Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzycznie. Pokaż wszystkie posty

2012-05-18

Piątkowy raport książkowy (15)

Właśnie przeczytane: Paradise of the Blind Duong Thu Huong.


Teraz czytam: Kończę Powiedział mi wróżbita, zostało mi zaledwie 20 stron. Do końca miesiąca mam również ambitny plan ukończyć dwie inne książki, które czytałam z (bardzo czasem rzadkiego) „doskoku” już dobre kilka miesięcy, czyli Dzieje kultury latynoamerykańskiej pod redakcją Marcina Gawryckiego, oraz dołującą (niestety) A People's History of the United States Howarda Zinna. O obu postaram się napisać chociaż krótkie wrażenia. W ich miejsce rozpocznę przynajmniej jedną książkę non-fiction, których zdaję się mieć coraz więcej.

W nastepnej kolejnosci: Sezon migracji na PółnocAt-Tajjiba Saliha (w angielskojęzycznej strefie znany jako Tayeb Salih). Już się zdecydowałam na 100%, książka (ładne wydanie z NYRB) leży tuż obok mnie. Potem dołączy do tej lektury kolejna - Zapach cedru (wolę oryginalny tytuł - Fall on your Knees) Ann-Marie MacDonald.

Muzyka: O dziwo, powróciłam ostatnio do ostrego, kobiecego grania. Słuchałam takiej muzyki, jak miałam 15 lat (trochę dawno temu), a teraz słucham jej ponownie i odkrywam w niej nowe przekazy, nową energię, nowe pomysły. Przez długi czas myślałam, że będę powracać do tej muzyki tylko wtedy, kiedy będzie we mnie narastać złość i agresja. A tu proszę – wsłuchuję się w nią nie odczuwając niczego negatywnego. Urosło dziecko?


2011-03-11

Znowu stos + Lacan + inne cuda


To jest nauczka za niekupowanie książek regularnie i jak Bóg przykazał. Skoro trochę nie kupowałam, to teraz tama puściła i robi się już naprawdę nieciekawie. Co pół roku potrzebuję nowego regału. A było to tak: chodziłam sobie po mieście porozglądać się po zupełnie dziewczyńskich sklepach, ale myślę sobie "Co mi tam, wejdę do Matrasa." I to już był ogólnie koniec, bo w Matrasie przeceny. W ten oto sposób dorobiłam się poniższego stosu, oprócz tej książki na samej górze:



Książka na samej górze to "Kulturowa teoria literatury" z Universitasu, zdobyłam ją na allegro. Niżej jest cieniutka książeczka pt. "Cztery życia wierzby" chińskiej pisarki Shan Sa. Nie wiem czemu ją wzięłam, chyba gdzieś czytałam jakąś pozytywną recenzję jej książki. Poza tym podoba mi się to imię, nikt mi teraz nie powie, że nie mam szans. Hehe, sucharskie dowcipy najlepiej smakują w piątki. Dalej jest "Namalowane okno" José Carlosa Somozy. Już dawno chciałam coś przeczytać tego autora. Następnie dwa tomy dzienników Anaïs Nin, co prawda są to tomy II i III, ale nie ma co narzekać, zwłaszcza, że każdy tom był po 9,90 (Normalna cena to 39,90). Licytuję teraz się na allegro o tom I, ale trochę czarno widzę to przedsięwzięcie (EDIT 13.03: A jednak wygrałam! Tom I za 10,50!). No a na ostatek "Trudny wybór" Nadine Gordimer. Jestem bardzo ciekawa tej noblistki. Zresztą może powinnam się wstydzić, że jeszcze nic jej nie czytałam, ale wtedy również musiałabym się wstydzić za tysiące innych nieprzeczytanych autorów i tytułów.

