Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

2012-09-08

To co świetne, co takie sobie, i co w ogóle nie wyszło

Ponieważ cały sierpień spędziłam w Polsce, nie miałam czasu na pisanie recenzji, mimo iż nie zaniechałam samego czytania. Postanowiłam zebrać wszystko do wora, łącznie z kilkoma (nieukończonymi) lekturami sprzed wyjazdu. Najpierw przedstawię listę sierpniową, kolejność nie jest przypadkowa – rozpoczynam od lektur najbardziej udanych i zjeżdżam w stronę tych mniej.

Piaskowa Góra & Chmurdalia Joanna Bator – Chciałabym, żeby uczucia, które obie te książki mi podarowały, pozostały ze mną na dłużej. Wrażenie „dobrego losu”, poczucie indywidualności i wyjątkowości. Ale pozytywne przesłania książkowe zawsze się mi jakoś rozłażą i znikają, na dłużej zostają tylko te negatywne, niepewność i bezsens losu, chociażby, które inne książki mi czasem "podarowują". A szkoda. Oba tytuły są fantastyczne. Nie potrafię oprzeć się wyjątkowemu stylowi pisania, zawsze miałam do tego słabość, a styl Bator jest taki, jakim ja chciałabym dysponować będąc pisarką – celny, odarty z ozdobników, z poczuciem humoru, który pobrzmiewa jednak niezidentyfikowanym smutkiem. Już dawno żadna powieść nie miała dla mnie równie osobistego wymiaru. Tylko czemu te wszystkie piękne rzeczy, których mnie Bator nauczyła, które mi przetłumaczyła, nie pozostały ze mną na dłużej?

Matki Teodora Dimowa – Sięgnęłam po ten tytuł zupełnie od niechcenia, bo się telepał na półce, i zaskoczyło mnie, jak świetnie się czytało tę niedługą powieść. Książka opisuje życie poszczególnych nastoletnich dziewczyn i chłopaków, którzy, nie znajdując zrozumienia, ani troski, u rodziców, zwracają się po pomoc do nowej wychowawczyni – Jawory. Relacje dzieci z rodzicami są odmalowane po mistrzowsku, smutny obraz ukazujący, jak bardzo rodziciele nie trafiają w potrzeby własnych synów i córek, pod warunkiem, że w ogóle ich dostrzegają.

Urania J.M.G. Le Clézio – Sądząc po tematyce: mezoamerykańska utopijna kraina, geograf i badacz, który zaplątał się w jej istnienie, ukazanie wachlarza problemów społecznych, książka powinna podobać mi się trochę bardziej. Być może to dlatego, że utopijna kraina nie przypadła mi zbytnio do gustu, bo nie wierzę w krainy bezideologiczne. Być może dlatego, że Urania miała duży potencjał, który jakoś się rozpełznął na boki. Opisy wiosek, przyrody, jak i postaci były ciekawe, ale obawiam się, że całość powieści, jej miąższ, szybko uschnie w zakamarkach mojej pamięci. To była moja pierwsza książka Le Clézio i wydaje mi się, że nie oddaje tak zupełnie talentu tego autora. Być może kiedyś sięgnę po jakiś inny tytuł.

Rzeczy Georges Perec – Za Perekiem i jego Życiem. Instrukcją obsługi ganiam już od lat, ale jakoś nie udaje mi się jej kupić (Wiem, wiem, Korporacja Ha!Art wznowiła – 100 złotych za egzemplarz - dobry, ale smutny, żart). Tymczasem wpadła mi w ręce ta mała książeczka, która jest ciekawa przede wszystkim z socjologicznych względów – opisuje nudne życi młodych ludzi, którzy pragną posiadać wspaniałe rzeczy: meble, sprzęty kuchenne, ubrania, kosmetyki, jedzenie. Nie mają ochoty przy tym parać się poważną pracą, gdyż wtedy nie będą mieli czasu na nacieszenie się owymi rzeczami. W pewnym sensie, przedstawiona para lubi patrzeć na siebie z perspektywy osoby trzeciej i oceniać, czy już wyglądają dostatecznie stylowo i świetnie, czy może jeszcze nie. Z takim zachowaniem można spotkać się i dziś, kto wie czy nie częściej (Rzeczy zostały wydane w 1965). Z tego względu obserwacje Pereca okazały się interesujące. Jeśli chodzi natomiast o wymiar literacki, książka niczym takim nie zachwyca, może oprócz trafnych i sugestywnych opisów... rzeczy.

