Strony

2015-03-21

Wielki Powrót Pani Pandy


Żyję i mam się dobrze. Jednak ostatnio zaczęło brakować mi tego bloga. Potrzebuję pisać, nie tylko o sobie, jak zdarza mi się czasem na blogu prywatnym. Ile zresztą można pisać o sobie? Pragnę skupić się na innych, mniej emocjonalnych, a bardziej trwałych, przedmiotach. Głównie na książkach, na tym o czym mówią, co przedstawiają. Może na muzyce. Może na błądzeniu przez gąszcze hiszpańskiego i raczkowanie z rosyjskim.

Dwa tygodnie temu zdarzyło mi się przeczytać pewną recenzję "Norwegian Wood" Murakamiego. Nie była to recenzja zbyt pochlebna, ale ten fakt jest bez znaczenia. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy w ogóle tę książkę czytałam. Po przeczytaniu recenzji, która opisywała i postacie i pewne wydarzenia z tej powieści, stwierdziłam, że nie, raczej nie. A potem włażę na mój profil na goodreads.com, a tam, jak byk, zaznaczone, że przeczytana. Wracam ponownie do recenzji i tak coś mi się słabiutko zaczęło tlić, że owszem, coś pamiętam...

Przeraża mnie, kiedy tak zapominam kompletnie i niemal doszczętnie książki, nad którymi musiałam spędzić wiele godzin i dni. Zauważyłam, że o wiele lepiej pamiętam niektóre tytuły zrecenzowane na tym blogu, niż wiele z tych powieści, które przeczytałam przez ostatnie dwa lata. I gdy zostawiam recenzje jest do czego wrócić w razie poważniejszej książkowej amnezji - wystarczy kliknąć.

Czy będę potrafiła powrócić na dobre (przynajmniej na kolejny rok, czy dwa) i pisać regularnie? Na pewno mam o wiele mniej czasu niż kiedyś, ale zauważyłam, że to zazwyczaj bardziej mnie motywuje. Wiem, że będę chciała mieć więcej miejsca dla przeróżnych aktualnych zainteresowań, oraz że moje "recenzje" książek będą mało recenzyjne. Muszę także "ćwiczyć polski", jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi, bo czasem wydaje mi się, że go tracę.

 
Obecnie czytam "Muzykofilię" Olivera Sacksa oraz "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk. Ta pierwsza jest trochę wyściubianiem nosa poza sferę komfortu i przywyczajeń, ale nie żałuję. Muszę jednak przyznać, że jest to trochę przygnębiająca lektura, obnażająca cierpienia ludzkie (amnezje, afazje, halucynacje), o których zbyt wiele dotąd nie myślałam. Jeśli chodzi o cegłę Tokarczuk, to idzie mi ona bardzo powolutku, ale nie wynika to z braku zainteresowania, głównie z braku czasu (a także z dyskomfortu czytania jej przed pójściem spać ze względu na jej wagę i rozmiar, przynajmniej w moim przypadku). Podoba mi się pewien rodzaj tajemnicy unoszący się nad tą prozą, no i oczywiście znany i zawsze bardzo lubiany przeze mnie styl autorki. Tęksniłam za nim.

2012-10-19

"Hateship, Friendship, Courtship, Loveship, Marriage" Alice Munro

Poddałam się „modzie na Munro” i wcale nie żałuję. Jeśli moda, to tylko taka - wartościowo przeciwstawna do „szału” np. na Pięćdziesiąt twary Greya (dzięki tej książce powstało za to wiele zabawnych recenzji, a to zawsze jakieś uzasadnienie dla jej istnienia). Wracając jednak do mojej lektury... Jak kiedyś może wspominałam, niechętnie zabieram się za zbiory opowiadań, chociaż mam dużo szacunku dla tej formy – bezlitosnej, bo ciasnej, gdzie niepotrzebne, czy niezręczne akapity mogą wszystko popsuć, podczas gdy w powieści pozostałyby, w najgorszym razie, niezauważone. Współcześni pisarze przyzwyczaili mnie do opowiadań-migawek, drobnych, acz wymownych, sytuacji z życia, czasami są to opowiadania-charakterystyki, gdzie robi się miejsce dla interesujących postaci, abyśmy mieli szansę ich poznać. Z pisarstwem Alice Munro jest trochę inaczej.

