Lisa See teoretycznie mogłaby pisać powieści melodramatyczne osadzone w jakichś malowniczych, amerykańskich wioskach. Mogłaby być kolejną Jodi Picoult, albo kimś podobnym. Ale nie jest, głównie dlatego, że bohaterami jej powieści są chińskie kobiety, a ich akcja toczy się, zazwyczaj, właśnie w Chinach. I chwała jej za to, bo czystej Picoultowskiej twórczości nie mogę zdzierżyć. Proza See ma w sobie jednak sporo tego melodramatyzmu, który przechyla się w stronę czytadłowego bardziej, niż subiektywno-zagadkowego, ale nie aż tak mocno, żebym zaczęła wywracać oczami, wzdychać i ogólnie mieć ochotę zarzucić czytanie. Wręcz przeciwnie, jej powieści są bardzo wciągające, a jednocześnie nieirytujące. I dostarczają wiele bardzo interesujących informacji, aczkolwiek zawsze muszę pamiętać żeby podchodzić z dystansem do wszelkich kulturowych rewelacji w fikcji, czy jest to fikcja autorstwa See, czy Buck, czy Ma Jiana.
Wymądrzam się tak, jak gdybym przeczytała już wszystko Lisy See, a to jest dopiero moja druga powieść jej autorstwa, po Kwiecie śniegu i sekretnym wachlarzu. Dziewczęta z Szanghaju jest dla mnie interesująca nie tylko dlatego, że opowiada o jednej z większych metropolii Chin lat 30-tych, ale również przez wzgląd na tematykę imigracyjną, obraz życia chińskiej społeczności w Los Angeles. Podobnie jak w Kwiecie śniegu, głównymi bohaterkami są dwie dziewczyny, tutaj siostry, Pearl i May, gdzie narratorką jest pierwsza z nich. Mieszkają razem z rodzicami w Szanghaju, trochę rozpieszczone i płytkie, dostrzegają tylko radości i przyjemności, jakie przynosi życie. Mnóstwo barw i zapachów, kolorów; synteza wpływów Wschodu i Zachodu. Same dziewczęta pragną być jak najbardziej „zachodnie”. Ich sielskie życie kończy się wraz z bankructwem ich ojca, właściciela firmy wynajmującej ryksze, oraz wraz z inwazją Japonii na Chiny. Pierwsze doprowadza do zaślubienia May i Pearl z chińczykami amerykańskiego, jak na początku wierzono, pochodzenia. To drugie, o przerażających konsekwencjach, ostatecznie zmusza bohaterki do podążenia za wmuszonymi im małżonkami na inny, obcy kontynent.
Na początku czeka je długi pobyt na Angel Island, pacyficznym odpowiedniku Ellis Island. Potem życie pod jednym dachem z małżonkami i ich rodziną. Z początku ma się wrażenie, że rodzina będzie składała się z typowych, papierowych i czarnych bohaterów, ale See zadbała o to, by ich jednoznaczna ocena nie była taka prosta. Nie chciałabym się więcej rozpisywać o fabule, żeby niczego nie zdradzić ewentualnym przyszłym czytelnikom, bo powieść jest dość poważnie wypełniona różnymi sensacyjnymi odkryciami. Zwrócę jeszcze tylko uwagę na prawdziwą moc informacji zawartą w tej książce: kim byli 'papierowi synowie', jak była traktowana chińska społeczność w USA w czasie wojny z Japonią, a następnie podczas zimnej wojny, w jakich zawodach zazwyczaj pracowali chińscy imigranci. Sama nie wiedziałam, że ta ludność była tak dyskryminowana jeszcze w latach 50-tych. See dość odważnie rozprawia się z tym traktowaniem, nie usprawiedliwia Amerykanów, ani nie gloryfikuje Ameryki, chociaż główni bohaterowie szybko odkrywają, że stali się jej obywatelami, nie dzięki papierom, ani bynajmniej nie dzięki przywilejom, ale przez wszystko, co tu przeszli i przetrwali.
Warto też zwrócić uwagę na same główne bohaterki, o wiele ciekawiej przedstawione, niż te w Kwiecie śniegu, chociaż wciąż ich charakterologia, czy nawet przemyślenia bohaterki-narratorki, pod względem oryginalności oraz wnikliwości pozostawiają trochę do życzenia.
Mimo iż pisarstwo Lisy See nie jest zbyt wymagające (a przez to również średnio wynagradzające w głębokie przemyślenia), to jest jednak bardzo udane, wciągające i ciekawe. Na pewno w przyszłości sięgnę po inne jej książki, przede wszystkim po, nieprzetłumaczony jeszcze na język polski, sequel do Dziewcząt z Szanghaju - Dreams of Joy.