Miasto Ł. Tomasz Piątek – Ten sierpień był chyba Miesiącem Pierwszych Spotkań, bo z tym autorem także dopiero się zaznajomiłam. Być może ten tytuł nie był jednak najlepszym, jaki mogłam wybrać na pierwszy ogień, bo w ogóle mnie nie porwał. Perypetie rodziny, oczami głównego bohatera, przy czym łatwo założyć, iż tym bohaterem jest właśnie autor. Krótka powieść bez konkretnej fabuły, ani konkretnego przekazu, co specjalnie mi nie przeszkadza, ale... właśnie, to taka książka „spoko”, „no, fajnie się czytało”, „taka tam”, a to oznacza, że rychło zapomnę, że w ogóle kiedykolwiek miałam z nią do czynienia. Jedyne, co się tutaj wybija, to niezwykle równościowe, partnerskie traktowanie zwierząt, psa i dwóch kotów, które są tu niemalże na pierwszym planie. Książka jest też niepozbawiona oryginalnego humoru.

Namalowane Okno Jose Carlos Somoza – Jest to prawdopodobnie najbardziej niefortunny tytuł, od której można zacząć przygodę z Somozą. Zgaduję, bo nie chce mi się wierzyć, żeby inne jego dzieła były równie nijakie. Trochę mądrogłupiego filozofowania o kinie i obrazie, a wszystko obserwujemy oczami bezosobowego, niemalże pozbawionego jakichkolwiek cech, narratora, kolekcjonera zdjęć Jodie Foster, który trafia do magicznego kina „Soledad” i spotyka „zaczarowanych” przez obraz kinowy ludzi. A tak poza tym jego dziesięcioletni synek jest umierający, a małżeństwo stopniowo się rozpada. I tak się zmieniają rozdziały – kino, rodzina, kino, rodzina, chociaż nie ma między nimi nic wspólnego, nic się nie zazębia, i tak właściwie już to leci do dziwacznego końca. Brzmi może i nawet ciekawie? Ale nie jest.

A na zakończenie pora na gorzkie żale, a mianowicie dwie książki, których, jeszcze w lipcu, nie udało mi się przeczytać, więc je po prostu porzuciłam, bo nie miałam na nie siły. Żeby te książki to były jeszcze jakieś szmatłame badziewia, idiotyzmy, ale NIE. Tak się składa, że oba te tytuły POWINNY mi się podobać. A jednak. Nie bardzo.

Wspominałam już kiedyś wcześniej, że nie radzę sobie z Górą duszy chińskiego noblisty Gao Xingjiana. No i odstawiłam po 100 stronach z 500. Musiałam się wielotkrotnie zmuszać, żeby czytać dalej, dawkowałam sobie po kilka stron chociażby, po rozdzialiku (a rozdzialiki krótkie), jeszcze doszłoby do tego, że za przeczytanie każdej strony obiecałabym sobie nagrodę w postaci rządka czekolady. Dlaczego? Naprawdę nie wiem. Piękne opisy, pewne eksperymenty z narracją, stoicki, ale zagubiony narrator, cisza. Być może trzeba być w określonym stanie ducha – tak, właśnie „stanie ducha”, a nie „humorze” - aby przebrnąć przez tę książkę? Może jestem za młoda (tak!), by zrozumieć jej niewzruszoną skalistość, nieprzenikalność? To nie jest zła książka, niczym mnie nie zirytowała, ale zwyczajnie nie mogłam się na niej skupić, nie mogłam jej chyba też do końca zrozumieć. Może kiedyś...