Jej opowiadania są po części charakterystykami, jednak ich akcja nie ogranicza się do pojedynczych sytuacji, a ma strukturę bardziej powieściową. Każde z opowiadań z tego tomu ma potencjał zostania powieścią – to jednak nie byłyby powieści dorównujące opowiadaniom. Przedstawione historie są doskonale wydestylowane, nie ma pobocznych wątków, pustosłowia, filozofowania. Są postacie, są związki. Jest cała paleta niebanalnych uczuć i spostrzeżeń. Zauważyłam również nieprzeciętną technikę narracyjną – czytelnik zazwyczaj jest „wrzucony” w sam środek, nie tyle wydarzenia, co egzystencji danych osób i przez następne kilka stron musi dokonać wysiłku, aby zrozumieć panujące relacje, czy chronologię niektórych wydarzeń. Większość, jeśli nie całość, opowiadań w Hateship, Friendship... jest skonstruowana w ten sposób, ale ta wtórność nie irytuje.

Trochę straszne są związki małżeńskie w tym tomie, wręcz okropne. Munro zazwyczaj, zdaje się, tkwi w latach 60-tych i 70-tych, bez względu na to, kiedy wydaje swoje książki, co niejako usprawiedliwa inercję zamężnych kobiet, chociaż nie wszystkie z nich są tak samo grzeczne i przykładne. Mimo to, a może właśnie dzięki temu, autorka umieszcza w swoich tekstach wiele komentarzy odnośnie miejsca (czy też jeg braku) kobiet w społeczeństwie, czyni to bez moralizowania, bardzo inteligentnie, między słowami. Odszyfrowanie tych komentarzy sprawiało mi dużo satysfakcji. Z jakiegoś względu opowiadania w pierwszej osobie uważam za gorsze od tych, gdzie narracja prowadzona jest w trzeciej. Te ostatnie nieodmiennie były ciekawsze, barwniejsze i pełniejsze. Tę narracyjną zagadkę, być może, uda mi się wyjaśnić podczas lektury jej kolejnych opowiadań. Bo na pewno będą kolejne.

2012-10-16

"Ilustrado" Miguel Syjuco

Zwyciężczyni Man Asian Literary Prize z 2008, powieść Ilustrado autorstwa Miguela Syjuco, pozostawiła mnie raczej obojętną, chociaż również nieco skonfundowaną. Fundamentem fabuły jest fakt, iż główny bohater postanawia napisać biografię znanego na całym świecie filipińskiego pisarza – Crispina Salvadora – który traci życie w tajemniczych okolicznościach, czemu towarzyszy zniknięcie rękopisu, w zamierzeniu kontrowersyjnej, powieści. Bohater, noszący imię autora, powraca ze Stanów na Filipiny, aby tam przeprowadzić wywiady ze znajomymi i rodziną Salvadora, i wyjaśnić zaginięcie niedoszłej powieści, jak również kontynuować pracę nad biografią.

Istotą Ilustrado nie jest jednak treść, ale forma, w jakiej książka została napisana – niczym folder z pozbieranymi notatkami i urywkami tekstów. W folderze znajdziemy opisy perypetii głównego bohatera podczas jego pobytu w Manili, jak również wspomnienia jego ostatniego, długotrwałego, lecz ostatecznie nieudanego, związku; fragmenty właśnie przygotowywanej przez niego biografii Crispina Salvadora, czy urywki powieści, wywiadów, czy esejów tego ostatniego; a także skrawki odnośnie aktualnych poczynań Miguela skomponowane w trzeciej osobie... Wszystko przemieszane, choć niechybnie wskazujące na wzajemny związek pisarzy – tego wielkiego, i tego aspirującego. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Crispin Salvador tak naprawdę nie istnieje, a Syjuco wykonuje kawał świetnej roboty odmalowując go jako postać całkowicie realną, o kompletnej biografii, zamieszanej w szalone dzieje Filipin i reszty świata.

