Trochę trudno przyszło mi zasiąść, żeby napisać tę recenzję. Książka była znakomita, jednak może zbyt bliskie były dla mnie jej niektóre aspekty, tak że teraz czuję się dość krucho pisząc o niej. Imiennik zachwycił mnie swoją prostotą, a autorka, Jhumpa Lahiri, zmysłem obserwacji. To typowa książka o dojrzewaniu, coming-of-age story, dość nietypowego bohatera o imieniu Gogol Ganguli, syna bengalskich imigrantów zamieszkałych w USA. Tak, jego imię pochodzi od TEGO Gogola, gdyż ojciec chłopca zawsze był fanem pisarstwa rosyjskiego autora, nie wspominając o tym, że... został przez niego kiedyś uratowany.
Imiennik zanurza nas w życie bohatera totalnie i kompletnie, czujemy się, jak gdybyśmy czytali jego pamiętnik, jak i pamiętniki innych, związanych z nim osób, pomimo iż narracja jest zawsze trzecioosobowa. Jesteśmy z Gogolem od samych jego narodzin, aż po dorosłość, poznajemy jego pasje, a przede wszystkim miłości jego życia, te najważniejsze, najpełniejsze momenty, nie tylko dlatego, że wiążą się z nimi głębokie uczucia, ale również i poważne wewnętrzne sprzeczności.
Rodzice Gogola to małżeństwo tradycyjnie wyswatane na zasadzie zgody pomiędzy rodzicami małżonków. Ashima zgadza się poślubić Ashoke zdając sobie sprawę, że na co dzień mieszka on w Ameryce, gdzie pracuje nad doktoratem. Pierwsze lata są dla niej bardzo trudne, młoda kobieta jest przerażona zwłaszcza po urodzeniu pierwszego dziecka, nie chce wychowywać go w obcym kraju, bez ogromnej rodziny, tradycyjnych, obfitych świąt bengalskich. Życie tej pary zawse pozostanie zawieszone między Kalkutą, a Bostonem, chociaż to właśnie w tym ostatnim spędzą najważniejsze chwile.
Sam Gogol czuję się natomiast osaczony: Indiami, językiem bengalskim, bengalskimi znajomymi rodziców, a najbardziej – własnym imieniem, którego jako nastolatek uczy się nienawidzić. Imię przypomina mu o jego wyjątkowości i jednostkowości, nie rozumie dlaczego to właśnie ten cierpiący na depresję rosyjski pisarz jest jego patronem. Tuż przed wyjazdem do college'u, chłopiec zmienia imię na Nikhil, czując się odtąd, jak nowa, inna osoba, co, mimo wszystko, nie taje się dla niego zbawienne.
Motyw zmiany imienia symbolizuje dla mnie życie w nowym kraju i kulturze. Gogol, mimo iż urodzony w Ameryce, to wciąż bengalski chłopiec, dorastający na matczynych, egzotycznych potrawach, a jednocześnie uczący rodziców, jak obchodzić Boże Narodzenie. Nikhil natomiast to Amerykanin, który nie może uwolnić się od Gogola, nawet wtedy kiedy wszyscy w jego otoczeniu od lat nazywają go Nikhil, czy Nick. To bolesne mieć z tyłu głowy osobowość i imię, które się utraciło, nawet gdy nigdy nie było się z tym ostatnim (oraz tym pierwszym!) za pan brat. To jest właśnie ta osobista kwestia, która zniechęcała mnie do napisania tej recenzji. Sama zmieniłam trochę imię przenosząc się do USA, chociaż nie tak radykalnie (Niech inni łamią sobie języki). Moje pierwsze imię to Katarzyna, do nazwiska, nie aż tak skomplikowanego, jak niektóre polskie bywają, odpadła niteczka znad „s”, a po myślniku dołączyło drugie, już dla amerykanów bardzo swojskie, nazwisko mojego męża. Przedstawiam się jako Kasia („Kashia? Is that okay?”), czasami jako Kat. Mogę być też Katherine. Do szeregu swoich długich imion mogę dołączyć zawsze drugie imię – Maria. Nagle mam do dyspozycji mnóstwo kombinacji, za którymi mogę się ukrywać, ale które w jakiś sposób wciąż brzmią obco. Moje życie tutaj także pewnie będzie pełne różnych opcji, ale trochę czasu minie zanim naprawdę przywyknę do którejkolwiek z nich.
Dziwna nostalgia, jak mgła, osiada na kartach tej książki. Poczucie wiecznego zawieszenia, dziwna bezdomność. Jednak bohaterowie Imiennika ostatecznie rozpoznają Amerykę i dom na Pemberton Road, jako swój dom, chociaż... nie do końca taki prawdziwy. Bardziej ten wypracowany, nie ten z przydziału. Znalazłam w tej lekturze jednak dużo nadziei, pewnego rodzaju motywacji – tutaj, w nowym kraju, jestem tylko swoja własna, a tego imienia, w krótkiej wersji, czy w długiej, mogę zacząć używać na nowo, jak gdybym dowód osobisty dostała dopiero niedawno. Czy to dobrze? Czy to źle? Zobaczymy.
Nie wspomniałam o wielu innych zaletach tej książki: jest świetnie napisana, wciągająca, pełna bohaterów, z którymi będą mogli się identyfikować nie tylko tacy globalni „włóczędzy,” jak ja. Najwyraźniej jednak, zamiast rozpisywać się o właściwościach piarstwa Lahiri, wolałam roztkliwić się nad moim własnym imieniem ;)
A Tłumacz chorób już idzie do mnie pocztą!
(Zdecydowałam się przestawić okładkę wydania anglojęzycznego, która jest stokroć ładniejsza od polskiej-filmowej)
"Biedny nasz nieoszacowany phofesoh chhonicznie chohy na nieuleczalny wymiot" - mistrz Gombro
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jhumpa Lahiri. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jhumpa Lahiri. Pokaż wszystkie posty
2012-06-15
"Imiennik" Jhumpa Lahiri
Subskrybuj:
Posty (Atom)