Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty

2012-10-05

Piątkowy raport książkowy (18)

Właśnie przeczytane: The Colour Rose Tremain, o gorączce złota w Nowej Zelandii pod koniec XIX wieku. Małżeństwo przybywa z Anglii na nieprzewidywalną wyspę, aby rozpocząć tam wspólne życie. Dzielnie zmagają się z nieprzyjazną pogodą, jak i z własnymi materialnymi brakami, do czasu kiedy Joseph znajduje w pobliskim stawie złoto. Najważniejsi w tej powieści są bohaterowie, pełnokrwiści, pełni niedoskonałości. Zdecydowana, nieprzeciętna, godna podziwu Harriet, którą pociągają przygody i niebezpieczeństwa, zaskarbiłą sobie moją sympatię, chociaż pod koniec książki postać ta zostaje, niestety, sprzedana nijakiemu sentymentalizmowi. Joseph z kolei jest absolutnie beznadziejną postacią, nie dlatego, że autorka popełniła jakieś błędy, czy niedociągnięcia w jego kreacji – wręcz przeciwnie, odmalowała przekonywująco jednego z najbardziej antypatycznych mężczyzn bez charakteru z jakimi miałam okazję się zetknąć w literaturze. Nie czytałam do tej pory niczego związanego z gorączką złota, ani tak naprawdę niczego, co działoby się w Nowej Zelandii (jak to możliwe?), więc The Colour pozwolił mi na wgląd w nieznane dotąd dziedziny i krajobrazy. Poza tym bardzo beztrosko się to-to czyta. Polecam do lżejszego czytania tym, którzy nie lubują się w typowych czytadłach.


Zdążyłam przeczytać również Sirindingo Pisingollo i inne dziwne opowiadania kubańskiego pisarza i artysty Samuela Feijóo. Bardzo osobliwe, żartobliwe króciutkie historyjki o cyrkowym klimacie, nie tylko dlatego, że Feijóo często pisze właśnie o cyrku, ale też dlatego, że w jego opowiadaniach pojawiają się często egzotyczne zwierzęta (zwłaszcza słonie!), jak również ludzie traktujący swoje porażki z humorem, niczym grupa clownów, albo którzy niebezpiecznie lawirują między smutkami, jak akrobaci. Do reszty nie pasuje tylko jedno opowiadanie, trochę chaotyczne zdarzenie z czasów rewolucji, które było jednak lekko nudne, nawet dla takiej fanki wszelkich rewolucji jak ja. Jest również kilka opowiadań metafikcyjnych, gdzie autor zwraca się do czytelników dzieląc się z nimi refleksjami na temat tego, o czym właśnie pisze, lub ma napisać. Najbardziej urzekło mnie to z nich, które autor pozostawił niedokończonym, a od którego jednak musiał się uwolnić przenosząc je na kartkę. Cytuję w całości ostatni akapit tego opowiadania:

”A jeżeli po starannym opisaniu tej osobliwej historii o miłości, po znalezieniu dla niej godnego zakończenia, być może nawet pasującego do dziwnego charakteru całości, czytelnik, który zawsze czeka na więcej i na coś wspaniałego, na intrygę tyleż zagmatwaną co finezyjną, znajdzie mniej, niż się spodziewał, i to coś bardzo prostego i znanego, co nie będzie miało sensacyjnego finału, tylko zjawi się jak zwyczajny wiatr w południe, jak zwyczajny uśmiech albo zwyczajne krzesło czy zwyczajna szklanka, które przez fakt, że stale widzi się je i używa, tracą już swój urok?”

Teraz czytam: Wczoraj rozpoczęłam Ilustrado Miguela Syjuco i wciąż jestem zbyt wcześnie w książce, aby móc o niej powiedzieć coś więcej, oprócz tego, że: tak, dałam się nabrać i myślałam, że Crispin Salvador jest postacią realną, ale niezrównane Internety mnie wyprowadziły z błędu... To bardzo inspirujące, kiedy ktoś tak realnie pisze o nieistniejącej postaci. Ale co niby wskazuje na tę realność? Sfingowane przypisy? No, ale refleksję opiszę w prawidłowej, mniejszej, czy większej, recenzji, już po lekturze.