No i kupiłam jeszcze w tym nieszczęsnym Matrasie zakładkę:




A jeżeli chodzi o czytanie, to ukończyłam niedawno skromnych rozmiarów lekturę, ale niezmiernie pożywną - pozycję z serii Przewodników Krytyki Politycznej: "Lacan" Slavoja Žižka. Podczytując sobie różne rzeczy z teorii literatury natrafiałam dość często na nawiązania do filozofii Lacana i tyczyły się one zawsze czegoś, co naprawdę by mnie zainteresowało, co w jakiś sposób tyczyło się mojej własnej osoby, czy paru pytań, które sobie od dłuższego czasu zadaję. Tak więc pożyczyłam tę książkę od mojego brata, żeby się z myślą francuskiego psychoanalityka lepiej zapoznać. Muszę przyznać, że to krótkie wprowadzenie jeszcze bardziej mnie zaintrygowało, nakreśliło pewne pojęcia, za którymi wiem, że warto podążać. Žižek jest z rodzaju tych "wykładowców", którzy "gawędzą" - przybliża nam Lacana dzięki nawiązaniom do Shakespeare'a, bieżących wydarzeń, popkultury. Szkicuje myśl psychoanalityka tak, aby nie był on oderwany od nas (w sensie - "nas we współczesnym świecie"), nie sprowadzał się do teorii i terminów, które istnieją jedynie same dla siebie. Bardzo polecam wszystkim, którzy podobnie jak ja są zaintrygowani psychoanalizą, bardziej tą teoretyczną, niż kliniczną. Ten przewodnik nie odpowiada na wszystkie kwestie, ani nie rozwija żadnych z nich w pełni (no ej, ma w końcu 160 stron), ale z pewnością motywuje do dalszej lektury i dalszych poszukiwań.

A w ogóle to słucham ostatnio strasznie dużo muzyki z lat 80-tych, zupełnie bezwstydnie. Oczywiście najwspanialsze są różne perełki New Wave, ale szczerze mówiąc i Sandrą nie pogardzę (Marija Magdalina!), a tym bardziej Michaelem Jacksonem. Nie wiem, może to oznaka jakiegoś nagłego starzenia się. Ale dobrze mi się myśli przy tych nachalnych bitach. Dla porównania czasami puszczę stację radiową z muzyką z lat 90-tych i feee! To już nie to samo, ani trochę.

A najbardziej to teraz męczę 'Greatest Hits' Tears for Fears. Czemu nie urodziłam się 16 lat wcześniej w UK? Teraz przynajmniej bym nie miała tych wszystkich problemów, tylko mieszkała w jakimś domku i trajkotała z sąsiadami o pogodzie dzień w dzień.

Epicka rzecz: "I wanted to be with you alone / And talk about the weather"

2011-01-02

Muzyczne smaczki z roku 2010.

Książkowego podsumowania w tym roku nie sporządzam, ponieważ bloga regularnie prowadzę dopiero od listopada. Co prawda przez cały rok dodawałam książki na GoodReads i oceniałam, ale bez jakichś bardziej rozwiniętych recenzji, a nie chcę się opierać na "gwiazdkach" w swoich rankingach ;) Jak dobrze pójdzie, chętnie sporządzę takie książkowe podsumowanie za rok...

Tymczasem chciałam jakoś sensownie, ale niezbyt rozwlekle, ogarnąć ten rok muzycznie. Wybrałam 5 najlepszych piosenek tego roku, każda z konkretnych (czyli wymyślonych przeze mnie) kategorii.

Kategoria: piosenka wykonana przez plumkające na gitarze dziewczę śpiewające o smutnych rzeczach, ale w miarę żywo:

Sarah Jaffe - "Better than Nothing"

Sarę lubię nie tylko za to, że jest w moim wieku (prawie co do dnia), ale także za niewiarygodną zdolność do brzmienia inaczej od innych plumkających na gitarze i fortepianie dziewcząt, pomimo stosowania tych samych środków. Jej wokal jest mocny, jednocześnie brzmi tak jakby jej na niczym nie zależało. To co niepozorne potrafi przekuć w monumentalne, to co na pozór ugładzone w bezkompromisowe i szczere. Ten utwór idealnie to obrazuje. Mam nadzieję, że przy następnych płytach (W tym roku wyszła jej pierwsza), pozostanie Sarą Jaffę, i nie przeistoczy z jedną z tych innych tonących w morzu kobiecych singerek songwriterek, których czasem nie odróżniam od siebie.