Niestety, nie wszystkie części lektury reprezentowały ten sam poziom. Niewypałem, moim zdaniem, były fragmenty z domniemanych książek Salavadora, bez kontekstu zwyczajnie nudne, o nijakim stylu. Być może były kluczem do rozwiązania zagadki, znajdując się akurat w takim, a nie innym, miejscu między rozdziałami, ale ja tego klucza niestety nie znalazłam. Z kolei eseje, czy wypowiedzi w trakcie wywiadów fikcyjnego autora są o wiele bardziej intrygujące. Podobnie wspomnienia rozmów z Crispinem, one to najpełniej uwidaczniają jego inteligencję i nieuchwytność. Urywki z życia Miguela natomiast, podczas gdy ciekawe, niewiele powiedziały mi o Filipinach, oprócz potwierdzenia kilku oklepanych faktów, o których już wiedziałam (że skolonizowane przez Hiszpanię, potem przejęte przez USA, były świadkiem przewrotów i korupcji władz) i oprócz wskazania paru ogólnych cech poczytywanych za typowo filipińskie (np. narzekanie na wszystko – co brzmiało bardzo znajomo). Chociaż przypuszczam, że to niesprawiedliwe... Być może na siłę chciałam dostrzec w tej książce egzotyczność, podczas gdy problemy Filipin brzmią bardzo znajomo - zbyt duży wpływ kościoła na politykę, zaabsorbowanie obywateli medialnymi bzdurami (w tle akcji toczy się proces bogatej rodziny, która kazała niańce wypić butelkę wybielacza, po tym jak ta zaniedbała ich dziecko i pozwoliła mu utonąć w wannie, bo była zajęta wysyłaniem smsa), bunt "młodych" przeciwko konserwatywnym "starym"... W gruncie rzeczy Ilustrado to bardzo osobista powieść skupiająca się bardziej na losie młodego mężczyzny, który stara się posklejać ze skrawków różnych historii własne życie, niż na podziałach na świecie, czy losie ludzkości. Przez osobę Salvadora autor próbuje nam okazjonalnie przekazać, jakie funkcje, jego zdaniem, powinna spełniać literatura światowa, czy literatura post-kolonialna, ale temat nie został, jak dla mnie, wystarczająco rozwinięty.

Powieść filipińskiego autora na pewno posiada znamiona wybitności, zahacza o istotne tematy literaturoznawcze, czy egzystencjalne, a jej konstrukcja, chociaż czasem irytująca, moim zdaniem, jest godna podziwu. Samo jej czytanie wydaje się natomiast dość nierówną jazdą – oscylującą między nudą i rozczarowaniem, a zaabsorbowaniem i inspiracją.

2012-10-05

Piątkowy raport książkowy (18)

Właśnie przeczytane: The Colour Rose Tremain, o gorączce złota w Nowej Zelandii pod koniec XIX wieku. Małżeństwo przybywa z Anglii na nieprzewidywalną wyspę, aby rozpocząć tam wspólne życie. Dzielnie zmagają się z nieprzyjazną pogodą, jak i z własnymi materialnymi brakami, do czasu kiedy Joseph znajduje w pobliskim stawie złoto. Najważniejsi w tej powieści są bohaterowie, pełnokrwiści, pełni niedoskonałości. Zdecydowana, nieprzeciętna, godna podziwu Harriet, którą pociągają przygody i niebezpieczeństwa, zaskarbiłą sobie moją sympatię, chociaż pod koniec książki postać ta zostaje, niestety, sprzedana nijakiemu sentymentalizmowi. Joseph z kolei jest absolutnie beznadziejną postacią, nie dlatego, że autorka popełniła jakieś błędy, czy niedociągnięcia w jego kreacji – wręcz przeciwnie, odmalowała przekonywująco jednego z najbardziej antypatycznych mężczyzn bez charakteru z jakimi miałam okazję się zetknąć w literaturze. Nie czytałam do tej pory niczego związanego z gorączką złota, ani tak naprawdę niczego, co działoby się w Nowej Zelandii (jak to możliwe?), więc The Colour pozwolił mi na wgląd w nieznane dotąd dziedziny i krajobrazy. Poza tym bardzo beztrosko się to-to czyta. Polecam do lżejszego czytania tym, którzy nie lubują się w typowych czytadłach.