Następny tytuł to jeszcze fatalniejsza moja porażka - Śmierć Artemia Cruz niedawno zmarłego meksykańskiego piarza Carlosa Fuentesa. Dotarłam do połowy, żeby zdać sobie sprawę, że w ogóle nie jestem ciekawa absolutnie niczego w tej historii, że się strasznie męczę i że myślę z rozmarzeniem o wielu innych książkach do czytania. Być może maczyzm głównej postaci okrutnie mnie drażnił. Jak również i oryginalne zabiegi narratorskie. Bardzo rzadko porzucam książki, kiedy jestem już na półmetku, ale na tę nie miałam już siły. Może powinnam spróbować Fuentesa coś innego. Może kiedyś...

2012-07-26

"Stracone złudzenia" Honoré de Balzac

Balzac. Kiedy to ostatni raz go czytałam? Chyba jak byłam jeszcze w szkole średniej. Tak, obowiązkowy Ojciec Goriot i chyba jeszcze Eugenia Grandet, która średnio przypadła mi do gustu. Ale teraz spontanicznie wybrałam właśnie Stracone złudzenia w tłumaczeniu na angielski, bo kiedyś zakupiłam za symbolicznego dolara. Czytało mi się ją na tyle fantastycznie, że zastanawiałam się (i wciąż się zastanawiam) dlaczego przez ostatni rok odsunęłam się od klasyki. Oczywiście wolę teraz literaturę ze wszystkich zakątków świata, a co się z tym wiąże, współczesną (trudno o klasyczną literaturę np. z Południowowschodniej Azji), ale to nie powinno przeszkadzać w rzuceniu na czytelniczy ruszt jakiegoś klasycznego tytułu od czasu do czasu.

Ci Balzacowscy bohaterowie! Dawid i Lucjan, przyjaciele od czasów szkolnych, są idealistyczni, poetyczni i liryczni. Niestety, kiedy wracają ze szkół do rodzinnego Angoulême, życie staje się dla nich mniej łaskawe. Dawid odziedzicza (a właściwie zostaje zmuszony do jej kupienia) drukarnię swojego ojca-kutwy (excuzes-moi!) podczas gdy Lucjan, utrzymywany głównie przez swoją zubożałą siostrę i matkę (ojciec Lucjana był bliski wynalezienia leku na podagrę, więc roztrwonił na eksperymenty wszystko co miał w nadziei, że stanie się bogatym człowiekiem. Zanim to się jednak nim stał, to umarł). Lucjan jednak ma nadzieję wkroczyć w wyższe sfery, jako poeta, ale również jako faworyt zamężnej pani de Bargeton. Ta ostatnia, już nie pierwszej młodości, kobieta, po wywołanym skandalu (z winy Lucjana zresztą) postanawia przenieść się do Paryża i, w sekrecie, zabiera ze sobą ulubieńca.

Paryż, zimny, dumny i przebiegły, weryfikuje jednak ich uczucia. Kochankowie zauważają po jakimś czasie prowincjonalność tej drugiej osoby, w końcu pani de Bargeton, pod opieką kuzynki, markizy d'Espad, ucina kontakt z Lucjanem zupełnie. Ten ostatni najpierw, po wielu dniach smutnego ślęczenia w bibliotece, poznaje Daniela d'Artheza, a następnie jego przyjaciół, którzy tworzą grupę inteligentów. Ci wierzą w poezję Lucjana, wierzą w jego sukces i zalecają mu ciężką pracę. Po jakimś czasie Lucjan jednak, zapoznawszy się z pewnym dziennikarzem, zmierza w kierunku paryskiego, płytkiego życia na pokaz. Słabość tego bohatera uderza na niemal każdej stronie, a jednocześnie jest przerażająco ludzka. Nie można parzeć na tego idealistę, stopniowo zmieniającego się w cynika (chociaż, może i nie?), i zakładać, że samemu by się nie postąpiło podobnie. Naiwność naszego bohatera czasem nawet drażni, ale nie można się jej dziwić. Paryż urobi go na swoją modłe, a następnie wypluje - gdy Lucjan już nie będzie nikomu potrzebny do intryg. A od intryg aż się tu skrzy i są tak skonstruowane, że trudno uwierzyć, żeby nawet Balzac mógł sam to wymyślić – musiał zasłyszeć!

