Strony

2011-08-01

"Grona gniewu" John Steinbeck

Postanowilam, ze przez najblizsze kilka tygodni moje recenzje beda krotsze niz zazwyczaj, glownie dlatego, ze jestem w obcych krajach i mam tu moc rozrywek (co nie zmienia faktu, ze zdazylam przeczytac juz dwie ksiazki), a ponadto nie mam tutaj polskich znakow, mocno za nimi tesknie, a recenzje bez nich beda wygladaly kretynsko (taka mala rzecz, a taka niezbedna, te ogonki i kropki).

Dzisiaj notka bedzie o “Gronach gniewu” Johna Steinbecka. Za kazdym razem, kiedy czytam cos autorstwa tego dobrotliwie wygladajacego noblisty, jestem pod wrazeniem ogromnego ladunku wspolczucia i wiary w ludzkosc, ktorymi wypelnia on swoja proze. “Grona gniewu” to opowiesc o rodzinie drobnych rolnikow, ktora, z powodow materialnych, musi sie wyniesc z Oklahomy na Zachod, a konkretniej – do Kaliforni. Ksiazka zorganizowana jest tak, ze polowa rozdzialow jest faktycznie o losach rodziny, te rozdzialy sa dluzsze. A druga polowa to krotkie, czasem niemalze poetyckie, w wiekszosci bolesnie szczere, opisy zycia amerykanskiego spoleczenstwa w czasie Wielkiego Kryzysu.

W drodze rodzina Joadow traci niektorych czlonkow swojej rodziny, niektorzy umieraja, inny po prostu odchodza, znikaja. Jedna z najwazniejszych postaci jest matka. Jej imie nigdy nie pada w powiesci, jest po prostu matka. Zawsze posluszna mezowi, podczas podrozy stawia sie i rozkazuje, aby tylko nie dopuscic do rozbicia rodziny. Nie poddaje sie, do konca walczy z ciezkimi okolicznosciami. Jedna z najpiekniejszych postaci w literaturze z jakimi dane mi bylo sie zapoznac, chociaz pewnie jest to postac troche (moze bardzo?) nierealna. Spotykamy sie tez z Rosasharn, ciezarna, zagubiona corka. Albo z Tomem, synem, ktory wyszedl z wiezienia, gdzie siedzial za morderstwo w obronie wlasnej, a ktory, nie mozna sie oprzec wrazeniu, jest prawdopodonie jedna z najniewinniejszych postaci w tej powiesci.

Nie da sie nie dostrzec antykapitalistycznego tonu calej ksiazki, wiele obserwacji w niej zawartych moznaby odniesc do dzisiejszych zjawisk, np. bezpostaciowa, bezksztaltna, kafkowska i potworna postac Banku, ktory daje i odbiera, a ktorego pracownicy jedynie "wypelniaja jego wole". Jest w niektorych rozwazaniach Steinbecka moze i troche przesady, ale czasem trzeba troche przerysowac, zeby uwydatnic.

No i zakonczenie. Zupelnie nieoczekiwane. I otwarte.

2011-07-21

"Buddenbrookowie" Thomas Mann

Gdybym nadawała swoim notkom ciekawsze tytuły niż sztampowo – tytuł i autor, to zatytułowałabym dzisiejszy wpis „Buddenbrookowie, czyli studium neurozy,” gdyż wszyscy najważniejsi bohaterowie tej powieści cierpią na nią, w takim bądź innym wydaniu. „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny,” bo taki jest pełen tytuł, to powieść, którą Tomasz Mann zaczął pisać w wieku 22 lat, a ukończył ją w mając lat 25. A nie ma chyba bardziej neurotycznego przedziału wiekowego, niż ta niby-sielska dwudziestoparoletnia „młoda dorosłość.” I w tym miejscu, nawet z moją nikłą znajomością biografii noblisty, jego życie oraz opowieść o kupieckiej rodzinie z Lubeki zazębiają się.

