują nie tylko jego (co by było zrozumiałe, wciąż jest dzieckiem), ale także absolutnie kogokolwiek innego we wsi. A jednak to jest tak pięknie polska powieść – realizm koszmarny – nasz najprawdziwszy własny gatunek, eksploatowany przez Pilota pewnie przez całe dekady, a my o tym żadnego pojęcia nie mieliśmy (wstyd!). Realizm przeraźliwej biedy, ignorancji, życia ciągłego i jednostajnego pomimo i na przekór i bez końca. Wiejska matka, wiejski ojciec, wiejska izba, krowa, kura, koza. Polska wieś, którą wyparli wszyscy ze świadomości, z telewizji, z książek, z tradycji nawet. „Won ze wsią” zdają się mówić między słowami politycy, prezenterzy, sportowcy, nauczyciele, urzędnicy. A ta wieś jednak istnieje, kryje się w podświadomości, wieś polska lat 50-tych, wieś polska XIX wieku, wieś polska, kiedy nie było poza wsią polską nic oprócz może (kurna!) Gniezna. Kryje się, a czasem objawia, czasami się śni – groza, koszmar, zimno, izba, drzewa, stary młyn.
To, że nikogo nie obchodzi polska wieś, nie jest żadną tajemnicą. Podobnie, jak małe, utytłane buraczaństwem polskie miasteczka. A ja jako, przez pierwsze 9 lat mojego życia mieszkanka polskiej wsi, a przez kolejne 15 lat mieszkanka malutkiego miasteczka, odżyłam czytając Pióropusz. Nie tylko ja mam koszmarne koszmary, nie tylko ja wypieram swoją osobistą polską wieś z pamięci, świadomości.
Ale koszmar, wieś, gwara, to bynajmniej nie wszystko. Pióropusz jest monumentalnym esejem na temat sztuki pisania. Przez większość powieści nasz narrator pisze raczej niechętnie, aczkolwiek zdarza się, że robi to kompulsywnie i maniakalnie. To raczej jego matka staje się coraz bardziej przywiązania do dyktowania synowi listów, w których żali się na swój los, próbuje schlebiać adresatowi, w końcu dyktuje już cokolwiek, ale zawsze wyrażając emocje. I jest ojciec, z którego powodu pisarstwo w ogóle zostaje podjęte, ojciec, którego trzeba ratować. I w końcu ojciec, który przynosi narratorowi okulary, by ten, po kilku latach pisania listów przy słabym świetle, mógł na nowo dostrzec rzeczywistość i... stawiane przez siebie literki. Matka, jako ta, która dyktuje opowieści, a ojciec, jako powód tych opowieści (także, w pewien sposób, pośredni, a okazjonalnie bezpośredni, adresat), w końcu ten, który pozwala dostrzec świat, to przekonywujące i mocne symbole. Rodzice narratora nie są bohaterami ciepłymi, których przychodzi łatwo polubić, czy nawet zrozumieć. Ale oni są powodem, czy też Powodem, nie można ich odrzucić.
Na zakończenie dodam, że nie czyta się tej książki łatwo, to fakt. Można czasem się pogubić, zostać zbitym z tropu. I najlepiej czytać ją w dużych dawkach, po 50-60 stron za jednym razem, bo jak się będzie czytać jedynie po kilka stron, co jakiś czas, to niewiele się z tego zrozumie. Wytrwałych czeka pradziwa uczta. Być może czytelnik dopatrzy się znacznie więcej symboli i ukrytych znaczeń ode mnie. Być może przypomni sobie własne koszmary, te na jawie bądź we śnie. Warto sięgnąć po Pióropusz i dać się ponieść tej nieprzyjemnej, lepkiej, ale szczerej i, w jakiś kolektywno-świadomościowy sposób wspólnej, historii.
P.S. Nie wiem, czy akurat ta książka zasłużyła bardziej na Nike, niż inne. Zwłaszcza, że nie czytałam innych nominowanych książek. Ale cieszę się, że Wydawnictwo Literackie, oraz ta nagroda, „wykopały” dla nas Mariana Pilota. Tak ciężko uwierzyć, że prawie nikt o nim dotychczas nie słyszał. Chętnie przeczytałabym inne jego dzieła, na razie nastawiam się na wznowienie tomu opowiadań pt. Pantałyk. Zastanawiam się także, jak wielu jeszcze pisarzy jest zapomnianych i już nigdy nie „wykopanych”, a równie dobrych, a może nawet i lepszych od Mariana Pilota? Kto wie?

W swojej ojczyźnianej melancholii wróciłam jakiś czas temu pamięcią do dziecięcych lektur i w rezultacie zamówiłam na allegro 3 książki, które uwielbiałam jako 8-letnia dziewczynka (I które następnie przesłano do mnie nad oceanem). Dwie z nich to historie o Karolci. Trzecia to Oto jest Kasia.