Druga część książki opowiada nam o losach Dawida, który ożenił się zresztą z mądrą i śliczną siostrą Lucjana. Razem starają się wyżyć z przynoszącej coraz mniejsze zyski drukarni (dzięki konkurencji przebiegłych jak lisy braci Cointet), podczas gdy Dawid pracuje nad wynalezieniem papieru, który miałby być produkowany z powszechnie dostępnych roślin. Papier ten byłby o wiele tańszy od obecnie wyrabianego. Bracia Cointet knują jednak koniec tej rodziny, jednocześnie starają się odebrać Dawidowi jego wynalazek. Ta intryga to prawdziwa fabularna wirtuozeria, zasłyszana czy nie, i pokaz nieamowicie klarownego sposobu przeprowadzenia fabuły. Sam Dawid jest też trochę ślamazarny, bez tej, błogosławionej w XIX-wiecznej Francji, żyłki do interesów, co wykorzysta więcej, niż kilka osób, nawet bliskich.

Czyta się Stracone złudzenia znakomicie, aczkolwiek przez pierwsze sto stron przebrnęłam dość wolno. Jednak akcja nabiera tempa stopniowo i toczy się niczym śnieżna kula – pod koniec z prędkością niemalże światła, i prowadzi do dość dziwnego, a jednak tak prawdziwego (dla mnie przypadki są zawsze wiarygodne) zakończenia.

Warto zwrócić uwagę na kreacje kobiece, potraktowane trochę po „macoszemu” (ha!) przez Balzaca, ale też po pisarzu-mężczyźnie piszącym w tamtych czasach nie można się spodziewać niczego więcej. Pani de Bargeton to fałszywa i rozpieszczona przez życie kobieta, która miłością do sztuki i muzyki pragnie przykryć swoją dość błahą i cherlawą duszyczkę. Jest to jednak jedna z wielu odpowiedzi tamtych kobiet, wydawanych za mąż, jako towar wymienny, na sytuację w której musiały żyć, marnując młodość, uczucia, ambicje. Ważną postacią jest również Ewa, żona Dawida i siostra Lucjana, o wiele bardziej roztropna niż mąż w swoich sądach o ludziach, i również o wiele bardziej od niego zaradna. Próbuje ratować swoją rodzinę, jednak pod koniec i ona poddaje się.

Polecam wszystkim fanom klasyki, jak również i tym osobom, które, podobnie jak ja, od dawna klasyki nie tykały – będziecie mieli apetyt na więcej!

2012-02-27

"Cesarzowa" Shan Sa

Cesarzowa to fabularyzowana biografia chińskiej cesarzowej Wu Zetian, jedynej kobiety, której udało się rozpocząć własną dynastię. Żyła ona w latach 624-705 n.e., należy więc założyć, że jest to dzieło o wiele bardziej fabularyzowane, niż biograficzne, chociaż Shan Sa spędziła aż trzy lata, aby dowiedzieć się ze źródeł i opracowań o władczyni i jej czasach jak najwięcej.