Głównym bohaterem jest Tomasz Buddenbrook, obowiązkowy, sumienny, ciężko pracujący dla dobra spółki, odnoszący sukcesy nawet w polityce. Najstarszy syn, chluba ojca. Na początku poznajemy go jako zwyczajnego bystrego chłopca, który wyraża chęć pracy w kantorze wraz z ojcem, zdobywania zawodowego doświadczenia. Z czasem staje się coraz bardziej zauważalne, że Tomasz Buddenbrook jest tylko aktorem dźwigającym swoją rolę jak krzyż, podczas gdy jego wnętrze wypełnia tłamszona chęć nieokreślonego wyzwolenia, wspólnoty, być może nieśmiertelności. Nie ma on jednak w sobie wiele z bohatera romantycznego, który mógłby mieć podobne rozterki. Tomasz Buddenbrook do końca pozostaje w więzieniu burżuazyjnego etosu i wizerunku.

Kolejny bohater wybitnie neurotyczny to Chrystian, hipochondryk i fantasta. Nie jest zainteresowany kupiectwem, ani uregulowanym życiem. Jako kompletne przeciwieństwo Tomasza, biega do teatru, gdzie wręcza bukiety aktorkom, spędza wieczory w karczmach i opowiada na zebraniach rodzinnych niestosowne historie z pobytu w Ameryce Południowej. Czasem jednak wydaje mu się, że nie potrafi przełknąć jedzenia, że nerwy z jednej strony jego ciała „są za krótkie”, że ma nieprzepartą ochotę wyskoczyć przez okno. Z bladego chłopczyka zmienia się w karykaturalnego człowieczka, przypominającego niemalże jedną z lalek dziecinnego teatru, który otrzymał jego siostrzeniec Hanno…

O Hanno również warto wspomnieć. Syn Tomasza, jedynak, chorowity i nadwrażliwy. Opisy jego niespokojnego snu potrafią wywołać u czytelnika niemalże przerażenie, a na pewno jakiś nieokreślony dyskomfort. Po matce chłopiec dziedziczy miłość do muzyki, która ostatecznie pozostanie jego jedyną miłością.

No i na koniec zostawiłam sobie bohaterkę najbardziej mnie intrygującą – Tonię Buddenbrook. Siostra Tomasza, córka zdolnego kupca, Jana. Całe życie podejmuje się czynności, aby „zrobić coś dla nazwiska Buddenbrook” i wszystkie one okazują się niewypałami, które pogrążają rodzinę. Tonia, pod koniec książki nieco komiczna starsza kobieta przekonana o swojej „znajomości życia”, na początku powieści jest uroczą dziewczyną, która na letnisku poznaje młodego chłopaka „z ludu”, przyszłego lekarza i zakochuje się w nim. Rodzice jednak (oczywiście) nie zgadzają się na taki układ, więc Tonia wyrzeka się tej miłości, wychodzi za innego kupca i tuż przed odjazdem ze świeżo zaślubionym mężem pyta ojca, czy jest z niej teraz zadowolony.
„Upadek rodziny” musiał wyniknąć z jakiegoś błędu, hamartii – winy tragicznej. Wydaje mi się, że dla każdego ten błąd będzie w innym miejscu powieści. Dla mnie jest on wynikiem tego pierwszego małżeństwa Toni, zawiera się w tym pytaniu do „tatusia” – „Czyś teraz zadowolony ze mnie?” Przy czym nie jest to wcale pytanie sarkastyczne, ale pełne nadziei i poczucia wypełniania jakiegoś nadrzędnego obowiązku. Biedna Tonia.

Cała powieść jest taka jak przedstawienie Toni – współczucie i ironia, złośliwość i zrozumienie, dystans i wzruszenie są zmieszane ze sobą w taki sposób, że czytelnik oscyluje niemalże dziko między smutkiem, a drwiną w stosunku do bohaterów. A lista intrygujących postaci nie kończy się na tych czterech wymienionych przeze mnie… Trudno nie wspomnieć też o skrupulatnych opisach śmierci każdego, kogo ona w tym dziele spotyka, oraz o ciekawym podkreśleniu użycia języka i sposobu mówienia, jako część charakterystyki danego bohatera. To pierwsza rzecz Manna z jaką miałam okazję obcować i jest to prawdziwy majstersztyk, pewnego rodzaju sarkastyczny pastisz powieści realistycznej, sagi rodzinnej. Teraz to naprawdę nie mogę się doczekać „Czarodziejskiej góry.”