"Biedny nasz nieoszacowany phofesoh chhonicznie chohy na nieuleczalny wymiot" - mistrz Gombro
2012-03-19
"Dziewczęta z Szanghaju" Lisa See
2011-10-04
"Kwiat śniegu i sekretny wachlarz" Lisa See

„Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” zaczęłam czytać zupełnie przypadkowo, i jak to bywa w tego typu przypadkach, książka ta okazała się, w pewnym sensie, odkryciem. „W pewnym sensie”, ponieważ wciąż zbyt wiele jej brakuje, żeby w jakiś emocjonalnym sensie, o intelektualnym nie wspominając, mną wstrząsnęła.
„Kwiat Śniegu” to powieść osadzona w XIX-wiecznych Chinach, będąca przedstawieniem losów dwóch kobiet, z których jedna jest narratorką. Lily, bo tak jej na imię, jako siedmioletnia dziewczynka podpisuje kontrakt z inną dziewczynką w jej wieku – Kwiatem Śniegu, kontrakt o przyjaźni mającej trwać całe ich życie. Taka przyjaźń, zwana laotong, może być tylko pomiędzy dziewczynkami, które wykazują podobieństwo w najważniejszych kwestiach. W przypadku bohaterek są nimi np. fakt, iż obie urodziły się w roku konia, mają identyczną liczbę rodzeństwa, oraz... równie malutkie stopy. Niestety, różnią się statusem społecznym, co zaważy na przyszłości ich związku, chociaż w dość nieoczekiwany sposób.
Główna bohaterka-narratorka jest raczej denerwująca w relacjach z Kwiatem Śniegu, chociaż wdzięcznie snuje nam ona całą historię. Jej przyjaciółka wydaje się znacznie bardziej skomplikowaną postacią, w której odnajdujemy jakiś cichy opór, nieuskrzydlonego ptaka, pasję, która znajduje ujście jedynie w kontaktach z Lily, ale także w łóżkowych zabawach z mężem. Relacja dwóch dziewczynek, a potem kobiet, jest najważniejsza dla całej powieści, jednak nie jest ona zbyt szczegółowo zgłębiona, podobnie jak psychika bohaterek. Z jednej strony to źle, ale z drugiej, takie rozwiązanie pozostawiam więcej pytań i niedopowiedzeń dla czytelnika, jego wyobraźni i doświadczeń.
Najciekawszym elementem tej książki jest zdecydowanie zanurzenie jej w kulturze Chin XIX wieku, i to jest właśnie to moje „odkrycie”. Wcześniej miałam do czynienia jedynie z twórczością Amy Tan, gdzie rzeczywistość amerykańska przeplata się z chińską, ale najwyraźniej to jeszcze nie było to. Nie wiem na ile realia opisane przez Lisę See są prawdziwe dla kultury chińskiej sprzed 150 lat, ale nawet jeśli w wielu tych niuansach jest chociażby i ziarnko prawdy, warto o nich czytać, poznawać je, próbować zrozumieć, jak żyli tamci ludzie, jakie były ich problemy, i jak odległe były one od problemów europejczyków. Dość szczegółowy opis krępowania stóp jest naprawdę przerażający ale obnażył on moją prawie zupełną jak dotąd ignorancję w tym temacie. Bardzo ciekawe są opisy przedślubnych, wieloletnich obrzędów, kiedy to dziewczynki przygotowują swój posag, ale nie znają nawet twarzy swojego przyszłego męża. Albo obrzędy pogrzebowe, gdzie najbliższa rodzina zobowiązuje się przemierzyć drogę z domu na miejsce pochówku na kolanach.
Nie zapomnijmy również o skandalicznym traktowaniu kobiet, która była mniej warta od krowy, czy konia, chyba że udało jej się "zabezpieczyć swoją pozycję" w domu rodząc wielu synów. Narodziny córki były bowiem najgorszym nieszczęściem. Córka była dodatkową gębą do wykarmienia, którą i tak trzeba było oddać kiedyś innej rodzinie. W tak podłych warunkach kobiety zdołały stworzyć jednak własne pismo – nüshu, którym mogły się posługiwać pisząc do siebie listy. Tak jak robią to bohaterki tej powieści.
Ciekawa, wartka lektura. Nie zmieniła może mojego wszechświata, ale sprawiła, że zainteresowałam się podobnymi lekturami, które zamierzam niedługo zamówić. (Bardzo pomocna okazała się lista Great Chinese Historical Fiction na goodreads.com). A może ktoś z Was mógłby mi coś podobnego również polecić?