Kategoria: piosenka wykonana przez plumkającego na gitarze faceta, który na dodatek dobrze wygląda:
The Tallest Man on Earth - "The Wild Hunt"

Tak naprawdę jakakolwiek piosenka z "The Wild Hunt" byłaby dobra jako reprezentacyjna i zabijająca swoim prostym, folkowym geniuszem. Jest to dla mnie płyta roku i jedno z muzycznych odkryć życia. To taka muzyka, która sprawia, że czuję się dobrze sama w sobie. Słuchanie jej przypomina odkrycie po kilkugodzinnej wędrówce w śniegu i ciemnościach chatki w lesie, w której pali się pozytywne, ciepłe światło. Poza tym tak rzadko dzisiaj o głos równie niepowtarzalny... Tak, tak. Jestem zauroczona.




Kategoria: piosenka do baunsów:
Yeasayer - "Rome"

Yeasayer mieli jednak lepszą płytę pierwszą, "All Hour Cymbals", i nie jestem zbyt oryginalna mówiąc to. Ale płyta z tego roku ma jednak kilka utworów, które są wyjątkowe, do nich zalicza się właśnie "Rome". Nietypowe aranżacje, tuziny dźwięków i motywów atakujących znienacka. Zupełne szaleństwo, a jednak oswojone, przemyślane. Sposób śpiewania także jest bardzo nietypowy, co również odzwierciedla ta piosenka. Rzadko słucham muzyki tak żywej, bo wydaje mi się, że w tej "dziedzinie" ciężko o rzeczy dobre. Że łatwiej znaleźć ambitnych smutasów, niż wesołków ;)




Kategoria: utwór zaliczany do jakiegoś dziwnego gatunku zwanego 'neoklasycznym', a w rzeczywistości są to po prostu muzyczne doły z przodującym udziałem skrzypiec i fortepianu:
Max Richter - "Infra 5"

Właściwie mogłabym tę kategorię nazwać Max Richter. On nie tylko powinien zwyciężać we wszystkich kategoriach, ale i być kategorią samą w sobie. Wielbię jego muzykę od paru dobrych lat i wciąż nie mogę uwierzyć, że to się DZIEJE, że ta muzyka żyje i że ja, taka mróweczka, mogę sobie ją puścić i ona dla mnie gra. Smutek w czystej postaci, przeszłość w formie absolutnej, kołdra z nostalgii, wieczna jesień. A "Infra 5" chyba najdobitniej to wyraża z całego nowego albumu. Polecam dla wywoływania dogłębnej egzaltacji.




Kategoria: utwór do spania:
Eluvium - "Cease to Know"

Słucham bardzo dużo takiej sennej muzyki, przez wytrawnych znawców zwanej muzyką ambientową. ;) Eluvium samo w sobie w zasadzie pasuje również do poprzedniej kategorii, ale na tegorocznym albumie mniej fortepianu niż na poprzednich (Zresztą i tak nikt z Maxem Richterem nie da rady wygrać). "Cease to Know" daje niesamowite poczucie okiełznania i opisywania czasu, który jest, ale nie upływa. Który jest tak naprawdę wyobrażeniem, a nie faktem realnym. Który temat mógłby być lepszą kołysanką?




Jeżeli ktoś byłby z jakichś względów zainteresowany jakie albumy, moim zdaniem, były najlepsze w roku 2010, może zajrzeć tutaj.

2010-12-11

A teraz muzycznie...

Wygląda na to, że 90% notek, które tu zamieszczam jest o książkach. Jednak nie żywię się tylko książkami. Bo muzyki, na przykład, słucham kiedy tylko mogę. Może nie wywołuje ona u mnie tyle żrąco-palących emocji, co za nastolatki (ech tobyłyczasy!). Ale wciąż ciężko by było bez niej żyć...

Od jakiegoś roku, dwóch lat zrobiłam się też dość muzycznie patriotyczna i regularnie śledzę bloga We Are from Poland, a jak mnie coś zaciekawi, to kupuję. Bo to co leci po radiach, ci polscy wykonawcy mainstreamowi, to jakiś żart jest. Można by się załamać, ale jak dobrze poniuchać i poszukać, okazuje się, że polskiej ambitnej muzyki jest sporo. Szkoda tylko, że wielu z tych wykonawców decyduje się tak ostro obstawiać przy śpiewaniu po angielsku. No ale to taki trend wszędzie na świecie.

Więc zaprezentuję pokrótce, bo czemu i nie, co tam ostatnio u mnie gra, śpiewa i brzęczy polskiego właśnie.

Po pierwsze, nie będę oryginalna, album "Blanik" Indigo Tree. Minimalistyczna okładka niewiele mówi o ich klimatach, ale okładka debiutanckiej płyty już tak. Znajduje się na niej zdechła żaba z wywalonym jęzorem. Ale jak to, taka urzekająca muzyka, jak to do żaby zdechłej tak przyrównywać? No bo to się ze stawem kojarzy, a muzyka jest jak ze stawu, tu rzęsa wodna, tam żaba, tu muł i błoto. Ale jest słonecznie, mimo wszystko zielono, ciepło i naturalnie. Bo melodie są ciepłe i naturalne, aczkolwiek przynależą tylko do mikrokosmosu jedynego w swoim rodzaju stawu jakim jest Indigo Tree. Można usiąść na brzegu, zamoczyć stopy w ciepłej wodzie, trochę się zamulą pięty, co tam. Trzeba dać się ponieść, a raczej położyć. I słuchać. Nie wiem jak to zrobili, ale druga płyta jest tak samo dobra jak pierwsza. Znowu staw, żaba, rzęsa, trzcina. Wszystko takie znane, a tak nowe. Każda melodia już zasłyszana, a jednak nieznana. Naprawdę dobra rzecz.

Po drugie, "Western Lands" Kristen. Posiadam dwie pierwsze płyty tej grupy, zakupiłam je w dość zamierzchłych czasach (być może był to jakiś przed-zryw muzycznego patriotyzmu), a pozostałe dwie znam tylko pobieżnie, trochę i z doskoku. A tę zakupiłam sobie i nie za bardzo wiem, co o niej myśleć. Specyficzny klimat z pierwszych płyt pozostaje, słuchanie Kristen można porównać do pobudki w nieznanym, pustym mieszkaniu na blokowisku o godzinie piątej nad ranem, kiedy wschodzące słońce odbija się od białych ścian. I niekoniecznie jest to pobudka na kacu (chociaż jest taka opcja). Ich muzyka ma też w sobie coś jazzującego. Podsumowując te bajzlaste spostrzeżenia, nowa płyta jest jak poezja Franka O'Hary, nie do końca kumam, ale czasem znajdę wyrywek i skrawek, który mnie olśni, dlatego czytam / słucham dalej...

Po trzecie, będzie bardzo króciutko, bo chciałam tylko zachęcić wszystkich, którzy lubią Muzykę Naprawdę Dziwną, do ściągnięcia albumu Maria Celeste, za darmochę na ich stronie. Fajnie grają, ale nie każdemu może to przypaść do gustu. Trochę momentami "łoją", mało słucham muzyki "łojącej", jednak czasem trzeba. Dziś sobie zapuściłam tę płytę i niektóre teksty mnie rozwaliły, są absurdalne i mocne. No i po polsku!

Jutro wieczorem będzie recenzja Pamuka chyba, bo zostało mi tylko 60 stron, a po południu będę miała 3 godziny bardzo nudnych wykładów... Boję się nawet, że te 60 stron nie wystarczy :P