Zdążyłam przeczytać również Sirindingo Pisingollo i inne dziwne opowiadania kubańskiego pisarza i artysty Samuela Feijóo. Bardzo osobliwe, żartobliwe króciutkie historyjki o cyrkowym klimacie, nie tylko dlatego, że Feijóo często pisze właśnie o cyrku, ale też dlatego, że w jego opowiadaniach pojawiają się często egzotyczne zwierzęta (zwłaszcza słonie!), jak również ludzie traktujący swoje porażki z humorem, niczym grupa clownów, albo którzy niebezpiecznie lawirują między smutkami, jak akrobaci. Do reszty nie pasuje tylko jedno opowiadanie, trochę chaotyczne zdarzenie z czasów rewolucji, które było jednak lekko nudne, nawet dla takiej fanki wszelkich rewolucji jak ja. Jest również kilka opowiadań metafikcyjnych, gdzie autor zwraca się do czytelników dzieląc się z nimi refleksjami na temat tego, o czym właśnie pisze, lub ma napisać. Najbardziej urzekło mnie to z nich, które autor pozostawił niedokończonym, a od którego jednak musiał się uwolnić przenosząc je na kartkę. Cytuję w całości ostatni akapit tego opowiadania:

”A jeżeli po starannym opisaniu tej osobliwej historii o miłości, po znalezieniu dla niej godnego zakończenia, być może nawet pasującego do dziwnego charakteru całości, czytelnik, który zawsze czeka na więcej i na coś wspaniałego, na intrygę tyleż zagmatwaną co finezyjną, znajdzie mniej, niż się spodziewał, i to coś bardzo prostego i znanego, co nie będzie miało sensacyjnego finału, tylko zjawi się jak zwyczajny wiatr w południe, jak zwyczajny uśmiech albo zwyczajne krzesło czy zwyczajna szklanka, które przez fakt, że stale widzi się je i używa, tracą już swój urok?”

Teraz czytam: Wczoraj rozpoczęłam Ilustrado Miguela Syjuco i wciąż jestem zbyt wcześnie w książce, aby móc o niej powiedzieć coś więcej, oprócz tego, że: tak, dałam się nabrać i myślałam, że Crispin Salvador jest postacią realną, ale niezrównane Internety mnie wyprowadziły z błędu... To bardzo inspirujące, kiedy ktoś tak realnie pisze o nieistniejącej postaci. Ale co niby wskazuje na tę realność? Sfingowane przypisy? No, ale refleksję opiszę w prawidłowej, mniejszej, czy większej, recenzji, już po lekturze.

Zmagam się też z Mobym Dickiem Melvilla, a właściwie od tygodnia nie przeczytałam ani jednej linijki, a jestem mniej więcej, i jak się przymnknie oko na parę stron, po lekturze jednej trzeciej całości. Bardzo chcę przeczytać ten fundament amerykańskiej powieści, i pewnie to zrobię, aczkolwiek może mi to zająć tyle samo czasu ile trwało polowanie na białego wieloryba.



W następnej kolejności: Sama nie wiem, ostatnio nie planuję kolejnych lektur, wolę się bawić w długie zastanawianie się i wybieranie. Wiem tylko, że chcę czytać więcej non-fiction, bo też ostatnio kupuję coraz więcej tego typu książek.

Poezja: Ostatnio czytam wspaniały tomik Joy Harjo, amerykańskiej poetki natywnej, She Had Some Horses. Lubię, kiedy poeci umieją opisywać naturę i jej siły w sposób, który mnie nie nudzi. Tym znającym angielski polecam na wieczór lekturę Anchorage.

2012-09-27

"Prowadzący umarłych" Liao Yiwu

Prowadząc umarłych to kompilacja 28 rozmów przeprowadzonych przez chińskiego poetę i powieściopisarza Liao Yiwu ze swoimi rodakami. Oryginalna wersja zawierała około sześdziecięciu rozdziałów, jednak wydawnictwa zagraniczne postanowiły ją skrócić do 28 najciekawszych i jestem pewna, że polska wersja pokrywa się z wersją po angielsku, którą ja czytałam (prawdopodobnie była tłumaczona z angielskiej wersji?). Charakterystyczne dla większości rozmówców jest ich wykluczenie, egzystowanie na obrzeżach społeczeństwa – założeniem Liao było właśnie ukazać historie tych, którzy na co dzień milczą, bo milczeć muszą, lub do milczenia już od dawna się przyzwyczaili. Tak jest w przypadku Zhanga Zhi-ena, który, po zabiciu magicznego węża Ma zapada na tajemniczą chorobę, która zostaje dość nonszalancko zidentyfikowana jako trąd. Odtąd Zhang musi żyć w odosobnieniu razem z żoną, mimo iż tak naprawdę trędowaty nie jest. Na marginesie żyje także wyznawczyni Falun Gong będącym swoistym dyscyplinowaniem ciała i umysłu, tak by dążyć do poczucia szczęścia, spokoju i zdrowia. Falun Gong uznane zostało przez władzę Chin Ludowych za szkodliwą sektę, chociaż wyznawcy tego ruchu (o ile można użyć tego słowa?) nigdy nie robili nikomu krzywdy. Rozmówczyni Liao – Chen – której Falun Gong niezmiernie pomogło w życiu, nie chce odrzucić tej dyscypliny, przez co naraziła się na wielokrotne bicie i tortury ze strony policji, nie wspominając o tym, że spędziła wiele miesięcy w szpitalu psychiatrycznym, chociaż nic jej nie dolegało.

