Strony

2011-11-18

Zastój, przestój.

autor: sesfitts


Zrobił się listopad, w całej strefie umiarkowanej na całym świecie. U mnie świeci słońce, już przybite i niepewne. Zimne. Nie wiem czy "zastój" to właściwe słowo na moje obecne czytelnictwo. Przecież czytam. Tylko, że dwie cegły. IQ84 Murakamiego wydane w jednym tomie (jestem w połowie) oraz Shirley Charlotte Brontë. I mam nauczkę, żeby naraz nie czytać dwóch cegieł, bo teraz nie wiem, kiedy będzie mi dane przeczytać coś nowego.

A kolejka czeka!

Chciałabym nabyć książki, które zdobyły National Book Award. Salvage the Bones Jesmyn Ward bardzo mnie intryguje podjętym tematem. Podobnie zwycięska poezja.

Ostatnio podczytuję poezję Pabla Nerudy, mam dwujęzyczny zbiór jego wierszy - angielskie tłumaczenie i hiszpański oryginał. Nawet fakt, że angielskie tłumaczenie jest wyraźnie bardziej "wydumane" od oryginału (i pozwala mi to stwierdzić jedynie średnia znajomość języka hiszpańskiego) nie przeszkadza mi w rozkoszowaniu się tą poezją. Gdzież ten Neruda się podziewał całe moje życie?

2011-11-14

"Girl in Translation" Jean Kwok

Czas na superzaległą recenzję, bo książkę ukończyłam chyba z miesiąc temu. "Girl in translation" autorstwa Jean Kwok to po części powieść autobiograficzna o tym jak to matka i córka przenoszą się z Hong Kongu do Stanów Zjednoczonych, a konkretnie do samego Nowego Jorku. Pomaga im siostra matki - zatrudnia ją w swojej szwalni, znajduje mieszkanie... Szybko jednak okazuje się, że ta pomoc jest rodzajem zemsty. Główna bohaterka, dziewczynka o imieniu Kimberley, musi po szkole pomagać mamie w szwalni, bo praca jest bardzo ciężka, a zarobki minimalne. Kim ma też dużo problemów w szkole, ale szybko zaczyna świetnie sobie radzić, dzięki swojemu talentowi, o którym wspomina już na pierwszej stronie - szybkiemu i efektywnemu przyswajaniu wiedzy. Na tym właściwie opiera się cała książka - jak to dziewczynka z Chin, zamieszkała w brooklińskiej dziurze, początkowo nie znająca prawie ani słowa po angielsku, osiąga wspaniałe wyniki w nauce, dzięki wytrwałości i wrodzonej błyskotliwości. Hmm.

Cóż, nie jest to lektura Szczytów, ale całkiem przyjemnie się ją czytało do herbaty, do ciastka itd. Ale jak to bywa z literaturą łatwą, miałam problem z obranym przez autorkę (chociaż pewnie nieświadomie) dyskursem. Bo nic nie denerwuje bardziej jak ukazanie bohaterki i jej matki w szponach beznadziejnego kapitalizmu (uosobionego przez ciotkę Paulę, która jest właścielką szwalni, umieściła siotrę i siostrzenicę w ohydnym mieszkaniu, i oczekuje za to wdzięczności), które znoszą tę beznadzieję przez lata, bo "nie ma wyjścia." Ale morał oczywiście z tego m być taki: "Znoś te wszystkie okropieństwa, ucz się dużo, pracuj, to nic że nie masz nic do jedzenia i minus dziesięć w mieszkaniu, a wyjdziesz na ludzi. Może i kapitalizm / państwo źle cię traktuje, ale jak to wytrzymasz przez X lat, to może i tobie się poszczęści, tak jak innym." Obłędnie paskudny dyskurs!