Książkę, a więc i biografię cesarzowej, z łatwością można podzielić na trzy części. W pierwszej zapoznajemy się z dzieciństwem i wczesną młodością Światłości, bo tak ma na imię przyszła monarchini, oraz o tym, jak żądna przygód dziewczynka trafia do Zakazanego Pałacu, gdzie 10.000 pięknych, bogatych, utalentowanych kobiet czeka na łut szczęścia, kiedy to Cesarz być może właśnie ją wybierze na swoję konkubinę, albo kolejną żonę. Druga część to związek z nowy Cesarzem, synem tego, któremu Światłość została początkowo przypisana. Najpierw staje się jego konkubiną i przypieczętowuje swoją pozycję rodząc mu dwóch synów, podczas gdy prawowita małżonka nie może zajść w ciążę. Bystra, pragmatyczna, ale i okrutna, Światłość razem z mężem pracuje nad tym, aby upartą radę cesarską zmusić do uznania abdykacji dotychczasowej cesarzowej, by następnie samej zasiąść obok swojego męża jako Pani Nieba i Ziemi. Intrygi, samobójstwa, reformy i zmiany przeprowadzane sprytnie, czy okrutnie, a wszystko po to, by zyskać więcej władzy lub utrzymać się na swoim miejscu – z tego głównie składa się część środkowa. Ostatnia natomiast przedstawia cesarzową jako już starszą kobietę, czczoną władczynię, uwielbianą przez poddanych i cenioną przez cesarskich doradców za swoją mądrość, rozwagę i pracowitość. Ostatecznie, jako już naprawdę schorowana i zmęczona staruszka, zostaje odepchnięta od władzy przez swoich siostrzeńców i dzieci.

Nie należy zapominać o namiętności, która jest najważniejszym pilarem tej powieści. W zasadzie każda przedstawiona w niej postać na namiętość „choruje” i często przez nią właśnie kończy swe życie. Zazdrość o kochanków jest na cesarskim dworze taką samą trucizną, jak zazdrość o władzę. Przypuszczam, że niektóre, dość obfite, opisy igraszek cesarzowej z mężczyznami, jak i kobietami, w tym własną siostrą, mogłyby przyprawić nawet średnio pruderyjne osoby o rumieniec, albo chociaż uniesioną brew.

Język Shan Sy jest dostatecznie gęsty i elokwenty by opisać przepych chińskiego dworu. Taniec przymiotników z rzeczownikami w tej powieści musi być pewnego rodzaju zapisem dwóch melodii wygrywanych na cytrze i bambusowym flecie, które tak często pojawiają się pod koniec powieści. Na pewno w tak obrazowych opisach, pełnych koloru i zapachu, pomaga autorce jej talent malarski. Pomimo mojego podziwu dla języka i stylu powieści, muszę jednak przyznać, że okazjonalnie mnie on nudził i przybijał. Nie wiem też, czy podczas czytania kiedykolwiek choć trochę polubiłam główną bohaterkę, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że to postać sztampowa, przewidywalna, czy papierowa. Na pewno w jakiś sposób udziela się czytelnikowi jej niezwykła siła – kombinacja wierzeń buddyjskich, sztywnego pojęcia honoru, rozsądku i prób zrozumienia miłości, ale i rozczarowują, nawet jeżeli są zrozumiałe, biorąc pod uwagę dworskie intrygi, jej okrucieństwo i nieufność.

P.S. Szczerze powiedziawszy, nie wiedziałam, jak otagować tę powieść, gdyż Shan Sa jest Chinką zamieszkałą we Francji i piszącą po francusku. Wrzuciłam ją więc i do literatury chińskiej i do literatury francuskiej. To nie pierwszy tego typu dylemat, który mam, i na pewno nie ostatni.

2011-09-22

Mega-wpis zbiorczy o różnościach


Dobrze, czas na ogarnianie bloga. Za dużo się dzieje ostatnimi dniami, zmiany życiowe i tym podobne dyrdymały. Ale jest dość dobrze, bo:




Poza tym, cóż, nie ma co ukrywać tego faktu, posiadam teraz Kindle'a. Jest fenomenalny i świetnie mi się z niego czyta, muszę przyznać, że chyba jest wygodniejszy niż książka. Poręczniej jest go trzymać, kiedy się leży, że tak intymnie to opiszę. No i klasyka za darmo, za darrrmo. Już widzę jak całą zimę siedzę i czytam kompletny dorobek Jacka Londona.