2011-05-27

Przerwa

Cóż, jak widać zrobiłam sobie długą przerwę, która jeszcze długo potrwa. Utknęłam w połowie "Buddenbrooków" Manna, nie dlatego, że źle się to czyta (wręcz przeciwnie), ale dlatego że nastały obecnie Kompletnie Inne Zajęcia. Te Zajęcia to przygotowania do rozmowy z komisją na studia doktoranckie. Oczywiście jest to moje własne i prywatne marzenie ściętej głowy, ale takie też trzeba mieć. Więc zobaczymy. Czeka mnie jeszcze cały czerwiec oczytywania się, ale niestety nie fikcji ;) Przez ten czas będę rzadko tu pisała.

Całkiem prawdopodobne, że wkrótce jednak skrobnę notkę o antykwariatach w Poznaniu, bo ostatnio często z moim kolegą robiliśmy ich rekonesans, a warto byłoby taki przewodnik aktualny "wpuścić do sieci", bo może się przydać wielu osobom.

Nadmienię jeszcze tylko, że wczoraj oglądałam "Siekierezadę" na podstawie opowiadania Stachury i jest to prawdopodobnie jeden z najlepszych filmów jakie w życiu widziałam. Gorąco polecam.

2011-05-07

"Cevdet Bej i synowie" Orhan Pamuk

740-stronicowa powieść "Cevdet Bej i synowie" stanowi coś w rodzaju sagi rodzinnej. Coś w rodzaju, dlatego że częściowo wyłamuje się ona z konwencji typowej sagi. Podzielona na trzy części, w pierwszej przedstawia samego Cevdeta Beja, jednego z pierwszych muzułmańskich kupców. Jest rok 1905. Cevdet Bej pragnie wieść dostatnie i spokojne życie, mimo to dręczy go jakiś niepokój, niepewność. Najlepiej wyraża się on w sposobie w jaki Cevdet próbuje w pewnym momencie bagatelizować i naśmiewać się z pytania "Jaki jest sens życia?", chociaż początkowo budzi w nim ono jakiś niesmak zmieszany z przerażeniem.

Część druga jest najobszerniejsza i stanowi trzon całej powieści. W odróżnieniu od części pierwszej, skupionej jedynie na handlarzu, ma ona trzech bohaterów, trzech przyjaciół. Jednym z nich jest syn Cevdeta, Refik. Wraz ze starszym bratem stara się pracować w firmie ojca. Ma młodą, śliczną żonę, która niedługo urodzi mu dziecko. Mimo to narasta w nim coraz większy niepokój - ten nierozwikłany spadek po ojcu. Refik jednak nie umie go zbagatelizować, odstawić na bok, tak jak czynił to ojciec. Opuszcza żonę i dziecko, odwiedza przyjaciela Ömera, który pracuje przy budowie tunelu gdzieś na wsi. Tam oddaje się utopijnym marzeniom i projektom o modernizacji wsi... Wspomniany przyjaciel z kolei pragnie być zdobywcą, jednak ideał zdobywania przeistacza się ostatecznie w przywilej posiadania. Ömer staje się po części tym, czym kiedyś zwykł pogardzać. Jest jeszcze trzeci przyjaciel, Muhittin. Niespełniony poeta, którego strach przed byciem ignorowanym wiąże z nacjonalizmem. Potrzebuje on jakiejkolwiek wiary, która podczepiła by go do życia, życia kpiącego od emocji, nawet jeśli to emocje wymuszone, udawane. Część trzecia natomiast skupia się na synu Refika - Ahmecie. Ahmet jest malarzem i utopijne idee jego ojca, jak również i uśpione niepokoje i lęki jego dziadka, są w nim nadal żywe. Książka kończy się dyskusją którą prowadzi Ahmet ze swoją dziewczyną na temat zasadności istnienia sztuki oraz jej tworzenia.