Historia z Chen należy do niewielu bardziej współczesnych opowiadań. Liao wyraźnie preferuje wywiady z osobami starszymi, ponadsiedemdziesięcioletnimi. Osoby te, w taki czy inny sposób, również zostały wykluczone ze społeczeństwa, dzięki najpoważniejszym dwudziestowiecznym wydarzeniom w Chinach – Wielkiemu Skokowi Naprzód, Wielkiemu Głodowi, Kulturalnej Rewolucji. Buddyjscy mnisi przyglądają się z ciężkim sercem, jak Czerwona Gwardia niszczy kilkusetletnie posągi, księgi i obrazy. Wielu oddanych rewolucjonistów z dnia na dzień staje się prześladowanymi i złamanymi „prawicowcami”. Niektórzy rozmówcy stracili podczas historycznych zawirowań całe rodziny.

To nie jest jednak zbiór heroicznych i dramatycznych opowieści. Wiele postaci, z którymi rozmawia Liao, popełniło sporo rzeczy niegodziwych, przykrych i strasznych, jeszcze więcej z nich było biernych wobec cierpienia innych. I to jest chyba najpiękniejsze – prawdziwość tych historii, które potrafią doprowadzić do łez, ale również wywołać uśmiech, dobitna ludzkość każdej z 28 bohaterów rozmów, bez próby heroizacji, ani bez jedoznacznego potępienia.

Jeszcze jedną cudowną rzeczą w tej książce jest sam Liao Yiwu i jego interakcja z innymi, która polega właśnie na rozmawianiu, a nie „przeprowadzaniu wywiadu.” Charakteryzuje go niesamowita empatia, a mądre słowa, którymi potrafi podsumować wydarzenia z życia swoich interlokutorów, wydają się trafne nie tylko czytelnikowi, ale również tym ostatnim. Mimo to, Liao potrafi również skrytykować, choć zawsze nieco żartobliwie, te osoby, których zachowanie wydaje się szczególnie naganne, bądź bezsensowne bez większego uzasadnienia, tak jak jest w przypadku mężczyzny żyjącego tylko po to by przekraczać nielegalnie granicę z Myanmarem (Birmą), czy Hong Kongiem, a który zawsze ostatecznie „wpada” i trafia do aresztu. Liao podsumowuje go jako beznadziejny przypadek.

Polecam tę książkę wszystkim zainteresowanym Chinami, a także wszystkim, którzy cenią sobie dobry reportaż i uwielbiają się zaznajamiać z życiem codziennym ludzi z odmiennych kultur, z dalekich krajów i kontynentów. Możliwe, że dla tych początkujących w temacie Chin trudno będzie zrozumieć istotę niektórych wydarzeń, od których roi się we wszystkich spośród prawie trzydziestu rozmów, ale kilka rozdziałów, jak i parę informacji wyczytanych chociażby na wikipedii, na pewno dociekliwym czytelnikom wszystko szybko rozjaśni.

2012-09-24

"Small World" ("Wysepka") Andrea Levy

Wysepka, bo taki tytuł ma wydanie polskie, to ciepła i mądra powieść, która, pomimo tych nudnych przymiotników, którymi ją właśnie opisałam, nie jest na granicy byle jakiego czytadła. Ponad 500-stronicowa książka, dzięki ciekawym zabiegom narracyjnym, zaznajamia czytelnika z historiami czterech postaci – Hortense, Gilberta, Queenie i Bernarda. Każda z nich opowiada o pewnym rozdziale swojej przeszłości, jak również o wydarzeniach, które związują wszystkich bohaterów ciasnym supłem, mających miejsce w roku 1948, w Londynie.