Poza tym, oczywiście, że między Gronami, a Mango przeczytałam kilka książek, po czym byłam zbyt leniwa, żeby natychmiast skrobnąć jakąś recenzję. A jeśli nie zrobię tego najpóźniej dzień po skończeniu książki, to odechciewa mi się robić tego zupełnie i muszę się okrutnie przymuszać, a nie zawsze mam na to siłę. Ale wypiszę króciutko co jeszcze tego sierpnia przeczytałam i dorzucę moje arcyfascynujące wrażenia, plus ilustracja, żeby było dekoracyjnie i przaśnie:



„Cząstki elementarne” Michel Houellebecq – Książka oferuje niewiele oprócz niemożebnie dołujących rozmyślań o ludzkości. U Palahniuka jest podobnie, ale tam przynajmniej bywa zabawnie. Tutaj niekoniecznie. Mam wrażenie, że Houellebecq jest wieloletnim frustrataem, który pisze, żeby sobie ulżyć. Zresztą, można by to samo powiedzieć o wielu innych pisarzach, jednak z jego pisarstwa niestety nic nie mogę wynieść dla siebie.

„Everything is Illuminated” Jonathan Safran Foer – Bardzo dobra rzecz, na którą pewnie bym nie trafiła bez pomocy znajomej. Kiedy przeczytałam w jednym z blurbów (po co ja je w ogóle czytam?), że książka przełamuje nasze dotychczasowe postrzeganie języka, to pomyślałam sobie „Hm, no jasne, co druga niby to robi”. Ale ta powieść faktycznie tego dokonuje. Jest tutaj też humor, dzięki bogu, bo po "Cząstkach elementarnych" miałam ochotę kłaść się już do grobu, humor specyficzny i niesmowity, chociaż historia (czy też historie) same w sobie nie są optymistyczne.

„Women Hollering Creek and other Stories” Sandra Cisneros – Opowiadania ujdą, "The House on Mango Street" było jednak lepsze. Niektóre bywały przynudnawe, a w przypadku opowiadań jest to niemalże zbrodnia. Większość z nich opisuje życie Meksykanów w USA z kobiecej, bądź dziecięcej, perspektywy.

„The Monster and Other Stories” Stephen Crane – Crane ma potencjał zostania jednym z moich ulubionych piszących facetów. Trzy opowiadania w tomie, który posiadam, są jak wyraziste, proste i zdecydowane szkice, nie pozbawione jednak nuty impresjonistycznej poetyckości. Nic dziwnego, Crane był także poetą, a jego wiersze charakteryzują się oszczędnością w słowach. Obecnie jestem w trakcie lektury jego najbardziej znanej powieści „The Red Badge of Courage” ("Szkarłatne godło odwagi"), więc recenzja już wkrótce.

„Main Street” Sinclair Lewis - Ten, dość zapomniany, noblista zaskoczył mnie na plus. Książka opowiada nam historię młodej kobiety, która wychodzi za lekarza z małej miejscowości w stanie Minnesota, w nadziei, że jako wyedukowana i pełna radości życia osoba będzie mogła zmieniać i wpływać na kształt tej miejscowości. Na miejscu spotyka się jednak z oporem, a raczej upartą biernością, zaśniedziałych, filisterskich mieszkańców. Wbrew pozorom, ta prosta hostoria, zadaje wiele pytań nam samym. Czy nie czujemy się lepsi od innych bez żadnego powodu? Czy sami przypadkiem nie mamy w sobie wiele z filistrów?

"In The Neighborhood: The Search for Community on an American Street, One Sleepover at a Time" Peter Lovenheim - Nie bardzo wiem dlaczego zaczęłam czytać tę książkę, ale jakoś tak wyszło. Autor brata się z sąsiadami, aby udowodnić, że sąsiedzkość i sąsiedzi, to ważna instytucja w społeczeństwie, która obecnie została zaburzona. Jego zdaniem to coś na kształt znajomych, którzy mogą okazać się ważni w krytycznych momentach (nie tylko wtedy, kiedy mąki brak), ze względu na ich lokalizacyjną bliskość. Jego "badania" przeprowadzone są na jakiejś megabogatej ulicy w Rochester, NY, więc czułam się od bohaterów tej książki-reportażu dość oddalona.

