Wysepka, bo taki tytuł ma wydanie polskie, to ciepła i mądra powieść, która, pomimo tych nudnych przymiotników, którymi ją właśnie opisałam, nie jest na granicy byle jakiego czytadła. Ponad 500-stronicowa książka, dzięki ciekawym zabiegom narracyjnym, zaznajamia czytelnika z historiami czterech postaci – Hortense, Gilberta, Queenie i Bernarda. Każda z nich opowiada o pewnym rozdziale swojej przeszłości, jak również o wydarzeniach, które związują wszystkich bohaterów ciasnym supłem, mających miejsce w roku 1948, w Londynie.
Hortense i Gilbert pochodzą z Jamajki, a przyjeżdżają do Londynu w poszukiwaniu przysłowiowego „lepszego życia”. Gilbert już wcześniej był w Anglii, gdyż walczył na wojnie razem z brytyjczykami, więc zdawał sobie sprawę z tego, że zamiast „lepszego”, to życie będzie po prostu „inne”. Hortense natomiast nie miała zielonego pojęcia czego się spodziewać i na swojej „wysepce”, za każdym razem, gdy myślała o Wielkiej Brytanii, widziała siebie w domku, przy kominku, niespiesznie popijającą gorącą herbatę. Bardzo intrygująca z nich para - towarzyski, dyplomatyczny Gilbert i wyniosła, kategoryczna Hortense, ale oboje nie zastanawiali się nad dopasowaniem, kiedy dokonali transakcji – ona pożycza mu pieniądze na podróż z Jamajki do Wielkiej Brytanii, on się z nią tuż przed odjazdem żeni i, kiedy już osiądzie w Londynie, obiecuje po nią posłać, aby mogła do niego dołączyć. To jedyny sposób, aby marzenia obojga o trochę większej wysepce spełniły się.
Kiedy po jakimś czasie Hortense dołącza do Gilberta jest przerażona warunkami, w jakich on egzystuje – jeden pokój ze zlewem i ogrzewaniem gazowym, które trzeba opłacać co jakiś czas monetą. A pokój, to jeden z kilku, które wynajmuje Queenie, niegdyś córka rzeźnika, obecnie żona urzędnika bankowego, Bernarda, który od 3 lat nie wraca z wojny. Hortense nie może zrozumieć, jak ciężko było Gilbertowi znaleźć chociażby i to miejsce z powodu... koloru jego skóry.
Kilkakrotnie spotykałam się w Internecie ze stwierdzeniami, że w Europie, czy konkretnie Wielkiej Brytanii, rasizm nie stanowił wielkiego problemu w porównaniu z rasizmem amerykańskim. Być może, rzeczywiście, ten problem nie był w Europie tak wyrazisty, co zresztą uwidacznia się w książce – Gilbert ostatecznie przyznaje, że podczas wojny bardziej od nazistów nauczył się nienawidzić amerykańskich żołnierzy, mimo iż, jako nacje, byli po tej samej stronie. Nie oznacza to jednak, że europejski problem rasizmu był marginalny. Według powieści Levy, nikt nie chciał czarnoskórych przyjąć na pokój, ani do pracy, ani na studia, mimo iż obiecano wszystkim żołnierzom możliwość studiowania. Problem w tym, że Gilbert marzył o prawie, a czarnoskóry mężczyzna studiujący prawo był nie do przetrawienia dla Brytyjczyków. W zamian polecono mu kierunki bardziej techniczno-zawodowe, co było dla naszego bohatera niczym policzek. Trzeba przyznać również, że nie tylko czarnoskórzy znajdowali się na celowniku brytyjskich filistrów. Ci ostatni poagardzali też ludźmi biednymi i kiedy domy gorzych klas społecznych zostały zburzone przez bombardowania, klasa średnia pałała świętym i, według nich słusznym, oburzeniem, że muszą użyczać „ludziom tego rodzaju” własne mieszkania. Lecz czarnoskórzy - to było dla wielu zupełnie nie do pomyślenia! W książce kilkakrotnie pojawia się populistyczny i pozornie logiczny argument wypowiadany przez różne postacie, że przecież walczyli na wojnie po to, żeby każdy miał swój kraj, przede wszystkim, żeby Brytyjczycy mieli Wielką Brytanię, a tu proszę, przybysze z kolonii, na dodatek czarnoskórzy. Na sugestię, że Jamajczycy, czy obywatele innych brytyjskich kolonii, walczyli ramię w ramię o ich kraj, wzruszali jedynie ramionami. Myślę, że Andrea Levy ukazuję kawał bardzo ciekawej historii brytyjskiej, chociaż niezbyt chlubnej dla samych Brytyjczyków. To jednak bardzo ważne, żeby i Brytyjczycy, jak również i inne narody, uczyli się dalej na starych błędach, by nie popełniać ich na nowo.
