Ciężka sprawa z tym Jamesem. Dotychczas miałam do czynienia, i bardzo dawno, z Daisy Miller, która specjalnie mnie nie zachwyciła, ale wydawała się solidną, chociaż dość typową, powieścią realistyczną. Teraz postanowiłam skubnąć jego dłuższe opowiadanie (ok. 120 stron) pt. W kleszczach lęku (The Turn of the Screw). Niestety moje skubanie przerodziło się w okazjonalne i coraz bardziej niechętne dogryzanie.
Zaczyna się naprawdę ciekawie. Podczas spotkania kilkorga przyjaciół, jeden z mężczyzn twierdzi, że zna przerażającą historię, o której kiedyś opowiedziała mu pewna kobieta. Wznieciwszy zainteresowanie odmawia jednak jej zrelacjonowania twierdząc, że uprzednio musi pojechać po rękopis, autorstwa tejże kobiety, otrzymany przed jej śmiercią, z którego będzie swoim znajomym czytał. Po tym wprowadzeniu, kiedy to mężczyzna wreszcie go przytaszczył, „słuchamy” już tylko rękopisu.
Bohaterka jest guwernantką, która zgłasza się do opieki nad siostrzenicą i siostrzeńcem pewnego mężczyzny na stałe przebywającego w Londynie, który nie interesuje się wychowaniem dzieci, a ponadto nie życzy sobie, żeby informowano go o jakichkolwiek problemach. Dzieci, wraz z opiekunką – panią Grose, przebywają w dworku Bly. Gdy guwernantka tam się zjawia jest zachwycona dziewczynką, Florą, jej przykładnym zachowaniem i słodyczą. Ma nadzieje, że chłopiec, który ma wkrótce wrócić ze szkoły na wakacje, będzie równie grzeczny. Na dzień przed jego przybyciem otrzymuje jednak list, że chłopca wydalono ze szkoły. Wyobrażenia o tym, jak paskudny charakter musi mieć chłopiec zostają rozwiane przez jego nienaganne zachowanie i błyskotliwość. Wkrótce jednak sielanka opieki nad dwoma aniołkami zostaje przerwana przez pojawiające się zjawy, najpierw mężczyzny, potem również i kobiety – byłej guwernantki, Miss Jessel...
Tak, to historia o duchach. Prawda, że wydaje się interesująca? Guwernantki, dworki, duchy. Miałam ochotę na taki klimat, wprowadzający rozdział dał mi nadzieję na niesamowitą lekturę. Więc co było nie tak? W kleszczach lęku okazało się opowieścią okrutnie nudną. Już dawno nie wynudziłam się tak na żadnej książce. Styl jest paskudnie rozwklekły, zdaje się, że James przesadził w charakteryzacji „stylu zapisków dziwnej guwernantki”, bo nie wydaje mi się, żeby to był jego styl domyślny. Zakończenie jest otwarte i powinno dawać do myślenia, ale jest tak pogrzebane pod warstwą kilometrowych, stokrotnie złożonych (a jednak, w angielskim, jest to możliwe) zdań i zawikłanych refleksji. Wydaje się, że to jedna z tych książek, które się dobrze interpretuje na zajęciach z literatury, ale czyta się wręcz potwornie, chociaż muszę przyznać, że to naprawdę piękna angielszczyzna. Nie mam problemu z literaturą klasyczną, był czas, kiedy czytałam tylko taką. W obu językach – po polsku i po angielsku. Wydaje mi się jednak, że można było 100-150 lat temu pisać piękną angielszczyzną, ale do rzeczy i jaśniej. Cóż, albo nie czytałam klasyki już bardzo długo, albo akurat ten Henry James mnie w tym momencie przerósł. Być może lepiej by mi poszło z polskim tłumaczeniem? Polecam jedynie ogromnym fanom powieści gotyckiej i klasyki.
Przerwa od klasyków zarządzona!