Zmagam się też z Mobym Dickiem Melvilla, a właściwie od tygodnia nie przeczytałam ani jednej linijki, a jestem mniej więcej, i jak się przymnknie oko na parę stron, po lekturze jednej trzeciej całości. Bardzo chcę przeczytać ten fundament amerykańskiej powieści, i pewnie to zrobię, aczkolwiek może mi to zająć tyle samo czasu ile trwało polowanie na białego wieloryba.



W następnej kolejności: Sama nie wiem, ostatnio nie planuję kolejnych lektur, wolę się bawić w długie zastanawianie się i wybieranie. Wiem tylko, że chcę czytać więcej non-fiction, bo też ostatnio kupuję coraz więcej tego typu książek.

Poezja: Ostatnio czytam wspaniały tomik Joy Harjo, amerykańskiej poetki natywnej, She Had Some Horses. Lubię, kiedy poeci umieją opisywać naturę i jej siły w sposób, który mnie nie nudzi. Tym znającym angielski polecam na wieczór lekturę Anchorage.

2012-09-24

"Small World" ("Wysepka") Andrea Levy

Wysepka, bo taki tytuł ma wydanie polskie, to ciepła i mądra powieść, która, pomimo tych nudnych przymiotników, którymi ją właśnie opisałam, nie jest na granicy byle jakiego czytadła. Ponad 500-stronicowa książka, dzięki ciekawym zabiegom narracyjnym, zaznajamia czytelnika z historiami czterech postaci – Hortense, Gilberta, Queenie i Bernarda. Każda z nich opowiada o pewnym rozdziale swojej przeszłości, jak również o wydarzeniach, które związują wszystkich bohaterów ciasnym supłem, mających miejsce w roku 1948, w Londynie.

Hortense i Gilbert pochodzą z Jamajki, a przyjeżdżają do Londynu w poszukiwaniu przysłowiowego „lepszego życia”. Gilbert już wcześniej był w Anglii, gdyż walczył na wojnie razem z brytyjczykami, więc zdawał sobie sprawę z tego, że zamiast „lepszego”, to życie będzie po prostu „inne”. Hortense natomiast nie miała zielonego pojęcia czego się spodziewać i na swojej „wysepce”, za każdym razem, gdy myślała o Wielkiej Brytanii, widziała siebie w domku, przy kominku, niespiesznie popijającą gorącą herbatę. Bardzo intrygująca z nich para - towarzyski, dyplomatyczny Gilbert i wyniosła, kategoryczna Hortense, ale oboje nie zastanawiali się nad dopasowaniem, kiedy dokonali transakcji – ona pożycza mu pieniądze na podróż z Jamajki do Wielkiej Brytanii, on się z nią tuż przed odjazdem żeni i, kiedy już osiądzie w Londynie, obiecuje po nią posłać, aby mogła do niego dołączyć. To jedyny sposób, aby marzenia obojga o trochę większej wysepce spełniły się.

Kiedy po jakimś czasie Hortense dołącza do Gilberta jest przerażona warunkami, w jakich on egzystuje – jeden pokój ze zlewem i ogrzewaniem gazowym, które trzeba opłacać co jakiś czas monetą. A pokój, to jeden z kilku, które wynajmuje Queenie, niegdyś córka rzeźnika, obecnie żona urzędnika bankowego, Bernarda, który od 3 lat nie wraca z wojny. Hortense nie może zrozumieć, jak ciężko było Gilbertowi znaleźć chociażby i to miejsce z powodu... koloru jego skóry.

Kilkakrotnie spotykałam się w Internecie ze stwierdzeniami, że w Europie, czy konkretnie Wielkiej Brytanii, rasizm nie stanowił wielkiego problemu w porównaniu z rasizmem amerykańskim. Być może, rzeczywiście, ten problem nie był w Europie tak wyrazisty, co zresztą uwidacznia się w książce – Gilbert ostatecznie przyznaje, że podczas wojny bardziej od nazistów nauczył się nienawidzić amerykańskich żołnierzy, mimo iż, jako nacje, byli po tej samej stronie. Nie oznacza to jednak, że europejski problem rasizmu był marginalny. Według powieści Levy, nikt nie chciał czarnoskórych przyjąć na pokój, ani do pracy, ani na studia, mimo iż obiecano wszystkim żołnierzom możliwość studiowania. Problem w tym, że Gilbert marzył o prawie, a czarnoskóry mężczyzna studiujący prawo był nie do przetrawienia dla Brytyjczyków. W zamian polecono mu kierunki bardziej techniczno-zawodowe, co było dla naszego bohatera niczym policzek. Trzeba przyznać również, że nie tylko czarnoskórzy znajdowali się na celowniku brytyjskich filistrów. Ci ostatni poagardzali też ludźmi biednymi i kiedy domy gorzych klas społecznych zostały zburzone przez bombardowania, klasa średnia pałała świętym i, według nich słusznym, oburzeniem, że muszą użyczać „ludziom tego rodzaju” własne mieszkania. Lecz czarnoskórzy - to było dla wielu zupełnie nie do pomyślenia! W książce kilkakrotnie pojawia się populistyczny i pozornie logiczny argument wypowiadany przez różne postacie, że przecież walczyli na wojnie po to, żeby każdy miał swój kraj, przede wszystkim, żeby Brytyjczycy mieli Wielką Brytanię, a tu proszę, przybysze z kolonii, na dodatek czarnoskórzy. Na sugestię, że Jamajczycy, czy obywatele innych brytyjskich kolonii, walczyli ramię w ramię o ich kraj, wzruszali jedynie ramionami. Myślę, że Andrea Levy ukazuję kawał bardzo ciekawej historii brytyjskiej, chociaż niezbyt chlubnej dla samych Brytyjczyków. To jednak bardzo ważne, żeby i Brytyjczycy, jak również i inne narody, uczyli się dalej na starych błędach, by nie popełniać ich na nowo.

Obecny multikulturalizm Londynu, który głęboko wpisuje się w jego charakter, świadczy o tym, że Wielka Brytania bardzo wiele się od 1948 roku nauczyła, czego pozostaje tylko życzyć wielu innym państwom. Small Island jest natomiast idealną lekturą dla tych, którzy są ciekawi konfliktów między kulturami i mają ochotę na kawał dobrej, lecz nie ciężkostrawnej, literatury.

2012-03-24

"Kamienni bogowie" Jeanette Winterson

Czasem dobrze jest przeczytać kiepską książkę, żeby potem przyjemniej czytało się te naprawdę dobre. Szkoda tylko, że tą kiepską książką musiała być dla mnie ta autorstwa Jeanette Winterson, autorki należącej do moich ulubionych.

Miałam, i być może ciągle trochę mam, straszne wyrzuty sumienia, że fatalnie czytało mi się Kamiennych Bogów. Teraz mam również i inne wyrzuty sumienia - bo recenzuję książkę, której nie doczytałam do końca (zostało mi 35 stron z 206). Ale tak się z nią przemęczyłam przez ostatnie dwa wieczory, że wydaje mi się, że jednak zdobędę się na wątpliwą przyjemność zjechania jej, mimo wszystko. Początkowo myślałam, że może coś ze mną i z moim czytaniem jest nie tak, że nie mogę się skupić i odpowiednio wczytać w jej styl... Pod koniec już tylko bezmyślnie jeździłam wzrokiem po kartkach próbując mniej więcej orientować się co się dzieje, aż w końcu stwierdziłam, że takie czytanie zupełnie nie ma sensu, zwłaszcza gdy czekają na mnie dziesiątki, z pewnością ciekawszych, książek. Okropna porażka.

To chyba miało być science fiction. Nie lubię operować szufladkami, ale od pierwszych stron trudno się nie oprzeć wrażeniu, jak bardzo Winterson chce się wbić w umoralniającą wersję tego gatunku. Kobieta o imieniu Billie Crusoe i Robo sapiens (tak!), Spike (też kobieta), zakochują się w sobie podczas lotu na nowo odkrytą planetę. Ziemia, zwana tutaj Orbusem, umiera, przez zanieczyszczenia bodajże (właściwie to cholera wie przez co) i ludzie (Ci bogaci) mają nadzieję przenieść się na nową planetę, po tym jak zabite zostaną na niej wszystkie dinozaury. Orbus podzielony jest na MoscoSino Pact, Eastern Caliphate i The Central Power. Ci ostatni to chyba z założenia mają być... no właśnie, kto? Biali Europejczycy i Amerykanie? Ogólnie jak widzę tego typu sztampowe podziały, to, eufemistycznie mówiąc, otwiera mi się w kieszeni sto tysięcy noży. Nawet jeżeli Winterson używa tego podziału w sposób prześmiewczy (chociaż tego nie widzę), to i tak działa mi to niewiarygodnie na nerwy. Uważam, że powielanie takich wymysłów w literaturze (sci-fi, czy nie) wyrządza równie ogromne szkody, co nierzetelne media. To jest jednak tylko pierwsza część. Potem jest krótki rozdział o rozbitku na Wyspie Wielkanocnej w XVIII wieku, potem znowu wracamy jakby do tej przyszłości, czy też do alternatywnej rzeczywistości, bo już się gubię w tym momencie (Billie urodziła się w latach 60-tych? 40-tych? XX wieku), a w pierwszej części ma 40 lat i leci w kosmos? A może to są dwie inne osoby, chociaż nazywają się tak samo? Hmm. Może to akurat jest wyjaśnione na tych stronach, które opuściłam.

Zdawałoby się, że powinno być, mimo niewiarygodności, ciekawie. Pierwsza część nawet mnie zainteresowała, chociaż cały czas myślałam, że to nie ta sama, dobra Winterson z Namiętności i Płci wiśni, ani nawet, z wydanego przecież zaledwie dwa lata przed Kamiennymi Bogami, fantastycznego Brzemienia. Jednak później było coraz gorzej. Ten minimalistyczny styl, który zawsze uwielbiałam, był blady i nijaki, niektóre zdania i wtrącenia kompletnie nic nie wnoszące i nic nie znaczące. Powtórzenia, często stosowane przez autorkę, nigdy wcześniej mi nie przeszkadzały, teraz doprowadzały mnie niemal do szału. Najdziwniejsze jest to, że często zgadzałam się z jej moralizującymi opiniami w tej powieści, chociaż uważam, że jej prognozy są mocno przesadzone. Ale to, że się z nimi zgadzam nie znaczy, że podoba mi się sposób, w jaki są zaserwowane. Ponadto aż się roi na kartkach tej opowieści od bezcelowych gadek-szmatek, przemyślnień i filozofii o sensie człowieczeństwa i tym podobnych... Nawet kiedy niektóre z nich zaczynają gdzieś prowadzić, nagle się urywają, albo skręcają w stronę ogólników. Nie wierzę, że Jeanette Winterson mogła coś takiego popełnić. A jednak.

Może mojemu rozczarowaniu winny jest też fakt, że i moje czytelnicze gusta się zmieniły i styl brytyjskiej pisarki zwyczajnie już nie przypada mi do gustu (chociaż jeszcze dwa lata temu musiałam ponownie przeczytać Namiętność na studiach i ukochałam tę powieść jeszcze mocniej, niż wcześniej). Trudno stwierdzić. Może to jest po prostu słaba książka, aczkolwiek wiem, że jestem w swoich odczuciach co do niej dość odosobniona.

Cieszę się, że wreszcie skończyłam tę książkę, a wyniosłam z niej dwie rzeczy: Po pierwsze, moralizatorstwo w pisarstwie strasznie śmierdzi. Po drugie, stosowanie non-stop tych samych chwytów pisarskich cuchnie równie mocno.

A na Goodreads dałam dwie gwiazdki, z czego jedna z sentymentu. O!

2012-03-07

"Wariacje na temat rodziny Bradshaw" Rachel Cusk

Może to przez kontrast z moją poprzednią lekturą, ale Wariacje na temat rodziny Bradshaw brytyjskiej pisarki Rachel Cusk zbytnio mnie nie poruszyły. Z jednej strony jestem pod dużym wrażeniem tego, z jaka precyzją Cusk dokonuje sekcji na umysłach swoich bohaterów, rozpatrując każdą ich myśl pod mikroskopem, ale z drugiej, denerwowała mnie ta narracyjna wszędobylskość i naukowo-aroganckie rozpanoszenie się w uczuciach postaci, na tyle, że dla czytelnika nie było już miejsca. Poza tym coś zimnego tkwi w tej powieści. Chyba dlatego właśnie przedstawiam tutaj okładkę anglojęzycznego wydania, bo wystarczy na nią spojrzeć, a już robi się chłodno, pomimo że nie ma na nim elementu bezpośrednio nawiązującego do zimna. Identycznie ma się sprawa z tą książką.

Poznajemy trzech braci Bradshaw, ich żony i dzieci, ich codzienność. Krótkie rozdziały są czasem niczym niezależne opowiadania, by innym razem okazać się mocno związanymi z poprzednimi. Są wariacjami – luźnymi konstrukcjami, gdzie, mimo wszystko, dane motywy powtarzają się, powracają. Każda z tych postaci prowadzi życie we względnym dobrobycie, jednak (oczywiście) jest w ten, czy inny sposób, niezadowolona, nieusatysfakcjonowana, jednocześnie nie wiedząc, co im może tę satysfakcję przynieść. Szczerze powiedziawszy, takie historie „klasy średniej, której się życie jakoś podnudziło, przynudziło i wynudziło,” jak kotlet, już mnie raczej nie ruszają. A nie zapomnijmy, że tej wewnętrznej niepełnosprawności bohaterów w dużej mierze (przynajmniej tak, moim zdaniem, ta proza sugeruje) winni są ich beznadziejni rodzice. Ten motyw nieudanych rodziców (sic!) też mnie już w literaturze trochę znudził.

Jako ciekawostkę muszę jednak wspomnieć, że prawdopodobnie jedyną ciepłą osobą w tej książce jest Olga, polska imigrantka, która pracuje jako sprzątaczka w szpitalu. Bardzo wzruszyły mnie opisy tego, jak widzi swoją przeszłość w Polsce – w ciepłych barwach, w zestawieniu z szarą teraźniejszością. Pod koniec tego samego rozdziału okazuje się, że to nie Polska jest ciepła, ale prywatna historia Olgi, przeszłość po prostu. Olga wyprowadza się z domu Thomasa Bradshaw, gdzie była sublokatorką, aby zamieszkać ze swoim chłopakiem, Litwinem, i teraz już mały, smutny, średnio-lubiany kiedyś pokoik u Bradshawów, w jej pamięci pozostanie ciepły, słoneczny, tęczowy.

Mimo wszystko było w tej książce parę akapitów wartych podkreślenia i przemyślenia. Na pewno Rachel Cusk jest pisarką zdolną, o wyjątkowym zmyśle obserwacji i szczególnym stylu. Nie potrafiłabym jej tego odmówić. Jednak jej proza chyba nie jest dla mnie. Być może nie w tym momencie życia. Może za 10 lat? Chociaż, szczerze mówiąc, nie chciałabym być trzydziestoparolatką, która będzie się identyfikować z tą lekturą i jej zimnymi, trochę bezcelowymi, bohaterami, do których naprawdę ciężko poczuć choćby odrobinę sympatii. Posiadam jeszcze tej pisarki Arlington Park, bo gdzieś wyszperałam za dolara (ha!) i pewnie kiedyś przeczytam. Może mnie zaskoczy. Albo utwierdzi w przekonaniu, że pisarstwo Cusk to zupełnie nie moja bajka.

2011-02-27

"The British Museum is Falling Down" David Lodge

Jednak poczucie humoru Lodge'a jest jedyne w swoim rodzaju i trochę za nim tęskniłam. Ostatnio przeczytałam jakąś jego powieść chyba 2 lata temu i była to "Zamiana", która średnio przypadła mi do gustu. Ale poprzednio, jeszcze dawniej, przeczytane "Small World", albo "How Far Can You Go?" były naprawdę dobre. Być może po przełożeniu na polski David Lodge śmieszy mniej. To się okaże, kiedy pewnego razu sięgnę po "Autor, autor."

Malutka książeczka, będąca przedmiotem tej recenzji, jest także dostępna po polsku pt. "British Museum w posadach drży" i była wydana stosunkowo dawno temu przez Rebis. Na 160 stronach dostajemy dzień z życia doktoranta, Adama Appleby, który pracuję nad swoją rozprawą w British Museum właśnie. Jednak zamiast skupić się na pracy naukowej, Adam rozmyśla o beznadziejności swojego życia w obliczu kolejnej, czwartej ciąży swojej żony przy, paradoksalnie, niemalże zupełnej ascezie pożycia małżeńskiego ich dwojga. A wszystkiemu winny katolicyzm! Bo on i jego żona, jako praktykujący katolicy, nie używają ani prezerwatywy, ani tym bardziej pigułki, która w tym czasie (pierwsza połowa lat 60-tych) jest wciąż nowinką. Zamiast tego stosują tzw. "kalendarzyk" i mierzenie temperatury. W ten sposób "dorobili się" już trójki dzieci, chociaż jedyne z czego się utrzymują to stypendium naukowe męża.

Adam, zamiast skupić się na komponowaniu i sporządzaniu kolejnych fiszek w bezpiecznym zaciszu czytelni British Museum, pakuje się w różne dziwne, komiczne sytuacje. Wiele z nich to zresztą aluzje do innych dzieł literackich, czy sposobów kreowania rzeczywistości przez innych pisarzy: Virginię Woolf, Jamesa Joyce'a, Franza Kafkę... To dość niewiarygodne ile zdarzeń i motywów Lodge upchał w książce tak króciutkiej. Muszę przyznać, że pod względem kompozycji, gdzie zdarzenia zachodzą po sobie, wiążą się ze sobą, tworzą napięcie i nieoczekiwanie wyjaśniają się, musi to być najlepsza powieść tego autora jaką dotąd przeczytałam. Generalnie w jego pisarstwie odczuwalny jest niemalże nabożny szacunek do standardowej konstrukcji powieści, ze wszystkimi zwrotami akcji i realizmem opisów, przy jednoczesnych postmodernistycznych odwołaniach do innych dzieł, czy zjawisk popkultury. Urzeka mnie to, bo sama nigdy bym tak nie potrafiła, nawet po 100.000 latach kursów kreatywnego pisania.

No i warto przyjrzeć się jaką udręką może być życie seksualne dla tych dwojga bohaterów! Brrrrr! David Lodge nie tylko w tej książce wskazuje na archaiczność i oderwanie od rzeczywistości ustaleń i poglądów kościoła katolickiego. Ale zawsze robi to inteligentnie, wszelkie sobory i inne takie mogłyby go uznać za równego sobie przeciwnika w dyskusji. Gdyby tylko chciały, a pewnie nie chciałyby ;)

Polecam tę książkę każdemu, kto potrzebuje się odprężyć i pośmiać, ale nie przy czymś skończenie durnym, a wręcz przeciwnie - przy intrygującej literaturze.

(P.S. Uwielbiam okładki tych nowych wydań książek Lodge'a przez Penguin Books. Ja mam akurat starsze wydanie, gdzie okładka wygląda jak do powieści dla 9-latków.)

2010-12-25

"The Bloody Chamber" Angela Carter

Jedną z największych zbrodni polskich wydawców jest niemal całkowity brak zainteresowania prozą Angeli Carter. Kilka jej powieści zostało przetłumaczonych, w tym niedawno wydana przez Znak pt. "Mądre dzieci". Jednak mały zbiorek opowiadań będący tematem tego wpisu, czy chociażby "Love", książkę, którą uważam za arcydzieło, chociaż czytałam ją dobre parę lat temu, ich czytelnik polski, a niezainteresowany czytaniem w oryginale, raczej nie pozna. A szkoda!

"The Bloody Chamber" to na nowo przez Carter napisane bajki... Czerwony Kapturek, Sinobrody, Piękna i Bestia, Kot w Butach. Czy muszę dodawać, że nie są to bajki dla dzieci? Przede wszystkim dlatego, że przesycone są cielesnością, tą drugą stroną legend i baśni, która nigdy nie jest w nich eksponowana, a jedynie sugerowana przez wilka pożerającego babcię, albo przez Sinobrodego zabijającego swoje żony. Autorka daje tym ziarnkom przemocy i związków męsko-damskich, jakimi raczą nas oryginalne opowieści, rozkwitnąć w baśnie pełne namiętności. Namiętności, które jest jak róża - odurza zapachem, rani do krwi.

Wszystkie opowiadania skupiają się na związkach między kobietą a mężczyzną, gdzie więcej się traci, niż zyskuje. Te związki są pułapką, odosobnieniem, przekleństwem, ale jednocześnie są nieuniknione. Kobiety z tych opowiadań nie są zakochującymi się słodkimi idiotkami. Są, owszem, bezbronne, ale bezbronne wobec tego, co dzieje się z nimi, wewnątrz, nie bezbronne wobec tego co na zewnątrz. Ich ciało nie jest ofiarą dla mężczyzn. Jest zagadką, to w nim mieszka zagubiona, ale namiętna, dusza, więc posiada ono tajemniczą siłę.



Język. Jest piękny. Gęsty jak miód, odurzający. Zdania następują po sobie jak leniwe koty, trudno oderwać wzrok od ich majestatycznych niespiesznych kroków. Takie bajki mogłabym czytać często ;)

Jeden z cytatów, który sobie wypisałam. Nie reprezentuje on może piękna stylu Angeli Carter w 100%, ale jest niezwykły, mimo (czy może właśnie dlatego) iż mówi o powszechnym, dobrze znanym (każdemu kto kocha) pragnieniu:
"His skin covers me entirely; we are like two halves of a seed, enclosed in the same integument. I should like to grow enormously small, so that you could swallow me, like those queens in fairy tales who conceive when they swallow a grain of corn or a sesame seed. Then I could lodge inside your body and you would bear me."

Muszę zapolować na więcej jej powieści gdzieś, może nawet kupię te "Mądre dzieci". Bo warto.

Cóż, wiedziałam, że jak zacznę Witkacego, to będę go miętlić długo, więc w międzyczasie czytam też inne rzeczy... Zwłaszcza, że mam nowy świąteczny stos z książkami, które najchętniej zaczęłabym czytać wszystkie na raz od razu. Stos może zaprezentuje jutro ;)

2010-12-06

"When We Were Orphans" Kazuo Ishiguro

To pierwsze moje spotkanie z Ishiguro i oceniam je raczej nijak. A wielka to szkoda i lekka rozpacz, bo to w końcu nie byle kto, ale I-shi-gu-ro. Nie wiem czego się spodziewałam, może krzyżówki McEwana i Murakamiego z domieszką jakiejś grzmiącej postkolonialnej nuty. No postkolonializm zarysowany jest w tej powieści, owszem. Ale grzmi słabo. Raczej pobrzmiewa z lekka...

Książka ma jakieś 370 stron z czego pierwsze 250 można uznać za długą, bardzo długą uwerturę. Mamy w tym mega wstępie wspomnienia głównego bohatera, co nieco o jego obecnych poczynaniach, oraz opis poznania tej Kobiety (a na imię jej Sarah było). Sam nasz bohater jest dość nudnawy i beznamiętny. W zasadzie niewiele się o nim dowiadujemy. Może tylko tyle, że jest detektywem i że jest irytujący. Jego Kobieta jest równie denerwująca. Fakt, że mówiła całkiem serio (chociaż kto ją tam wie) o związku tylko ze znanym, ogółowi "dobrze robiącym", mężczyzną jak o życiowej misji, nie przekonuje mnie do niej ani trochę.

A jaki styl! Każde zdanie jest odmierzone linijką i chyba suwmiarką również. Czegoś takiego nie widziałam jeszcze. Ja rozumiem, akcja się odbywa z dawien dawna, głównie pod koniec lat 30-tych, ale TE zdania, TE zdania! Ktoś by powiedział "No to co, elegancki, smokingowy, operetkowy styl pisania. Co w tym złego?" Niby nic. Ale po stu takich stronach człowiek się czuje taki zmaltretowany przez krystaliczność angielskiej składni, że nie wie co ma ze sobą zrobić. Kazuo, poluzuj!

No więc jeśli bohaterowie tacy sobie, styl nie-tego, to może akcja? Akcja, owszem, na ostatnich 100 stronach. Nawet nie najgorsza, aczkolwiek nie pozbawiona patetyczności. Smutne zakończenie, nawet (NAWET!) nasuwa parę refleksji ogólnie egzystencjalnych, ale trochę za późno, trochę za słabo, i trochę zbyt naiwnie to nasuwanie się odbywa. Plus chyba tylko za zobrazowanie pewnego okresu historii Chin, o którym nie miałam zbyt wiele pojęcia.

Ale to może wina nieadekwatnego czytelnika, czyli mnie. Pewnie jestem trochę niesprawiedliwa, ale rozczarował mnie ten Ishiguro. Seriously.

2010-03-21

"Namiętność" Jeanette Winterson


Tę książkę czytałam po raz pierwszy parę lat temu, teraz zrobiłam to po raz drugi na potrzeby naukowo-magisterskie. I dobrze, że tak się stało, gdyż, z tego co pamiętam, nie polubiłam wówczas tej powieści (króciutkiej, bo króciutkiej) tak jak powinnam. Czyli TOTALNIE.

Zagadnienie namiętności jest dla mnie chyba jednym z ciekawszych. Nie można go jednoznacznie określić, zdefiniować. Przede wszystkim - nie można zrozumieć.

W książce jest ono rozważone z różnych stron, ale rozważania te zadają tylko tony pytań i tak zasypanego zostawiają czytelnika. Według moich wniosków wysnutych na podstawie lektury, namiętnością jest obsesja, która jest jednocześnie przeznaczeniem. Obsesja, która jest ponad dobrem i złem, ponad białym i czarnym. Ponad wszystkimi kolorami.

Przy tym jednak, ludzka wola nie jest tak zupełnie bez znaczenia. Powieść ma dwóch narratorów. Mężczyzna, Henri, wydaje się bezwolny i niezdecydowany. Jego miłość (namiętność ślepego oddania?) do Bonapartego wynika z wpływu księdza-nauczyciela, opowieści o wybrańcach, świętych, męczennikach. Drugi narrator jest kobietą. Villanelle od początku kształtuje siebie, wie czego chce, dlatego jej namiętność nie rujnuje jej. Wie, kiedy się od niej odciąć, i dokładnie rozumie dlaczego.

Czy namiętność zawsze musi prowadzić do ruiny? Jeżeli się nie płonie, aż do ostatecznego spalenia fundamentów, to nie jest namiętność. Ale to już moja własna interpretacja zjawiska.

"Twierdzę, że ją kocham. Co to znaczy?
Oznacza to, że oglądam moją przeszłość i przyszłość w świetle tego uczucia. To tak jakbym pisał w obcym języku, który nagle potrafię przeczytać. Ona wyjaśnia mi mnie samego bez słów. Jak geniusz nie jest świadoma tego, co czyni"