Jest coś ponadczasowego w zgryzotach i troskach trzech przyjaciół. Coś niezwykle szczerego w ich postawach, które nie są ani godne pochwały, ani szlachetne, ani prostoduszne. Nawet bez całkowitego zrozumienia politycznych realiów, wciąż można się odnaleźć w każdej z tych postaci, zauważyć, że tak naprawdę jest się po trochu każdą z nich. Nawiązania do historii współczesnej Turcji i uwikłanie bohaterów w politykę to zresztą coś, co bardzo u Pamuka cenię, nawet jeżeli nie do końca orientuję się w tym temacie. On robi to zresztą diabelnie umiejętnie. Wyobrażam sobie, że w sztuce to musi być takie kuszące, żeby odciąć się od polityki, bo podczas kreowania swojej własnej rzeczywistości, można dokonać tego w prosty sposób. W życiu jest jednak trochę inaczej. A skoro klasyczna powieść ma odzwierciedlać tak zwane prawdziwe życie, mamy tutaj i politykę... "Cevdet Bej i synowie" to właśnie taka klasyczna powieść. Część pierwsza przypominała mi trochę "Lalkę" Prusa, natomiast rozmowy trzech głównych bohaterów przywodziły na myśl "Szkołę uczuć" Flauberta.

Ale chyba najcenniejsze w tej książce jest ukazanie bólu stawania się samym sobą. Takie stawanie się prowadzi do zmian, ciężkich do zniesienia dla nas, a czasem w ogóle nie do zniesienia dla innych, dla najbliższych osób. Stawanie się sobą to ciągła walka, ostrze wymierzone przeciwko tym, którzy woleli nas przedtem, jeszcze przed chwilą, bez ostrza w ręce, w starej skorupie. To ostrze jednak zawsze nieodwołalnie i ostatecznie dotyka nas samych. To rozczarowanie, że jednak nic nie można zrobić. Poznał je Refik, który wrócił do "starego" życia, chociaż już nigdy taki sam "jak przedtem". Poznał je Ömer, który najbardziej bał się śmieszności, a został tym, z czego kiedyś sam drwił. I poznał je Muhittin, który wyrachowanie zajął się nacjonalizmem, bo wypatrzył dla siebie niszę, gdzie w końcu mógł być za coś podziwiany. Być może w Ahmecie, pojawiającym się w części trzeciej, jest nadzieja. W końcu jemu udaje się jakoś przezwyciężyć sceptycyzm odnośnie sztuki, którą tworzy. Ale kto wie, może tylko na chwilę?

Należy też zwrócić uwagę na sposób w jaki kobiety postrzegane są przez głównych bohaterów - są dodatkowym bagażem, który ogranicza wolność. Oczywiście jest to bardzo tendencyjne i zdarza się w wielu, WIELU innych powieściach. Jednak tutaj można dość łatwo wyczuć i zauważyć, że te kobiece postacie są zupełnie niewinne, bezbronne wobec zmian, które zachodzą w ich partnerach. W sposobie w jaki Refik traktuje żonę, Perihan, albo Ömer swoją narzeczoną, można zauważyć jak to właśnie im, mężczyznom, zależy na doszukaniu się winy w ich partnerkach, przypisaniu im właściwości, których sami się brzydzą. Robią to na siłę, przesadzają, przerysowują. Kobiece postacie nie mają nigdy szansy wypowiedzenia się, są nieme.

Mógłby ktoś napisać tę powieść jeszcze raz z kobiecej perspektywy :)

Tak czy siak, to jest Orhan Pamuk, którego pisarstwo wielbię. Już powstaje półeczka-ołtarzyk gdzie stoją tylko jego powieści. Sposób w jaki prowadzona jest narracja w jego powieściach ujmuje mnie. Wszystkie gesty, które bohaterowie wykonują są tak samo ważne, jak to co mówią. Ich dialogi, tak powściągliwe, mówią czasem więcej niż całe opasłe tomy. Mam słabość do twórczości tego pisarza. Ale to chyba zdrowo. Niestety nie zostało mi już wiele do przeczytania... Już tylko "Dom ciszy", "Biały zamek", "Stambuł" i "Czarna księga" (ma wyjść w czerwcu). Z jednej strony chciałabym czytać je wszystkie już teraz, natychmiast. Ale z drugiej, to wypadałoby je jakoś rozparcelować w czasie, żeby starczyły na jak najdłużej. Jedną z rzeczy najbardziej przykrych jest przeczytanie wszystkiego, co napisał twój ulubiony autor. Pamiętam jak niepocieszona byłam, kiedy, jako nastolatka, będąc fanką Marka Hłaski, przeczytałam wszystkie jego powieści i opowiadania, a nawet jakieś jego recenzje filmów, które pisał dla kasy, WSZYSTKO. I się skończyło. Zawsze można czytać od nowa, ale to nie to samo...