W odróżnieniu od Kasi, książek o Karolci, z tego co pamiętam, nie tknęłam od pierwszego przeczytania, kiedy miałam 7-8 lat. Dlaczego? Nie bardzo wiem, skoro historie tej dziewczynki z włosami w kucyk zostały ze mną aż do dzisiaj, aczkolwiek dość już zamazane („Jakiś koralik spełniający marzenia, jakaś kredka niebieska...”). Bardzo chętnie odświeżyłam sobie pamięć i nie mogłam się nadziwić jak dobrze i niezwykle czyta się te książeczki. Z powrotem stałam się malutka, chociaż dostrzegałam w niektórych fragmentach rzeczy zupełnie dorosłe (Kafkowskie pokoje z urzędnikami na drodze do Prezydenta Miasta! To kompletne niezrozumienie dzieci przez rodziców, jakby byli z innego świata!). Bardzo przyjemne doświadczenie, przypomniałam sobie jak sugestywnie jako dziecko wyobrażałam sobie koralik i jego blaknięcie, czy wyjątkowy połysk niebieskiej kredki. Przypomniałam sobie też jak podczas wyprowadzki ze starego mieszkania, jakieś dwa lata po przeczytaniu „Karolci”, szukałam w szparach podłogi koralika. Ale go nie znalazłam. Może to i lepiej, bo to musiało być bardzo smutne – utracić spełniający życzenia koralik, kiedy już się zużył.
Pomimo niewątpliwej kultowości Karolci, chyba jeszcze bardziej podobała mi się druga część - Witaj, Karolciu, być może dlatego, że z kredką było trochę trudniej – rzeczy, które można narysować są ograniczone (Jak zauważa Karolcia w szpitalu, nie można narysować zdrowia) oraz, zależnie od tego kto jak umie rysować – niedoskonałe. Intryguje też dosyć surrealistyczne zakończenie z zaczarowaną królewną, dość nieprzyjemną, kiedy to tytułowa bohaterka i jej przyjaciel, Piotr, muszą wyrysować resztę kredki, by pomóc ją „odczarować.” Och, i nie zapominajmy o jednym z najważniejszych bohaterów – mądrym, niebieskim kocie!
Chętnie poczytałabym inne książki autorstwa Marii Krüger, zwłaszcza Ucho, dynia, sto dwadzieścia pięć, bo ją także pamiętam z dzieciństwa. Może kiedyś, gdy dopadnie mnie kolejna fala melancholii...
Tanya Donelly - “Whiskey Tango Ghosts”
Work Drugs - “Summer Blood”
Madeline - “Black Velvet”

Jestem okrutnie demode, ponieważ przeczytałam "Good night, Dżerzi" dopiero teraz, kiedy opadły odłamki i paprochy po wielkim boomie na tę książkę. Ale może to i lepiej. Szczerze mówiąc tyle się o niej naczytałam i była tak popularna, że byłam już prawie zdecydowana jednak jej nie nabywać. Mimo wszystko nabyłam. Z czego bardzo się cieszę, bo to wspaniała książka. Wcześniej nie czytałam Głowackiego absolutnie nic, ani nawet linijki, i teraz wiem, że nie jest to na pewno powód do chwalenia się, wręcz przeciwnie.
Rozreklamowana jako luźna biografia Jerzego Kosińskiego, według mnie nie jest biografią w ogóle, nawet mocno poluźnioną. Jest bardziej pewną wariacją na temat wyobrażenia (wyobrażeń) osoby Kosińskiego, a to z kolei służy tylko jako narzędzie do rozważań na temat fikcji w życiu, autokreacji, kreacji świata wyobrażonego. Wszystko to, i więcej - sny, anegdoty, plotki, stapiają się w jedno. Ten nadmiar fikcji, który sami wytwarzamy, paradoksalnie prowadzi do głodu za rzeczywistością, za prawdą, świadectwami. Dlatego właśnie wszyscy są początkowo oczarowani Kosińskim. Nie z powodu "Malowanego ptaka" samego w sobie. Ale dlatego, że powiedział im to co pragnęli usłyszeć - nie: "Napisałem tę książkę", "Stworzyłem tę fikcję", ale: "Przeżyłem to."
Pomimo niemalże jednoznacznie pesymistycznego wydźwięku tej uciążliwej i kompulsywnej autokreacji, która dotyczy każdego z nas, jest w tym pewna nutka optymizmu. Przede wszystkim dla pisarzy: przyzwolenie na pełną wolność, na rozciąganie wszelkich pomysłów, pozbycie się wstydu, kreację totalną i nieposkromioną. Z zastrzeżeniem jednak, żeby "nie drażnić lwa", nie karmić spragnionych "najprawdziwszej prawdy" publiczności deklaracjami "Przeżyłem/am to."
Tak naprawdę głównym bohaterem nie jest Dżerzi. Mamy tutaj jednak główną bohaterkę, jedną jedyną i niepowtarzalną - Maszę. Masza pochodzi z Moskwy, gdzie przeżyła naprawdę smutne i zimne dzieciństwo oraz młodość, aby w Nowym Jorku razem ze starszym od niej mężem (bardziej na zasadzie sponsora) dorosnąć, przy czym dorastanie jest równie brutalne, jak wiek młodzieńczy. Sposób w jaki opisuje otoczenie, przeszłość, swoje sny jest jedyny w swoim rodzaju, niesamowicie "swojski", prosty, a jednocześnie hermetyczny, wprowadzający w świat należący tylko do niej, do którego nikt inny nie ma wstępu. Wszystko czego pragnie, to przestać się bać. Po przeczytaniu książki nie wiem czy jej się to udało. Ale wiem, że na pewno należy obecnie do moich najulubieńszych kobiecych bohaterek literackich wszechczasów.
Z tą lekturą wiąże się zresztą ciekawa opowiastka. Mamy taką sąsiadkę, która bardzo lubi czytać i podobno podczas lektury "Good night, Dżerzi" tak się różnymi co mocniejszymi wątkami zbulwersowała, że wyrzuciła ją (nie doczytując do końca) do kosza. Wielkie brawa za tą niekłamaną manifestację cnotliwości ;)

Oto i Nałkowska. Znamy "Medaliony", znamy "Granicę". Ta ostatnia zresztą, kiedy czytałam ją jako lekturę szkolną, przyprawiała mnie o siermiężną nudę.
"Romans" jest książeczką krótką (180 stron), więc postanowiłam dać jej szansę. Tematem powieści jest... cóż, romans, a raczej obsesyjne zauroczenie jakim darzy Teresę Hennert, zamężną kobietę w średnim wieku, enigmatyczny pułkownik Omski. Oprócz nich poznajemy całe tabuny innych bohaterów: profesora Laternę o epikurejskim spojrzeniu na świat, pogardzającego nim syna przesyconego chęcią zmian i rewolucji, wrażliwą kurę domową z wyboru - Binię, zmęczonego wyrzutami sumienia poetę Lina itede itepe, na tym lista naturalnie się nie kończy. Przy tak małej objętości i tylu bohaterach czasem ciężko ogarnąć i zrozumieć na czym polegają ich problemy i skąd się biorą.
Niezrozumienie bierze się także skąd indziej. Powieść jest głęboko osadzona w realiach Polski po I Wojnie Światowej często mówi mimochodem o aktualnych ówcześnie problemach, o których trudno wiedzieć współczesnemu czytelnikowi. Chyba że jest on specjalistą od historii międzywojennej. Tak naprawdę czasami ma się wrażenie, że cały "romans" i inni bohaterowie są tylko pretekstem do snucia różnych polityczno-społecznych rozważań. Niektóre z nich są jednak uniwersalne, jak np. długi wywód profesora Laterny pod koniec utworu przekonywujący o tym, że choćbyśmy nie wiem jak się zapierali, polityka jest w naszym życiu, jesteśmy poddani jej działaniom, tworzymy ją. Albo następujący wywód jego syna, Andrzeja: "To, co było wszędzie i co kompromituje ludzi, przerzuca się na jedną stronę frontu, aby kompromitowało nację. I oto te fakty są potrzebne jako zarzewie. Są płodne, są wciąż rodzące nienawiść i chęć odwetu, są nieśmiertelne."
Styl Nałkowskiej jest dość przejrzysty, a jednocześnie gęsty. Opisy są nie za długie, ale zawierają w sobie wiele szczegółów. Bardzo filmowe sceny. W niektórych opisach ukryta jest symbolika. Na przykład w kilkustronicowej relacji z konkursu hippicznego, gdzie konie zostają podzielone na te piękne i te bez gracji, niezależnie od tego jak dobrze udaje im się pokonywać przeszkody. A "przecież jednak biegają, skaczą, trudzą się, nie wiedząc o tym, że żyją bez piękności."
Polecam tę książkę fanom dwudziestolecia międzywojennego i klasycznie skonstruowanych powieści do przeczytania w dwa wieczory. Na mnie nie wywarła ona szczególnego wrażenia, pomimo ciekawych fragmentów, ale cieszę się, że dałam Zofii Nałkowskiej drugą szansę. Żeby nie było, że szkoła mi ją obrzydziła!