Mam też problem z samym przyjazdem bohaterek do Stanów. W Hong Kongu matka była nauczycielką muzyki świetnie grającą na kilku instrumentach, a córka oczywiście najlepszą uczennicą. Ojciec, który był dyrektorem szkoły, gdzie uczyła matka, zmarł wiele lat wcześniej. Rozumiem ogólne, chociaż puste, stwierdzenie że Hong Kong to nie Nowy Jork, ale motywacja do przeprowadzki do USA jest kompletnie niejasna. W pewnym momencie matka mówi Kim, że "w Hong Kongu nie byłoby dla niej przyszłości". Cokolwiek to znaczy. Może nie mogłaby sobie tam kupić wypasionej hajzy i auta, ale myślę, że jako tak uzdolnione dziecko, a w przyszłości wykstzałcona dorosła, mogłaby prowadzić zupełnie satysfakcjonujące życie. W USA zresztą też teoretycznie nie mogłaby mieć przyszłości, gdyby nie wytrwałość i determinacja. Przecież nowe życie w którymś momencie mogłoby przerosnąć dziewczynkę, zaczęłaby chodzić na wagary, parać się podejrzanymi zajęciami, wejść w konflikt z prawem...

Więc w kilku momentach logika wyborów i decyzji bohaterki i jej matki jest lekko wybrakowana, ale to jest jedna z tych cech charakterystycznych dla czytadeł (albo raczej-czytadeł): logika jest miejscami upchnięta w dziurę, po to, żeby fabuła mogła się swobodnie kręcić.

2011-10-28

O amerykańskim wydaniu "1Q84" i o innych radościach książkowego mola

Pamiętam, że nie mogłam się latem tego roku nadziwić, że w Stanach jeszcze ani jeden z tomów 1Q84 Murakamiego w angielskim tłumaczeniu nie ujrzał światła dziennego. Przecież wszystkie jego inne książki, w ślicznym wydaniu, można znaleźć w każdej księgarni? Więc chyba jest na Murakamiego w USA jakiś tam popyt? Tak to sobie rozmyślałam. Tymczasem jakieś pare tygodni temu serfuję po Amazonie, a tutaj BACH zapowiedź - 25 października wychodzi 1Q84 - WSZYSTKIE CZĘŚCI W JEDNYM TOMIE! Tłumaczem jak zwykle jest Jay Rubin. Podrapałam się po głowie, pomyślałam ponownie nad Murakamim i jego mega-opusie, i powyszukiwałam wydania tej książki w innych krajach. Wszystkie te, które widziałam, szwedzkie, rosyjskie, chińskie, no i z tego co pamiętam także japońskie, były w trzech tomach.

Muszę przyznać jednak, pomimo tego, że być może zamysłem Murakamiego było wydanie tej powieści w trzech tomach, wstrzemięźliwe podejście amerykańskiego wydawnictwa (Knopf) bardzo mi zaimponowało. Bo nie ukrywam, że zawsze uważałam ten pomysł z trzema częściami za denerwujący (a może też i durny po prostu). A tu proszę - jeden elegancki tom - 944 strony. Poza tym całość w jednym tomie jest zwyczajnie tańsza. Oryginalna cena to 30 dolarów (~90 złotych), a na Amazonie można dostać ją za $16. Ale to już taka specyfika Amazona. Wydanie jest zresztą w twardej oprawie, prześliczne, z niezwykłą obwolutą. W Muzie natomiast wszystkie części kosztują ~130 złotych. Jak mamy jakiś upuścik w księgarni, to może być i odrobinę mniej.

Jedyne co jest lekko irytujące w tej całej sprawie, to to, że pierwszy tom 1Q84 już czytałam. Ale to nic, i tak planuję obecnie zakupić amerykańskie wydanie i przeczytać tę pierwszą część jeszcze raz. Właściwie to muszę się pospieszyć z decyzją, bo Amazon w każdej chwili może zmienić zdanie co do 16 dolarów ;)


Ponadto, czerpię z radości jakie daje nabywanie darmowej (lub prawie darmowej) klasyki na Kindle'a, więc ściągnęłam sobie pełen dorobek Charlotte Brontë i zaczęłam czytać Shirley, bo widzę, że wyszło polskie wydanie, a pani Katarzyna nie może zostać w tyle za innymi polskimi molami! Dziewiętnastowieczna angielszczyzna trochę czasami obciąża zwoje mózgowe, ale to kwestia przyzwyczajenia. Czekam też na polskie recenzje tej powieści.