Hortense i Gilbert pochodzą z Jamajki, a przyjeżdżają do Londynu w poszukiwaniu przysłowiowego „lepszego życia”. Gilbert już wcześniej był w Anglii, gdyż walczył na wojnie razem z brytyjczykami, więc zdawał sobie sprawę z tego, że zamiast „lepszego”, to życie będzie po prostu „inne”. Hortense natomiast nie miała zielonego pojęcia czego się spodziewać i na swojej „wysepce”, za każdym razem, gdy myślała o Wielkiej Brytanii, widziała siebie w domku, przy kominku, niespiesznie popijającą gorącą herbatę. Bardzo intrygująca z nich para - towarzyski, dyplomatyczny Gilbert i wyniosła, kategoryczna Hortense, ale oboje nie zastanawiali się nad dopasowaniem, kiedy dokonali transakcji – ona pożycza mu pieniądze na podróż z Jamajki do Wielkiej Brytanii, on się z nią tuż przed odjazdem żeni i, kiedy już osiądzie w Londynie, obiecuje po nią posłać, aby mogła do niego dołączyć. To jedyny sposób, aby marzenia obojga o trochę większej wysepce spełniły się.

Kiedy po jakimś czasie Hortense dołącza do Gilberta jest przerażona warunkami, w jakich on egzystuje – jeden pokój ze zlewem i ogrzewaniem gazowym, które trzeba opłacać co jakiś czas monetą. A pokój, to jeden z kilku, które wynajmuje Queenie, niegdyś córka rzeźnika, obecnie żona urzędnika bankowego, Bernarda, który od 3 lat nie wraca z wojny. Hortense nie może zrozumieć, jak ciężko było Gilbertowi znaleźć chociażby i to miejsce z powodu... koloru jego skóry.

Kilkakrotnie spotykałam się w Internecie ze stwierdzeniami, że w Europie, czy konkretnie Wielkiej Brytanii, rasizm nie stanowił wielkiego problemu w porównaniu z rasizmem amerykańskim. Być może, rzeczywiście, ten problem nie był w Europie tak wyrazisty, co zresztą uwidacznia się w książce – Gilbert ostatecznie przyznaje, że podczas wojny bardziej od nazistów nauczył się nienawidzić amerykańskich żołnierzy, mimo iż, jako nacje, byli po tej samej stronie. Nie oznacza to jednak, że europejski problem rasizmu był marginalny. Według powieści Levy, nikt nie chciał czarnoskórych przyjąć na pokój, ani do pracy, ani na studia, mimo iż obiecano wszystkim żołnierzom możliwość studiowania. Problem w tym, że Gilbert marzył o prawie, a czarnoskóry mężczyzna studiujący prawo był nie do przetrawienia dla Brytyjczyków. W zamian polecono mu kierunki bardziej techniczno-zawodowe, co było dla naszego bohatera niczym policzek. Trzeba przyznać również, że nie tylko czarnoskórzy znajdowali się na celowniku brytyjskich filistrów. Ci ostatni poagardzali też ludźmi biednymi i kiedy domy gorzych klas społecznych zostały zburzone przez bombardowania, klasa średnia pałała świętym i, według nich słusznym, oburzeniem, że muszą użyczać „ludziom tego rodzaju” własne mieszkania. Lecz czarnoskórzy - to było dla wielu zupełnie nie do pomyślenia! W książce kilkakrotnie pojawia się populistyczny i pozornie logiczny argument wypowiadany przez różne postacie, że przecież walczyli na wojnie po to, żeby każdy miał swój kraj, przede wszystkim, żeby Brytyjczycy mieli Wielką Brytanię, a tu proszę, przybysze z kolonii, na dodatek czarnoskórzy. Na sugestię, że Jamajczycy, czy obywatele innych brytyjskich kolonii, walczyli ramię w ramię o ich kraj, wzruszali jedynie ramionami. Myślę, że Andrea Levy ukazuję kawał bardzo ciekawej historii brytyjskiej, chociaż niezbyt chlubnej dla samych Brytyjczyków. To jednak bardzo ważne, żeby i Brytyjczycy, jak również i inne narody, uczyli się dalej na starych błędach, by nie popełniać ich na nowo.

Obecny multikulturalizm Londynu, który głęboko wpisuje się w jego charakter, świadczy o tym, że Wielka Brytania bardzo wiele się od 1948 roku nauczyła, czego pozostaje tylko życzyć wielu innym państwom. Small Island jest natomiast idealną lekturą dla tych, którzy są ciekawi konfliktów między kulturami i mają ochotę na kawał dobrej, lecz nie ciężkostrawnej, literatury.