"Biedny nasz nieoszacowany phofesoh chhonicznie chohy na nieuleczalny wymiot" - mistrz Gombro
2012-04-07
"W kleszczach lęku" Henry James
2012-03-19
"Dziewczęta z Szanghaju" Lisa See
Lisa See teoretycznie mogłaby pisać powieści melodramatyczne osadzone w jakichś malowniczych, amerykańskich wioskach. Mogłaby być kolejną Jodi Picoult, albo kimś podobnym. Ale nie jest, głównie dlatego, że bohaterami jej powieści są chińskie kobiety, a ich akcja toczy się, zazwyczaj, właśnie w Chinach. I chwała jej za to, bo czystej Picoultowskiej twórczości nie mogę zdzierżyć. Proza See ma w sobie jednak sporo tego melodramatyzmu, który przechyla się w stronę czytadłowego bardziej, niż subiektywno-zagadkowego, ale nie aż tak mocno, żebym zaczęła wywracać oczami, wzdychać i ogólnie mieć ochotę zarzucić czytanie. Wręcz przeciwnie, jej powieści są bardzo wciągające, a jednocześnie nieirytujące. I dostarczają wiele bardzo interesujących informacji, aczkolwiek zawsze muszę pamiętać żeby podchodzić z dystansem do wszelkich kulturowych rewelacji w fikcji, czy jest to fikcja autorstwa See, czy Buck, czy Ma Jiana.
Wymądrzam się tak, jak gdybym przeczytała już wszystko Lisy See, a to jest dopiero moja druga powieść jej autorstwa, po Kwiecie śniegu i sekretnym wachlarzu. Dziewczęta z Szanghaju jest dla mnie interesująca nie tylko dlatego, że opowiada o jednej z większych metropolii Chin lat 30-tych, ale również przez wzgląd na tematykę imigracyjną, obraz życia chińskiej społeczności w Los Angeles. Podobnie jak w Kwiecie śniegu, głównymi bohaterkami są dwie dziewczyny, tutaj siostry, Pearl i May, gdzie narratorką jest pierwsza z nich. Mieszkają razem z rodzicami w Szanghaju, trochę rozpieszczone i płytkie, dostrzegają tylko radości i przyjemności, jakie przynosi życie. Mnóstwo barw i zapachów, kolorów; synteza wpływów Wschodu i Zachodu. Same dziewczęta pragną być jak najbardziej „zachodnie”. Ich sielskie życie kończy się wraz z bankructwem ich ojca, właściciela firmy wynajmującej ryksze, oraz wraz z inwazją Japonii na Chiny. Pierwsze doprowadza do zaślubienia May i Pearl z chińczykami amerykańskiego, jak na początku wierzono, pochodzenia. To drugie, o przerażających konsekwencjach, ostatecznie zmusza bohaterki do podążenia za wmuszonymi im małżonkami na inny, obcy kontynent.
Na początku czeka je długi pobyt na Angel Island, pacyficznym odpowiedniku Ellis Island. Potem życie pod jednym dachem z małżonkami i ich rodziną. Z początku ma się wrażenie, że rodzina będzie składała się z typowych, papierowych i czarnych bohaterów, ale See zadbała o to, by ich jednoznaczna ocena nie była taka prosta. Nie chciałabym się więcej rozpisywać o fabule, żeby niczego nie zdradzić ewentualnym przyszłym czytelnikom, bo powieść jest dość poważnie wypełniona różnymi sensacyjnymi odkryciami. Zwrócę jeszcze tylko uwagę na prawdziwą moc informacji zawartą w tej książce: kim byli 'papierowi synowie', jak była traktowana chińska społeczność w USA w czasie wojny z Japonią, a następnie podczas zimnej wojny, w jakich zawodach zazwyczaj pracowali chińscy imigranci. Sama nie wiedziałam, że ta ludność była tak dyskryminowana jeszcze w latach 50-tych. See dość odważnie rozprawia się z tym traktowaniem, nie usprawiedliwia Amerykanów, ani nie gloryfikuje Ameryki, chociaż główni bohaterowie szybko odkrywają, że stali się jej obywatelami, nie dzięki papierom, ani bynajmniej nie dzięki przywilejom, ale przez wszystko, co tu przeszli i przetrwali.
Warto też zwrócić uwagę na same główne bohaterki, o wiele ciekawiej przedstawione, niż te w Kwiecie śniegu, chociaż wciąż ich charakterologia, czy nawet przemyślenia bohaterki-narratorki, pod względem oryginalności oraz wnikliwości pozostawiają trochę do życzenia.
Mimo iż pisarstwo Lisy See nie jest zbyt wymagające (a przez to również średnio wynagradzające w głębokie przemyślenia), to jest jednak bardzo udane, wciągające i ciekawe. Na pewno w przyszłości sięgnę po inne jej książki, przede wszystkim po, nieprzetłumaczony jeszcze na język polski, sequel do Dziewcząt z Szanghaju - Dreams of Joy.
2012-03-15
"Pieśń Salomonowa" Toni Morrison
To nie było moje pierwsze spotkanie z prozą Toni Morrison, uprzednio czytałam już Umiłowaną i The Bluest Eye, chociaż było to lata temu. Oprócz zdecydowanego poczucia, że książki badzo mi się podobały, nie zostało ze mną nic więcej. Może przez tę kiepską pamięć tak długo zwlekałam z przeczytaniem kolejnej jej książki. Teraz już nie będę taką zapominalską, zamierzam przeczytać wszystkie jej książki, koniec i kropka.
Będzie mi trochę trudno pisać o Pieśni Salomonowej z tego względu, że czytałam ją w języku angielskim, a dla tej powieści niezmiernie ważne jest nazewnictwo postaci, które będę musiała podać po angielsku. Głównym bohaterem jest Macon „Milkman” Dead (jego ojciec i dziadek nosili takie samo imię i nazwisko) – brzmi to, jak „makin' dead”. Dziadek Milkmana otrzymał je przez przypadek - gdy chciał się zajerestrować w biurze wolnych byłych niewolników, biały urzędnik przez pomyłkę w miejsce imienia wpisał miasto urodzenia, a w miejsce nazwiska wpisał dane o ojcu (dead). Najmłodszy Dead pracuje w biurze nieruchomości swojego ojca, rozpieszczany przez życie, jest próżny i chciwy. Nie próbuje zrozumieć własnych rodziców, czy sióstr, ani nawet najlepszego przyjaciela, aż do niezwykłej podróży, początkowo podyktowanej chciwością, a która staje się namiętnym poszukiwaniem własnych korzeni.
Ważną postacią jest również ciotka Milkmana, Pilate (Piłat), której imię ojciec wybrał z Biblii na chybił trafił. Podobnie imiona wybiera brat Pilate, a ojciec Milkmana, nazywając córki Magdalene i First Corinthians. Pilate żyje poza społecznymi dyktatami razem ze swoją córką i wnuczką. Nie wciska się w korsety, nie odkłada pieniędzy, nie ma stałej pracy. Jej brat, a ojciec Milkmana, gardzi nią i jej prawdziwie wolnym stylem życia, gdyż on, jako właściel nieruchomości, kocha własność i powiększanie tej własności, kocha posiadać rzeczy. To jest jedna (i prawdopodobnie jedyna) rzecz, jaką pamiętam z poprzednich książek Morrison – to jak czarnoskórzy ludzie odseparowują się od siebie, czasem zadając sobie nawzajem więcej bólu, niż przynosi separacja między białymi i czarnymi, bo ta ostatnia jest zbyt oczywista, a przez to w jakiś sposób oswojona. Innym ciekawym problemem jest zniewolenie kobiet, które wydaje się tym większe, im bardziej znaczący i bogaty jest ich mąż, czy ojciec. Ruth, matka Milkmana i żona Macona, jak również jej córki, przez całe życie są tylko wizytówkami, które mąż i ojciec obwozi coraz to nowymi samochodami, żeby inni mogli zobaczyć, jak dobrze są ubrane.
Trudno pisać o tej książce, streścić chociaż część fabuły, przedstawić wszystkich bohaterów. Czyta się ją niesamowicie, niemalże jak współczesny poemat, gdzie wszystko jest pozornie znajome, a jednak widziane na nowo; gdzie pieśń kradnie potoczne słowo, zagarnia je dla siebie. Imiona są czasem dla bohaterów więzieniem, a czasem punktem wyjścia, albo twierdzeniem, któremu trzeba udowodnić, że jest błędne. Sen o lataniu, klamra powieści, jako wyrzeknięcie się bogactwa i próżności, przewija się przez całą powieść. Piękno w najdrobniejszych gestach, poczucie nieuchronnego upadku, nieświadoma akumulacja grzechów przeciwko innym, ale, przede wszystkim, przeciwko sobie. Tylko tak mogę opisywać prozę Morrison. Drobnymi zdaniami, które mogłbyby być częścią poematu. Ale nie muszą – mogą być wolne.
Fantastyczne książki czytam w tym roku. Może to dlatego, że jestem bardziej otwarta na kompletnie nieznane lektury i autorów. Może dlatego, że staję się coraz bardziej świadomym czytelnikiem, wyłapuję więcej konfliktów i problemów, bo więcej interesuję się światem w ogóle. W każdym razie mam nadzieję, że ten trend będzie trwał!

2012-03-10
"Bless Me, Ultima" Rudolfo Anaya
Uzdrowicielki, wiedźmy, domki z suszonej cegły, jałowce. Gorące lata, ostre zimy. Znowu, dzięki powieści Rudolfo Anayi, byłam w Nowym Meksyku, również w drugiej połowie lat 40-tych. Znowu było niesamowicie.
Bless Me, Ultima to, że tak użyję tego wulgarnego słowa, sztampowa pozycja na listach z literaturą meksykańsko-amerykańską. Odnajdziemy w niej wszystko, co z tą literaturą zazwyczaj się wiąże: mieszankę realizmu magicznego z amerykańskim indywidualizmem, opowieści o symbolicznych postaciach meksykańskiego folkloru (o Matce Boskiej z Guadalupe, czy La Lloronie), uzdrowicielkę („curandera”), rodzinność – wynikającą z miłości, ale i poczucia obowiązku, jak również komentarz odnośnie wykluczenia meksykańskich mieszkańców w USA. Nnarratorem powieści jest może 7-8 letni chłopiec, Antonio. Akcja rozpoczyna się od momentu, kiedy Ultima, uzdrowicielka o niezwykłych zdolnościach, wprowadza się, aby zamieszkać z rodziną chłopca. Starsza kobieta nie ma już żadnej rodziny, a rodzice Antonia, którym niegdyś Ultima wiele pomogła, obrali sobie za punkt honoru ugościć ją u siebie i nie pozwolić na to, by pozostała samotna. Od tego momentu życie chłopca diametralnie się zmieni.
Z początku wydaje się, że będzie to typowa powieść o dojrzewaniu i że na końcu spotkamy się z głównym bohaterem, który będzie już dorosły. Cała akcja, z tego co pamiętam, trwa jednak jakieś 2-3 lata, przez które Antonio pozostaje przez cały czas dzieckiem. Dzieckiem, które ma przystąpić do pierwszej spowiedzi, do komunii, które razem z dość osobliwymi kolegami wystawia jasełka. Dzieckiem, które zadaje sobie takie dziecinne, a tak ważne pytania: o boga, zło i dobro. Element religijny jest tutaj ważny, jeśli nie najwazniejszy. Matka chłopca jest bardzo religijna (potrafi modlić się przy własnym, domowym ołtarzyku w podzięce za powrót synów z wojny, aż do wyczerpania ze zmęczenia), ma nadzieje, że chłopiec zostanie księdzem, co mu bez przerwy powtarza. Ten jednak, im bliższy jest swojej pierwszej komunii, tym bardziej wątpi w boskie zasady. Przypomniało mi to moją własną powagę podczas pierwszej komunii, moje własne pytania, poczucie grzechu, to przerażenie, kiedy, będąc po pierwszej spowiedzi powiedziałam, w wyrazie irytacji, „O Jezu!” Zapomniałam zupełnie o tej dziecięcej powadze, teraz, kiedy piszę uparcie, jak na złość mamie, „bóg” małą literą. Ta książka przypomniała mi o tym, jakim byłam kiedyś dzieckiem, a każda książka, która to potrafi, jest warta przeczytania.
Z perspektywy badacza (początkującego amatora, w moim przypadku) kultury meksykańskiej bardzo ważne jest też rozdarcie chłopca pomiędzy charaktery i oczekiwania matki i ojca. Matka, z domu Luna („księżyc”) chce by chłopiec został księdzem, bądź, jak jej bracia, rolnikiem. Ze swoim przywiązaniem do ziemi i starych prawideł rządzących przyrodą i światem reprezentuje ludność tubylczą Ameryk. Ojciec natomiast, o nazwisku Marez (od „morza”), meksykański vaquero (odpowiednik kowboja), przyzwyczajony jest do wiecznego ruchu, wciąż nowych przygód. On z kolei symbolizuje konkwistadorów. Można również interpretować matkę, jako Meksykankę przywiązaną do swojej ziemi, a ojca, jako niespokojnego imigranta szukającego lepszych warunków i przygód poza granicami kraju. W osobie Antonia, który stara się połączyć w sobie te dwa charaktery, leży nadzieja na pogodzenie się Meksykanów ze swoją dwoista naturą, lub Meksykanów-Amerykanów na pogodzenie się z przynależnością do obu krajów i kultur.
Bardzo ciepła powieść, choć niepozbawiona dozy przemocy i niesprawiedliwości. Polecam wszystkim, którzy zainteresowani są literaturą latynoską i literaturą etniczną w USA.
2012-02-13
"The Mixquiahuala Letters" Ana Castillo
The Mixquiahuala Letters to krótka książeczka autorstwa meksykańsko-amerykańskiej autorki, Any Castillo. Wcześniej udało mi się przeczytać inną jej książkę, trochę obszerniejszą, So Far from God, gdzie pisarka za pomocą realizmu magicznego rozprawia się z codziennością małego miasteczka w stanie Nowy Meksyk. Letters jednak różnią się pod względem proporcji poruszanych problemów. Podczas gdy, tak jak So Far, utwór ten eksploruje tematykę scalania wielu tożsamości - meksykańskiej, indiańskiej, amerykańskiej, w jedną, to przede wszystkim królują w nim przemyślenia natury feministycznej.
Na narrację The Mixquiahuala Letters składa się wyłącznie czterdzieści listów napisanych przez Teresę do Alicii. Żaden z listów nie jest datowany, a z tekstu można wynieść, że ich kolejność nie jest chronologiczna. Konstrukcja jest ukłonem w stronę Cortázara, gdyż listy można odczytywać w trzech kolejnościach: dla konformisty, cynika i Kichota. Autorka dodaje jednak, że wielbiciele krótkich form literackich mogą po prostu czytać listye po kolei, tak jak są w książce zamieszczone i ponumerowane. Poszłam więc na łatwiznę i tak właśnie zrobiłam, chociaż kusiła mnie kolejność dla cynika. O moim wyborze zadecydował jednak fakt, że każda z tych kolejności wykluczała niektóre listy, a ja chciałam przeczytać całość.
Ana Castillo jest nie tylko powieściopisarką, ale także, a może przede wszystkim, poetką. Staje się to dość widoczne, gdy czytelnik bliżej przyjrzy się formie jaką listy przyjmują - okazjonalnie podzielone na wersy, jak wiersze, czasem akapity rozpoczynają się bliżej prawej strony kartki, pojedyncze słowa przenoszone są do nowej linijki, brakuje kropek. W całym tekście, angielskie słowo „ja”, „I”, pisane zawsze dużą literą, tutaj jest z małej, nawet jeżeli rozpoczyna zdanie. Poetyckość tej prozy nie opiera się jedynie na formalnych rozwiązaniach tego typu. Opisy, głównie przeżyć wewnętrznych, ale także otoczenia obu kobiet, są często gęste od zaskakujących porównań i epitetów.
Pomimo niechronolignie przedstawionej fabuły, można na temat życia oraz związku Teresy i Alicii wysnuć następujące wnioski: Obie są dobrymi, wieloletnimi przyjaciółkami po przejściach; Teresa jest Amerykanką meksykańskiego pochodzenia, poetką i pisarką (wierzę, że alter ego autorki), Alicia jest również Amerykanką, już bez iberoamerykańskich korzeni, zagubioną, bardzo szczupłą i długowłosą artystką. Poznały się w stolicy Meksyku podczas warsztatów poświęconych meksykańskiej kulturze. Jakiś czas później (Rok? Pięć lat?) odbywają podróż do Meksyku ponownie, wdają się w dziwne romanse z mężczyznami, a ich znajomość przechodzi raz po raz prawdziwą próbę. Ostatnie listy natomiast podsumowują to, co wydarzyło się w życiu obu kobiet przez kilka ostatnich lat (kiedy, wnioskuję, obie mają po trzyzieści, bądź trzydzieściparę, lat), żadna z nich nie może poszczycić się osiągnięciem pełni szczęścia, co prawdopodobnie ich nie rozczarowuje i nie dziwi, gdyż żadna nigdy nie wierzyła w jej osiągnięcie.
Zarówno Teresa i Alicia próbują się odnajdywać w kolejnych związkach z mężczyznami, pomimo dużej dozy asertywności, zwłaszcza w przypadku Teresy, wiele lat zajmuje im zrozumienie w jaki sposób można żyć wyłącznie sobą i dla siebie. Teresa wielokrotnie dzieli się w listach refleksjami o tym, jak obie zresztą wiedzą, kończy się życie wielu kobiet, początkowo zakochanych, zbyt późno odkrywających, że życie z tym, kogo wybrały jest nie do wytrzymania:
Po jakimś czasie przyzwyczaja się do zaniedbywania siebie jeszcze gorzej niż on. Jej paznokcie są poobgryzane do samych kłykci. Zapomina o jedzeniu, albo je, kiedy nie jest głodna. Jej kłopoty z zasypianiem czynią jej twarz obwisłą niczym kufa starego psa. Ma dwadzieścia sześć lat. (tłum. moje)
Takie przemyślenia i wnioski, to nie jedyne manifesty feministyczne. Podczas wyprawy przyjaciółek do Meksyku, muszą one wiele razy bronić swojego prawa do tego, czym są – podróżującymi, młodymi kobietami, które chcą dowiedzieć się podczas podróży jak najwięcej o sobie samych. Spotykając mężczyzn często muszą umieć wybrnąć z definicji tychże na temat „kobiet wyzwolonych,” zazwyczaj uciekając się jednak do sztuczek i kłamstw. Jednocześnie, mimo iż czasami decydują się nawiązać bliższą znajomość z danym mężczyzną, szybko zauważają, że do niczego ona nie prowadzi.
Jest to pełnokrwista opowieść o przyjaźni niewyidealizowanej, o dorastaniu na przekór oczekiwaniom innych, o niezmordowanym poszukiwaniu siebie. Ana Castillo posiada dość niezwykły styl oraz poczucie humoru. Mam nadzieję przeczytać więcej jej książek, poezji, jak również i feministycznych esejów.
2012-02-11
"Światłość w sierpniu" William Faulkner
Mniej więcej w połowie lektury z ust głównego bohatera Światłości w sierpniu pada pytanie o to kiedy ludzie, w których żyłach płynie inna krew przestaną się nienawidzić. Znając miejsce i czas akcji powieści: stan Mississippi (miasto Jefferson w fikcyjnym hrabstwie Yoknapatawpha), prawdopodobnie koniec lat 20-tych, początek 30-tych XX wieku, pytanie to nie powinno dziwić, jednak czy naprawdę tak wiele od tego czasu się zmieniło?
Joe Christmas jest sierotą, nieślubnym dzieckiem, podobno w jednej czwartej Murzynem. „Podobno,” gdyż tak naprawdę nawet on sam nie jest o tym w pełni przekonany. Jego skóra jest biała, z wyglądu może przypomina ludziom trochę obcokrajowca. Dostrzegają jego inność, rezerwę, pozorną wyniosłość. Jednak, gdy tylko się dowiadują, że „ma w sobie murzyńską krew” zaczynają go traktować tak, jakby był Murzynem, czyli podle. Christmas sam nie wie kim jest, od czasu do czasu identyfikuje się z którąś grupą, ale przez większość czasu jest w stanie wojny z obiema – białą i czarną. Rozbita, czy wymykająca się, tożsamość sprawia, że mężczyzna nie ma żadnych wartości, których mógłby się uczepić, wokół których uformować swoje „ja.” Przez kilkanaście ostatnich lat swojego życia bez przerwy ucieka, nawet kiedy stoi w miejscu.