Obecny multikulturalizm Londynu, który głęboko wpisuje się w jego charakter, świadczy o tym, że Wielka Brytania bardzo wiele się od 1948 roku nauczyła, czego pozostaje tylko życzyć wielu innym państwom. Small Island jest natomiast idealną lekturą dla tych, którzy są ciekawi konfliktów między kulturami i mają ochotę na kawał dobrej, lecz nie ciężkostrawnej, literatury.
"Biedny nasz nieoszacowany phofesoh chhonicznie chohy na nieuleczalny wymiot" - mistrz Gombro
2012-09-24
"Small World" ("Wysepka") Andrea Levy
2012-03-21
Karaiby utracone: “Lucy” Jamaica Kincaid & “How the García Girls Lost their Accents” Julia Alvarez
Lucy zaskoczyła mnie, gdyż dawno już nie czytałam książki, gdzie narrator miałby tak zupełnie odmienną perspektywę. Tytułowa bohaterka przyjeżdża do USA, aby pracować jako au pair dla amerykańskiej, białej rodziny. W książce nie jest podane skąd dokładnie pochodzi dziewczyna, ale po opisach („wyspa na 8 mil szeroka”) wnoszę, że być może z tej samej wyspy, z której pochodzi sama autorka – Antiguy (chociaż nawet przy tak małej wysepce, szerokość na 8 mil jest bardzo przesadzona). Już od pierwszych stron jedyne w swoim rodzaju opisy szarej pogody – dziewiętnastoletnia Lucy ma z nią do czynienia pierwszy raz w życiu – dały mi do zrozumienia, że czeka mnie prawdziwa uczta czytelnicza i niemałe wyzwanie dla moich własnych spostrzeżeń i przekonań. Lucy dostrzega niemal od pierwszego dnia pęknięcia na idealnej porcelanie małżeństwa, dla którego pracuje. Lubi żonę, Marię, a także dzieci, którymi się zajmuje, ale nigdy nie potrafi tego okazać, a przynajmniej nie w sposób, jakiego oczekuje się w nowej kulturze. Wiele rzeczy jest dla niej obcych, najbardziej chyba zachowania osób z którymi mieszka- wciąż zastanawia się nad Marią, „co sprawiło, że jest taka, jaka jest?” Taka, czyli silna, a jednocześnie słaba, dumna z indiańskich przodków, jak gdyby było to jakieś jej prywatne osiągnięcie, zakochana w kwiatach i własnym, rodzinnym domu. Lucy trudno jest zrozumieć, to, co powinno się teoretycznie rozumieć samo przez się. Ma także problem z matką, nie otwiera listów od niej i postanawia nigdy więcej już jej nie zobaczyć. Zachowanie to jest podyktowane jednocześnie nienawiścią i przepełnioną miłością tęsknotą – nie istnieje chyba mocniejsza i bardziej niezniszczalna pępowina. Na pewno jeszcze spotkam się z prozą Jamaici Kincaid, bo jej pisarstwo jest niesamowite.
How the García Girls Lost their Accents w pewnym sensie także podkreśla trudny związek z rodzicami, zwłaszcza z matką. Tutaj bohaterkami są cztery kobiety, każda w którymś momencie książki opowiada o jakimś ważnym momencie w ich życiu. Razem z rodzicami, jako 6-10 letnie dziewczynki (są bardzo zbliżone wiekem), przenoszą się z Dominikany do Stanów. Zresztą być może odpowiedniejszym słowem byłoby "uciekają", gdyż ich ojciec, jako działacz w opozycji (w czasach dyktatury Trujillo), jest narażony na ciągłe "odwiedziny" tajnej policji (Servicio de Inteligencia Militar). Podczas gdy same cztery dziewczyny wydawały mi się trochę zbyt rozpieszczone i pretensjonalne, żebym mogła je polubić, to podobało mi się, jak Alvarez ujęła dane problemy - nie na przestrzeni wielu lat, chronologicznie i skrupulatnie, ale raczej zobrazowała je w pojedynczych wydarzeniach: Kolacji z amerykańską zaprzyjaźnioną rodziną, gdzie żona amerykańskiego doktora upija się i psuje, według jednej z dziewczynek, Sandi, łaknącej piękna, występ flamenco; bolesne zeznania przed policją innej siostry, Carli, odnośnie pedofila śledzącego ją samochodem; jedna z wcześniejszych miłości Yolandy, która kończy się odkryciem, jak niewiele można przekazać za pomocą języka. Ciekawsze są wydarzenia z dzieciństwa, z Dominikany, bądź zaraz po przyjeździe do USA, niż te z życia dorosłych już kobiet. Szczerze powiedziawszy, liczyłam na to, że książka bardziej mi się spodoba, ale i tak warto było się z nią zapoznać, zwłaszcza, że Alvarez eksploruje wiele bliskich mi tematów – poczucia rozbicia po imigracji, oraz nieprzystosowania usług publicznych (szkoła, policja itp.) do potrzeb kobiet, ale również i dziewczynek.