A w ogóle to ostatnio kupiłam sobie nowego i nagrodzonego (Man Booker Prize) Juliana Barnesa - "The Sense of an Ending" (też zresztą wydana przez Knopf). Zamierzam przeczytać zaraz po skończeniu jednej z kilku rzeczy, które czytam obecnie, bo jestem ogromnie ciekawa. Mam jakieś niesamowicie dobre przeczucia, co do tej książki.


2011-10-27

"Katherine" Anchee Min

Kiedy przeczytałam krótki opis tej książki, jak zwykle przyznając później, że nie powinnam była tego robić, to wydawało mi się, że będzie to jakaś lekka lekturka o tym, jak to Amerykanka przyjeżdża do Chin, uczy angielskiego, no i jej uczniowie otwierają się na Zachód, a ona od nich też się czegoś tam uczy. Takie pitu-pitu. Okazało się jednak, że nie jest tak leciutko i zwiewnie.

Oczywiście, książkę czyta się szybko, ciężko mi było się od niej oderwać. Jednak sama opowieść stawała się miejscami dość mroczna badając, aczkolwiek dość powierzchownie, ciemne miejsca międzyludzkich związków. Znaleźć tu można też pewną dawkę duchowego erotyzmu, zmysłowego przywiąznia i zemsty. I pomimo tak pompatyczno-dramatycznego opisu, nie jest to też jakiś romans. Dzięki bogu.

Akcja Katherine jest osadzaona w Szanghaju, w pierwszej połowie lat 80-tych. Główna bohaterka i narratorka powieści, Zebra, powoli i boleśnie wybudza się z bezuczuciowego trwania, do którego przyzwyczaił ją komunistyczny reżim oraz 29 lat podejrzliwości i braku zaufania wobec innych. Wybudza się dzięki Katherine – Amerykance, która przyjeżdża do Chin, aby pracować nad swoim doktoratem o chińskiej kobiecie (Chociaż, jak na doktorantkę, trzeba przyznać, że jej wiedza o Chinach zdaje się czasem bliska zeru). Pomiędzy nimi staje jednak Lwia Głowa, młody mężczyzna o ogromnych ambicjach, oraz zakochana w nim do masochistycznych niemożliwości Jaśmina. No i nie zapomnijmy o wszechobecnej inwigilacji Partii.

Pomimo dość wartko toczącej się akcji i różnych smaczków, wciąż dużo miejsca zajmuje próba rozszyfrowania i wytłumaczenia charakteru Chińczyków, jako wytwóru wielu dekad komunistycznych rządów, maoizmu i rewolucji kulturalnej. Nie jest to wybitne dzieło, ale jeśli ktoś planuje, tak jak ja, w przyszłości zgłębiać historię Chin i jej literaturę, powinien zacząć od prostych literackich utworów eksploatujących podobne tematy. Katherine świetnie spełnia się w tej roli.

2011-10-24

"Just Kids" Patti Smith

Zazwyczaj w literackiej fikcji nie dziwi, kiedy dany bohater znajduje się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i spotyka odpowiednie postacie. W końcu tak się konstruuje powieść – niesamowite zrządzenia losu. Wspomnienia Patti Smith nie są jednak fikcją, a jednak opierają się na identycznej konstrukcji – wielbiąca poezję i sztukę dziewczyna wyjeżdża do Nowego Jorku (odpowiednie miejsce), pod koniec burzliwych lat 60-tych (odpowiedni czas) i poznaje młodziutkiego artystę – Roberta Mapplethorpe'a (odpowiednia postać).

W Just Kids Patti Smith wspomina swój związek z Robertem i ich (czasem bardziej, czasem mniej) wspólne życie do momentu wydania przez nią pierwszej płyty „Horses” (1975). Nowy Jork lat 60-tych i 70-tych jest niezwykle barwnym tłem dla całej historii. Smith spotyka przez te opisane szczegółowo 7-8 lat wiele niesamowitych, ikonicznych już postaci, tak, że czasem czytelnik ma wrażenie, że wędruje ze Smith w charakterze Wergiliusza, niczym Dante, po jakimś artystycznym niebie – jest tutaj Janis Joplin, Jimi Hendrix, Andy Warhol, Allen Ginsberg, Gregory Corso...