"Drink Cultura: Chicanismo" José Antonio Burciaga - Dwadzieściaparę lekkich, i często żartobliwych, miniesejów o obecności kultury meksykańskiej w Stanach Zjednoczonych. Tutaj możemy się dowiedzieć o badziewności Taco Bell, o faktycznej ostrości papryczek jalapeño, o wadze święta obchodzonego w USA - Cinco de Mayo, i tym podobnych. Bardzo miła lektura, chociaż chętnie przeczytałabym coś podobnego, ale napisanego przez kobietę.

"Peeping Tom Tom Girl" Marisela Norte - Tomik wierszy kalifornijskiej poetki, która jest w zasadzie performance poet, więc jej wiersze pewnie nie brzmią na papierze tak dobrze, jak podczas publicznego odczytu. Podobno Norte pisze zawsze jadąc autobusem z domu do pracy, więc jej wiersze zawsze kończą się wtedy kiedy ma wysiąść. Ten przejazd autobusem przez Los Angeles rzeczywiście się w tej poezji czuje - obserwowanie świata za oknem i podsłuchiwanie ludzi, którzy stoją obok, a każdy widok i każde słowo przypominają o czymś z przeszłości.


Ponadto:

- Moje ulubione słowo angielskie ostatnimi czasy to kerfuffle. Wygrało ono z wcześniejszym moim faworytem: smorgasbord.

- Jest świetny wywiad z Elif Şafak. Pragnę teraz tego "Czarnego Mleka"

- No i kto wygra w tym roku Nike? Mnie zaintrygował Marian Pilot "Pióropuszem". Bardzo też bym chciała przeczytać "Obsoletki", ale trzech dych to ja za niecałe sto stron nie zapłacę. Wyd. Czarne szaleje niestety.

2011-04-25

"Witaj, smutku" Françoise Sagan

"Witaj, smutku" to bardzo krótka powieść wydana po raz pierwszy w 1954. Był to debiut Françoise Sagan, która miała wówczas 18 lat. Dzięki szokującym właściwościom tej książki, Sagan "wypłynęła" i kontynuowała pisarstwo, aczkolwiek niewiele się słyszy o jej innych powieściach. Jeżeli zostały napisane w podobny sposób jak ta pierwsza, to w zasadzie nie można się temu brakowi popularności dziwić.

17-letnia bohaterka "Witaj, smutku", Cecylia, wyjeżdża razem z hedonistycznym ojcem i jego najnowszą kochanką na wakacje nad morze. Potem dołącza do nich Anna, znajoma ojca, jego rówieśnica, i po kilku dniach kochanka, Elza, idzie w odstawkę. Anna jest jednak inna, opanowana, zdystansowana. Gardzi dawnym towarzystwem Cecylii i jej ojca i nie pochwala życia, które jak dotąd oboje prowadzili. Bardzo szybko ojciec oświadcza, że planują się z Anna pobrać. Ta ostatnia stara się wywrzeć jakiś wpływ na dziewczynce, zmusić ją do nauki do egzaminu poprawkowego. Cecylii to nie w smak "siedzieć nad Bergsonem", kiedy jest taki upał, za oknem morze, a w głowie pierwsze seksualne doznania z 25-letnim studentem o imieniu Cyryl. W związku z tym dziewczyna obmyśla chytry plan, aby odciągnąć ojca od Anny, a wszystko kończy się tragicznie. Tragedia nie zmienia jednak ani ojca, ani córki. Jedynym pokłosiem emocjonalnym u tej ostatniej jest czasem odczuwalny, "wzbierający o świcie", smutek.

I cóż tu począć z tym dziełem? Zrozumiałe, że w latach pięćdziesiątych mogła szokować. Nawet nie sama obecność seksu, kochanek, alkoholu i zamotanej w to wszystko nastolatki. Ale jej wyrachowanie, brak uczuć oraz duma z tego braku. Z jednej strony jest tu jakiś potencjał, idealnie ukazana emocjonalna chwiejność młodej osoby, niepewność odnośnie własnych myśli. Także strach przed nieznanym, przed Anną, która miała być dla Cecylii matką. Dziewczynka jednocześnie pragnie tej matki (straciła swoją, kiedy była mała), ale myśl o takiej zmianie przeraża ją. Warto też podkreślić wielką miłość między ojcem, a córką, nawet o lekko kazirodczym zabarwieniu. Zapewne oboje nie chcieli nic zmieniać w tym układzie, choć w przypadku ojca była to bardziej podświadoma niechęć.

Z drugiej strony jednak... To jest fatalnie napisane! Ja rozumiem, że Sagan była sama w wieku swojej bohaterki, kiedy to pisała, ale to naprawdę niczego nie usprawiedliwia. Książka to książka, tekst jest tekstem i podlega ocenie bez taryfy ulgowej ze względu na wiek i inne. A tu opowieść jest naprawdę kulejąca momentami. W zasadzie człowiek się zastanawia dla kogo to zostało napisane. Główne problemy wydają się przeznaczone jednak dla dorosłych, ale styl jest podobny do tego, jaki można znaleźć w dość kiepskich powieściach dla młodzieży. A już najgorsze są wszelkie opisy zbliżeń miłosnych i pocałunków. Rany boskie, włos się na głowie jeży!

Posiadam jeszcze dwie powieści tej francuskiej pisarki, bo były w pakiecie na allegro razem z "Witaj, smutku" (wszystko za 4 zł), ale raczej ich nie przeczytam. Zwłaszcza, że jedna z nich na pierwszej stronie ma np. takie zdanie: Wsłuchany w rytm własnego serca, zdyszany po miłości, odzyskiwał powoli normalny oddech opierając wilgotne od potu czoło o to ramię tak dobrze znane i tak utracone.

To jednak nie moje klimaty.

2010-12-03

"Sztuka pierdzenia" Pierre Thomas Nicolas Hurtaut

Nie wiem co mnie pokusiło, ale od pierwszych zapowiedzi wydawnictwa słowo / obraz / terytoria wiedziałam, że muszę tę książkę zdobyć. Uwielbiam absurd w postaci czystej, czy, jak w tym przypadku, trochę przybrudzonej "mokrą materią". Na szczęście to mała książeczka, taka kieszonkowa, więc była niedroga. Mimo wszystko ładnie wydana, na grubym papierze. W środku ryciny (bez obawy, bardzo neutralne), starodawna stylizacja druku i, co zabawniejsze, strony pachną wydatnie nową książką nie bacząc na to, co opisują ;)

Sama treść jest naturalnie żartem, esejem w pseudonaukowym stylu o rodzajach pierdnięć i o zbawiennym ich skutku. Można jednak odczytać puszczanie wiatrów w szerszym sensie, jako... radość życia, nie podleganie konwenansom (takie staromodne słówko, ale jak bardzo zawsze aktualne!), pozbywanie się tego co nas zatruwa (a nie są to zawsze przecież tylko bąki ;)).

Trzeba też przyznać, że tłumacz, Krzysztof Rutkowski, musiał wykonać kawał dobrej roboty nad tą malutką ciekawostką. Niełatwo tłumaczyć teksty, które są żartobliwe, mimo iż utrzymane w poważnym tonie. Zresztą być może język polski jest też dostatecznie wdzięczny i obfity w rubaszności, podobnie jak francuski, co mogło ułatwić tłumaczowi zadanie. Ale i tak chwała mu za to, że na polski grunt sprowadził ten raczej nieznany drobiazg. Wydaje mi się, że angielskie tłumaczenie, na przykład, chyba nie istnieje...

Polecam na dobre trawienie!