2012-09-22

Stos książkowy, wrześniowy

Dawno nie było stosiku, więc przedstawiam absolutnie beznadziejne zdjęcie (Nie potrafię robić zdjęć nawet prostym obiektom, haha) najnowszego stosu. Oczywiście między tym stosem, a poprzednim prezentowanym zakupiłam z milion innych tytułów, ale postanowiłam zaprezentować jedynie najnowsze nabytki, a konkretnie - wtorkowe zakupy.



Od góry:

Drinking Coffee Elsewhere (Pijąc kawę gdzie indziej) ZZ Packer - Kilka miesięcy temu czytałam zbiór opowiadań różnych autorów - Księga innych ludzi - którego Zadie Smith była redaktorem. Sam zbiór nie był specjalnie zachwycający, ale opowiadanie tej autorki było jednym z lepszych. Bardzo więc się ucieszyłam, kiedy znalazłam egzemplarz jej opowiadań za bardzo symboliczną cenę.

If on a winter's night a traveler... (Jeśli zimową nocą podróżny) Italo Calvino - Od jakiegoś czasu chciałam przeczytać... Chociaż ostatnio mam wrażenie, że zrobiłam się jakaś za stara (?) na literackie eksperymenty. Może właśnie ten tytuł udowodni mi, że jednak nie.

Mr. Potter Jamaica Kincaid - Bardzo podobała mi się inna książka tej karaibskiej autorki – Lucy. Mam nadzieję, że ta też będzie stanowiła udaną lekturę.

Norwegian Wood Haruki Murakami - Po (zbyt) długiej lekturze 1Q84 na długo miałam dość Murakamiego, ale pora chyba odświeżyć z nim relacje, zwłaszcza, że tak wielu jego powieści jeszcze nie czytałam.

Purple Hibiscus (Fioletowy hibiskus) Chimamanda Ngozi Adichie - Najwyższy czas również rozpocząć przygotę z literaturą afrykańską i wydaje mi się, że Adichie to dobra autorka na początek.

Women of Sand and Myrrh (Kobiety z piasku i mirry) Hanan al-Shaykh - Autorka z kraju muzułmańskiego (a konkretnie: Libanu)? Zawsze jestem na tak.

Life in a Medieval Castle Joseph & Frances Gies - To właściwie bardziej dla mojego męża, ale ja też bardzo chętnie przeczytam. Uwielbiam dowiadywać się, jak wyglądało zwyczajne życie w średniowieczu (czy innych historycznych epokach).

Tar Baby Toni Morrison Jestem w szoku, że tłumaczenie tej książki na polski nie istnieje (Czy może się mylę?), brakuje w polskiej wersji kilku innych jej tytułów. Byłam przekonana, że dostępny jest jej niemalże cały dorobek (może oprócz jakichś tam literackich esejów) w moim ojczystym języku, ale się myliłam. Dziwne. Tłumaczy się tyle badziewia, ale na resztę tytułów noblistki nikt się nie pokusił!

A Colour Rose Tremain - Od jakiegoś czasu na różnych moich listach, rekomendacjach i czym tam jeszcze. Istnieje kilka tłumaczeń jej różnych powieści na rynku polskim, ale akurat nie tego tytułu. Hm.

Woman: An Intimate Geography (Kobieta: Geografia intymna) Natalie Angier - Boję się ilu rzeczy mogę nie wiedzieć ;)

In Siberia (Po Syberii) Colin Thubron - Mam już Cień Jedwabnego Szlaku, ale bardzo chciałam posiadać również tę Syberię. Wypadałoby którąś z nich teraz przeczytać zanim zakupię kolejną książkę tego autora ;D

The Mexico Reader - Z serii readerów o poszczególnych krajach Ameryki Łacińskiej wydawanej przez Duke University Press. Każda książka zawiera najistotniejsze eseje, artykuły i teksty źródłowe dotyczące różnych aspektów historii i kultury danego kraju. Chcę mieć je wszystkie oczywiście, ale na razie posiadam Meksyk i Peru.

Chciałabym mieć jeszcze jakieś inne hobby, które nie zajmuje dużo miejsca, np. kolekcjonowanie starożytnych zapałek, renesansowych szpilek, albo wyżutych gum z całego świata. Mogłabym się wtedy skupić na tym i zachować kilka metrów nieuksiążkowionych wokół siebie...

Ale ileż można narzekać ciągle na to samo...