Trzeba pamiętać, że wówczas Patti Smith była kompletnie nieznaną osobą. Do Nowego Jorku dotarła bez żadnego konkretnego planu i praktycznie bez pieniędzy, wiedziała po prostu, że już nie może dłużej pracować w fabryce w swoich rodzinnych stronach, że może to kiedyś zabić jej duszę (Co zresztą jest odzwierciedlone w tekście jednej z pierwszych jej piosenek – Piss Factory). Przez miesiąc była bezdomna, nawet mając już pracę (której znalezienie trwało bardzo długo), jako sprzedawczyni w sklepie z egzotyczną biżuterią. Pewnego dnia młody, nieśmiały chłopak kupuje u niej bransoletkę, która jej zawsze też bardzo się podobała.I w tak oto niepozorny sposób zaczyna się ich historia.

To nie jest jednak bajka o dwójce kreatywnych ludzi, którzy mieszkają w cudownym Nowym Jorku. Tak naprawdę podczas czytania byłam lekko przybita, bo warunki w jakich ta dwójka żyła, i uparcie tworzyła, przez wiele lat pozostawiały wiele do życzenia. Wynajmowali obskurne mieszkania w niewesołych dzielnicach, często brakowało im pieniędzy na jedzenie - musieli wybierać między kupieniem farb, a kupieniem kanapek. Czasem zresztą Patti podkradała te pierwsze, co szczerze wyznaje. Piękna jest determinacja z jaką oboje starają się otaczać niezwykłymi przedmiotami, pozostać zainspirowanymi, pomimo okropnie szarego, kamiennego otoczenia i codzienności, gdzie nawet wspomniane gwiazdy i ikony wydają się zdesperowane i zszarzałe.

Just Kids mówi też o gorzkiej prawdzie – aby czegoś dokonać nie wystarczy mieć w głowie paru „fajowych” pomysłów i rozmyślać „jakby to było gdyby”. Trzeba być zmotywowanym aż do kości, a inspiracja ma być jak częste klapsy wzmagające krążenie. I ciężko pracować trza.

Mam nadzieję, że wkrótce już ukaże się polskie tłumaczenie!

2011-10-21

Stosy orientalne

Nareszcie prezentuję stosy nowych zdobyczy. Naturalnie od czasu kiedy ostatnio prezentowałam podobny wpis zdążyłam kupić prawdopodobnie około setki książek, ale nigdy nie miałam czasu zrobić wpisu na ten temat, a teraz prezentuję tylko te zakupione w ciągu ostatniego miesiąca. I postaram się już być bardziej aktualna, bo uwielbiam prezentować stosiki, jak również oglądać je u innych :)

Obecnie wśród moich zakupów dominuje literatura pisarzy chińsko-amerykańskich i chińsko-francuskich. Pierwszy stos składa się wyłącznie z takich tytułów. W następnym miesiącu prawdopodobnie skupię się na zdobywaniu literatury „czysto” chińskiej. Drugi stos ma natomiast co nieco Bliskiego Wschodu, trochę Ameryki Łacińskiej, i trochę wszystkiego innego.

Książki są po angielsku, oprócz jednej, która jest po hiszpańsku. Jeżeli istnieje polskie wydanie (wg Biblionetki) podaję tytuł polski w nawiasie, chyba że jest identyczny.


Stos 1, od góry:

Katherine Anchee Min
China Men Maxine Hong Kingston
Balzac and the Little Chinese Seamstress (Balzac i chińska krawcówna) Dai Sijie
Empress (Cesarzowa) Shan sa
Girl in Translation Jean Kwok
Revolution is not a Dinner Party Ying Chang Compestine
Women of the Silk Gail Tsukiyama
The Good Earth (Łaskawa ziemia) Pearl S. Buck
Empress Orchid (Cesarzowa Orchidea) Anchee Min
Spring Moon Betty Bao Lord



Stos 2, od góry:

The Flounder (Turbot) Gunter Grass
All the King's Men (Gubernator) Robert Penn Warren
Magister Ludi: The Glass Bead Game (Gra szklanych paciorków) Hermann Hesse
The Black Book (Czarna księga) Orhan Pamuk
Five Decades: Poems 1925-1970 Pablo Neruda - cudowna rzecz, dwujęzyczne wydanie.
How the Garcia Girls Lost Their Accents Julia Alvarez
Flying Leap Judy Budnitz - w Polsce wydano zbiór opowiadań „Ładne duże amerykańskie dziecko”, ale tego nie.
Cuentos folklóricos latinoamericanos - ludowe podania latynoamerykańskie po hiszpańsku.
The Bastard of Istanbul (Bękart ze Stambułu) Elif Şafak
Post Gibran. Anthology of New Arab American Writing
Grape Leaves: A Century of Arab-American Poetry
Guns, Germs and Steel: The Fates of Human Societies (Strzelby, zarazki, maszyny: Losy ludzkich społeczeństw) Jared Diamond

Nic tak bardziej nie ożywia, jak świeże stosy. Pora robić herbatę i zabierać się do czytania!

2011-10-19

"Wiek niewinności" Edith Wharton

Wiek niewinności to kolejna ważna pozycja w literaturze amerykańskiej. Ukazała się w roku 1920, ale akcja osadzona jest w latach 70-tych XIX wieku. Główny bohater, Newland Archer, ma się ożenić z uwielbianą przez chłodną nowojorską socjetę May Welland. Na horyzoncie, i ku niezadowoleniu tejże socjety, pojawia się tajemnicza hrabina Ellen Olenska, w której Archer się zakochuje. Pomimo ślubu z May, związek Ellen i Newlanda rozwija się, chociaż niezbyt nahalnie.

Bo trzeba przyznać, że nie jest to typowy romans. Połączenie między tymi dwoma bohaterami jest bardziej emocjonalne, niż fizyczne. Zresztą nie ma o typowym romansie mowy wśród wyższej nowojorskiej klasy, która nie znosi skandalu i „rzeczy nieprzyjemnych”; klasy, która obserwuje, dostrzega i ocenia. Tym zresztą dla mnie jest tytułowa niewinność – udawaniem, że nic oprócz niewinności nie istnieje.

Sam główny bohater nie jest postacią zbyt fascynującą. O wiele ciekawsze są postacie kobiece: Ellen Olenskiej i May Welland. Ta pierwsza przybywa z Europy po seperacji z mężem, polskim hrabią zresztą, który uosabia wszelakie zło. Z książki nie dowiadujemy się o jego zachowaniu, możemy tylko się domyślać, że prawdopodobnie znęcał się nad żoną i miał wiele kochanek. Pomimo powrotu Ellen do Nowego Jorku, do „swoich” jest tam traktowana chłodno, gdyż odważyła się porzucić męża. Tajemniczość i nieprzeciętność Ellen przyciągają Newlanda znudzonego kamienną etykietą swojej klasy. Wydaje mi się, że jest ona dla niego pewnym symbolem, ucieczką, innym światem. Jest tą trawą, która wydaje się bardziej zielona po drugiej stronie płotu.

May natomiast jest typową reprezentantką nowojorskiej pani domu. Łagodna i praktyczna, niespecjalnie interesuje się ambitną literaturą, którą zaczytuje się jej mąż. Wie o charakterze jego znajomości z Ellen, ale daje o tym znać jedynie subtelnie. Subtelność z jaką przekazują sobie uczucia bohaterowie tej powieści jest chyba jej największym atutem... No ale co z tą May? Niby służy jako typowa nudna reprezentantka tego, czego Newland już nie chce. Ale czy na pewno? Jej walka z Olenską (która jest jej kuzynką, i którą zresztą w jakiś tam sposób kocha) jest cichym upomnieniem się o swoje prawa. Jest w niej też trochę nieoczekiwanej przebiegłości. Bardzo ciekawa postać.

Nie była to lektura szczególnie spalająca mnie w ogniu kompulsywnego przewracania stron, ale na pewno obrazuje ciekawie część społeczeństwa amerykańskiego, jakie było wtedy i jakie, prawie 150 lat później, jest obecnie. Styl Wharton zazwyczaj celnie i w wyważony sposób obrazuje dane sceny, jednak czasem bywa trochę rozwlekły. Polecam wszystkim zainteresowanym literaturą klasyczną.


P.S. Autorka, wielka fanka angielskiego malarza Joshuy Reynoldsa, nazwała tę powieść tak samo, jak nazywa się jedno z jego dzieł: