
W swojej ojczyźnianej melancholii wróciłam jakiś czas temu pamięcią do dziecięcych lektur i w rezultacie zamówiłam na allegro 3 książki, które uwielbiałam jako 8-letnia dziewczynka (I które następnie przesłano do mnie nad oceanem). Dwie z nich to historie o Karolci. Trzecia to Oto jest Kasia.
W odróżnieniu od Kasi, książek o Karolci, z tego co pamiętam, nie tknęłam od pierwszego przeczytania, kiedy miałam 7-8 lat. Dlaczego? Nie bardzo wiem, skoro historie tej dziewczynki z włosami w kucyk zostały ze mną aż do dzisiaj, aczkolwiek dość już zamazane („Jakiś koralik spełniający marzenia, jakaś kredka niebieska...”). Bardzo chętnie odświeżyłam sobie pamięć i nie mogłam się nadziwić jak dobrze i niezwykle czyta się te książeczki. Z powrotem stałam się malutka, chociaż dostrzegałam w niektórych fragmentach rzeczy zupełnie dorosłe (Kafkowskie pokoje z urzędnikami na drodze do Prezydenta Miasta! To kompletne niezrozumienie dzieci przez rodziców, jakby byli z innego świata!). Bardzo przyjemne doświadczenie, przypomniałam sobie jak sugestywnie jako dziecko wyobrażałam sobie koralik i jego blaknięcie, czy wyjątkowy połysk niebieskiej kredki. Przypomniałam sobie też jak podczas wyprowadzki ze starego mieszkania, jakieś dwa lata po przeczytaniu „Karolci”, szukałam w szparach podłogi koralika. Ale go nie znalazłam. Może to i lepiej, bo to musiało być bardzo smutne – utracić spełniający życzenia koralik, kiedy już się zużył.
Pomimo niewątpliwej kultowości Karolci, chyba jeszcze bardziej podobała mi się druga część - Witaj, Karolciu, być może dlatego, że z kredką było trochę trudniej – rzeczy, które można narysować są ograniczone (Jak zauważa Karolcia w szpitalu, nie można narysować zdrowia) oraz, zależnie od tego kto jak umie rysować – niedoskonałe. Intryguje też dosyć surrealistyczne zakończenie z zaczarowaną królewną, dość nieprzyjemną, kiedy to tytułowa bohaterka i jej przyjaciel, Piotr, muszą wyrysować resztę kredki, by pomóc ją „odczarować.” Och, i nie zapominajmy o jednym z najważniejszych bohaterów – mądrym, niebieskim kocie!
Chętnie poczytałabym inne książki autorstwa Marii Krüger, zwłaszcza Ucho, dynia, sto dwadzieścia pięć, bo ją także pamiętam z dzieciństwa. Może kiedyś, gdy dopadnie mnie kolejna fala melancholii...
Tanya Donelly - “Whiskey Tango Ghosts”
Work Drugs - “Summer Blood”
Madeline - “Black Velvet”