Ach, a dzisiaj robię sobie Filmowy Wieczór, który minie mi tak jak wszystkie Filmowe Wieczory od paru tygodni, czyli:

2011-04-27

"Wielki bazar kolejowy" Paul Theroux

To dziwna książka. W księgarniach można ją znaleźć na półce z literaturą podróżniczą. W zamyśle to JEST literatura podróżnicza, jak autor sam tłumaczy, powstała jako odpowiedź na istniejącą wówczas literaturę tego rodzaju, która, jego zdaniem, była zbyt optymistyczna, dwulicowa, daleka od prawdy.

Paul Theroux wyrusza w podróż pociągiem przez Azję we wrześniu 1973 roku. Skrupulatnie opisuje w zeszytach stan przedziałów, które mu przypadły, rozmowy z pasażerami, widoki za oknem. Tak naprawdę dość rzadko zatrzymuje się gdzieś na dłużej, a i to ma posmak postoju raczej, tymczasowości, braku gruntu pod nogami. Czytając ma się wrażenie, że także siedzimy w pociągu, a krajobraz zmienia się tuż przed naszymi oczami.

Nie dowiadujemy się zbyt wiele o krajach, które odwiedza Theroux. Ani nawet o ludziach, którzy je zamieszkują. Ci ostatni dostarczają tylko czasem anegdot, czasem zabawnych, czasem żenujących, kiedy indziej szokujących. Sam autor także serwuje nam takie historyjki. Ale tak naprawdę nie o to tutaj chodzi. Literatura podróżnicza, czy nie, "Wielki bazar kolejowy" to tak naprawdę przeszywająco smutne dzieło. Nie dlatego, że Theroux widzi biedę w Indiach - ludzi półżywych, lub nieżywych, leżących pokotem na dworcach i ulicach. Nie dlatego, że obserwuje zniszczenia Wietnamu, pięknego, malowniczego kraju, w którym mimo wszystko obywatele starają się normalnie żyć. Nie dlatego, że Rosjanie piją bez przerwy alkohol i chodzą okutani w futrzane czapy i podwójnie grube kurtki z powodu spowolnionego przez alkoholizm krążenia...

Ta książka jest smutna, ale także wyjątkowa, bo jej bohater-autor, jest ilustracją samotności. Nie od razu spostrzegłam wartość i emocjonalny ładunek "Bazaru", chociaż go przeczuwałam. Stało się to bardziej klarowne pod koniec, podczas ostatnich 100 stron. Każdy kilometr zbliża naszego bohatera do odczucia samotności, tęsknoty za czymś, co nie istnieje, czego nie udało się zaspokoić. Chyba również przeżywa on rozczarowanie, być może ta podróż miała mu coś uświadomić, była celem do czegoś, a jedynie obnażyła pewne prawdy, o których Theroux nie chciał wiedzieć. Między innymi to, że jesteśmy zawsze sami, w każdej drodze. Obojętnie czy jest to droga pociągiem przez Azję, czy droga o własnych siłach przez życie. Stanowi to też pewien paradoks, bo przecież podróż kojarzy się z poznawaniem nowych ludzi, miejsc, radością. Owszem, autor bardzo często z kimś rozmawia, ale te rozmowy przypominają tylko o różnicach, braku współistnienia z kimkolwiek.

Przejście od żądnego przygód, nastawionego optymistycznie pisarza do znerwicowanego, zniechęconego, rozczarowanego człowieka odbywa się bardzo subtelnie i niemal niepostrzeżenie przez pierwsze 350 stron. Ale właśnie ta subtelność jest tak niezwykła, tak prawdziwa. Jestem niezmiernie ciekawa teraz drugiej części, "Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu", gdzie autor przebywa tą samą drogę trzydzieści lat później. Jestem ciekawa, czy ma się już dobrze. Jestem ciekawa, czy można jednak się pogodzić z tak okrutnym odkryciem nieuchronności poczucia samotności. Ciekawa jestem dokąd zaprowadzi go ta druga podróż.

2011-04-25

"Witaj, smutku" Françoise Sagan

"Witaj, smutku" to bardzo krótka powieść wydana po raz pierwszy w 1954. Był to debiut Françoise Sagan, która miała wówczas 18 lat. Dzięki szokującym właściwościom tej książki, Sagan "wypłynęła" i kontynuowała pisarstwo, aczkolwiek niewiele się słyszy o jej innych powieściach. Jeżeli zostały napisane w podobny sposób jak ta pierwsza, to w zasadzie nie można się temu brakowi popularności dziwić.

17-letnia bohaterka "Witaj, smutku", Cecylia, wyjeżdża razem z hedonistycznym ojcem i jego najnowszą kochanką na wakacje nad morze. Potem dołącza do nich Anna, znajoma ojca, jego rówieśnica, i po kilku dniach kochanka, Elza, idzie w odstawkę. Anna jest jednak inna, opanowana, zdystansowana. Gardzi dawnym towarzystwem Cecylii i jej ojca i nie pochwala życia, które jak dotąd oboje prowadzili. Bardzo szybko ojciec oświadcza, że planują się z Anna pobrać. Ta ostatnia stara się wywrzeć jakiś wpływ na dziewczynce, zmusić ją do nauki do egzaminu poprawkowego. Cecylii to nie w smak "siedzieć nad Bergsonem", kiedy jest taki upał, za oknem morze, a w głowie pierwsze seksualne doznania z 25-letnim studentem o imieniu Cyryl. W związku z tym dziewczyna obmyśla chytry plan, aby odciągnąć ojca od Anny, a wszystko kończy się tragicznie. Tragedia nie zmienia jednak ani ojca, ani córki. Jedynym pokłosiem emocjonalnym u tej ostatniej jest czasem odczuwalny, "wzbierający o świcie", smutek.

I cóż tu począć z tym dziełem? Zrozumiałe, że w latach pięćdziesiątych mogła szokować. Nawet nie sama obecność seksu, kochanek, alkoholu i zamotanej w to wszystko nastolatki. Ale jej wyrachowanie, brak uczuć oraz duma z tego braku. Z jednej strony jest tu jakiś potencjał, idealnie ukazana emocjonalna chwiejność młodej osoby, niepewność odnośnie własnych myśli. Także strach przed nieznanym, przed Anną, która miała być dla Cecylii matką. Dziewczynka jednocześnie pragnie tej matki (straciła swoją, kiedy była mała), ale myśl o takiej zmianie przeraża ją. Warto też podkreślić wielką miłość między ojcem, a córką, nawet o lekko kazirodczym zabarwieniu. Zapewne oboje nie chcieli nic zmieniać w tym układzie, choć w przypadku ojca była to bardziej podświadoma niechęć.

Z drugiej strony jednak... To jest fatalnie napisane! Ja rozumiem, że Sagan była sama w wieku swojej bohaterki, kiedy to pisała, ale to naprawdę niczego nie usprawiedliwia. Książka to książka, tekst jest tekstem i podlega ocenie bez taryfy ulgowej ze względu na wiek i inne. A tu opowieść jest naprawdę kulejąca momentami. W zasadzie człowiek się zastanawia dla kogo to zostało napisane. Główne problemy wydają się przeznaczone jednak dla dorosłych, ale styl jest podobny do tego, jaki można znaleźć w dość kiepskich powieściach dla młodzieży. A już najgorsze są wszelkie opisy zbliżeń miłosnych i pocałunków. Rany boskie, włos się na głowie jeży!

Posiadam jeszcze dwie powieści tej francuskiej pisarki, bo były w pakiecie na allegro razem z "Witaj, smutku" (wszystko za 4 zł), ale raczej ich nie przeczytam. Zwłaszcza, że jedna z nich na pierwszej stronie ma np. takie zdanie: Wsłuchany w rytm własnego serca, zdyszany po miłości, odzyskiwał powoli normalny oddech opierając wilgotne od potu czoło o to ramię tak dobrze znane i tak utracone.

To jednak nie moje klimaty.

2011-04-21

"Twoja twarz jutro. Gorączka i włócznia" Javier Marías

Bohaterką dzisiejszego wpisu jest książka Javiera Mariasa, pierwsza część trylogii "Twoja twarz jutro" pt. "Gorączka i włócznia". To moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Rzadko miałam jak dotąd do czynienia z literaturą hiszpańską w ogóle, co jest kolejnym powodem do książko-molowego wstydu. Zresztą chyba w ogóle jestem tych wstydów kolekcjonerką.

Narracja powieści jest pierwszoosobowa. O wszystkim opowiada nam Hiszpan, Jacques Deza, który po separacji z żoną żyje w Anglii. Najpierw pracuje dla radia BBC, potem zostaje zwerbowany do tajemniczej grupy jako obserwator ludzkich charakterów, prognostyk ich przyszłych poczynań, gdyż jako jeden z niewielu ma zdolność dostrzegania w innych ich prawdziwej natury, wypatrywania prześwitów w znojnie wytwarzanych wizerunkach. Działalność ta w jakiś sposób łączy się z wydarzeniami II Wojny Światowej oraz hiszpańskiej wojny domowej, chociaż nie dowiadujemy się zbyt wiele na temat tego powiązania z pierwszego tomu. Jest w tej książce coś, co przypomina mi "Tajemniczy płomień królowej Loany" Umberto Eco... Może to obecność takich pół-sennych, pół-reportażowych powrotów do wydarzeń historycznych, może to te czarno-białe obrazki przedstawiające stare plakaty, które możemy pod koniec książki oglądać razem z bohaterami.

Opowieść stanowi monolog wewnętrzny, trochę bardziej spójny i klasyczny jednak, niż niektóre znane dotychczas "strumienie świadomości". Charakterystyczna jest zwłaszcza dygresyjność, nasz bohater potrafi rozprawiać przez bardzo długi czas o rzeczach dość nieistotnych i odmiennych od tego, co robił i o czym mówił jeszcze parę stron wcześniej, przy czym opowieść nic a nic na tym nie traci. Na pewno się nie nudzi. Jest wręcz hipnotyzująca, a czytelnik ma poczucie, że płynie poprzez strony i rozdziały.

Głównym tematem "Gorączki i włóczni", a pewnie i całej trylogii jest konstytuowanie prawdy, co jednocześnie stanowi oksymoron, gdyż przyjmuje się zazwyczaj, że prawda po prostu jest. Mimo to, czytając tę książkę, w pewnym momencie przyznaje się samemu sobie, że prawda jest tworzona, na tysiące sposobów, przez miliony ludzi. Jest przywłaszczana, zmieniana w kłamstwo, następnie na powrót w prawdę, przekazywana, parcelowana, składana w nowe formy. Bardzo podobały mi się te fragmenty, które traktowały o mówieniu, języku, pisaniu jako o nieskończonych, wzajemnie się "nadpisujących" i "dopisujących" zjawiskach, chociaż miałam wrażenie, że nie do końca jest to fakt przez narratora (może autora?) aprobowany.

Jedyne zastrzeżenie, które mam, a i to raczej na wyrost, to jakieś takie specyficzne potraktowanie kobiet w tej powieści. Tzn. zacznijmy od tego, że prawie tutaj nie występują, a jeśli już, to w jakiś taki delikatnie arogancko przedmiotowy sposób. Nie wiem czy ja jestem jakaś przewrażliwiona bardziej obecnie, czy faktycznie jest tu coś niezbyt w tym temacie, ale czułam momentami zażenowanie okołokobiecymi refleksjami narratora. Ale chyba zbyt wcześnie, żeby to osądzić tylko po pierwszej części.

No więc zobaczymy co nam przyniosą pozostałe dwie części. Sama nie wiem, czy fakt, że ta powieść to, jak szumnie wydawnictwo z tyłu książki ogłasza, "tryptyk", bardziej mnie drażni, czy cieszy. Na pewno kupię resztę, kiedy tylko się ukaże, bo warto. Tylko kiedy? Znowuż - z tyłu okładki obiecują, że już niedługo. Trzymam za słowo.

No i okładka. Jest przepiękna.