Innymi bohaterami, równie odizolowanymi, są: Byron Bunch, Lena Grove i Gail Hightower. Lena i Bunch tworzą parę niczym Maria i Józef. Ona, podróżująca pieszo z samej Alabamy, w zaawansowanej ciąży, w poszukiwaniu ojca dziecka; on, ciężko pracujący, uczciwy i bogobojny (ale nie fanatyczny) trzydziestoparolatek, który się w niej zakochuje. Lena jednak uparcie dąży do odnalezienia ojca dziecka – mężczyzny, nawet nie tyle złego, co głupiego, pustego i miernego. Gail Hightower, natomiast, jest nieczynnym już w zawodzie pastorem, który kompletnie wycofał się z życia publicznego po tym jak społeczeństwo znienawidziło go za to, że niedostatecznie dopilnował swojej, zdradzającej go, żony, która ewentualnie zostaje zamordowana w jednym z hoteli w Memphis. Jedynym znajomym Hightowera jest Byron Bunch. Pastor żyje wciąż przeszłością, ale nie własną, lecz swojego dziadka, zabitego podczas Wojny Domowej. Jego pamięć próbuje odgrywać projekcje, jak to jego waleczny dziadek zostaje zestrzelony z konia podcza bitwy, jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pamiętając, że ponoć zastrzelono go w kurniku za wykradanie kur.
Bohaterów w książce jest znacznie więcej, niektórzy występują tylko epizodycznie, choć Faulkner nie omieszkał nakreślić czytelnikowi pewnych faktów, często nieprzyjemnych, z życia prawie każdego z nich. Jednocześnie jego przedstawienie postaci zawsze jest niesamowicie subiektywne, zazwyczaj jest ono podobane w postaci pół-plotki, którą ktoś komuś opowiada. Czytelnik początkowo próbuje osądzać, przeciwstawić sobie bohaterów i ich postępowania, żeby w końcu przyznać, że nie potrafi i nie powinien tego robić.
Czy mogę tak za jednym zamachem przedstawić wszystkie problemy, które Światłość porusza? Te najjaskrawsze to rasizm i poszukiwanie tożsamości. Z rasizmem spotykamy się w książce na każdym kroku, nawet te postacie, które stają w obronie czarnoskórych, robią to z dość spaczonych, dziwnych powodów, jak np. panna Burden, stara panna pochodząca z Północy, która od ojca nauczyła się współczucia dla nich, ale tak, jakby to byli ludzie w jakiś sposób gorsi, wymagający litości. Czarnoskóra osoba jest, w domyśle, złodziejem, mordercą, ale także tchórzem. Jest tępa i kłamliwa. Tak na południu USA uważano jeszcze 80 lat temu. Ale bardziej przeraża fakt, że tak się uważa w wielu miejscach do dziś. Poszukiwanie własnej tożsamość i nieumiejętność jej odnalezienia ściśle wiąże się z problemem rasy, czy też, po prostu, tej innej „krwi.” W społeczeństwie tak posegregowanym i obwarowanym murami należy się zadeklarować ze swoją przynależnością, nie ma w nim miejsca na eklektyzm, łączenie zwyczajów, poglądów, opowieści, przekonań. Ktoś znajdujący się na granicy przynależności, tak jak Christmas, nie potrafi się odnaleźć ani w rzeczywistości, ani we własnym umyśle.
Innym problemem jest okrutny mizoginizm, wynikający głównie z fanatyzmu religijnego. Kobiety tkwią tutaj w nieszczęśliwych, koszmarnych wręcz, związkach, rodzą dzieci bez przekonania, chociaż z nadzieją, że dziecko sprowadzi na nie miękkość. Poszukują tej miękkości, a dostają twardość i ostrość. Gdy wkracza tu religia i fanatyczne wypowiedzi McEacherna, zastępczego ojca Christmasa, czy Hinesa, który jest z kolei Christmasa biologicznym dziadkiem, możemy dostrzec tę niewzruszoną dychotomię, która na setki lat usprawiedliwiła uznawanie kobiety (czy odmiennych ras / wyznań / tradycji) jako coś gorszego: święte-grzeszne, jasne-ciemne, Biały-Murzyn, mężczyzna-kobieta.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała również o niezwykłym faulknerowskim stylu. Proste zdania, potoczny język, a jednak żadne z tych zdań nie jest do końca jasne, występuje między nimi pewna rozłączność, a nawet dysonans. Chyba jeszcze bardziej dobitnie objawia się to w dialogach, gdzie postaciom często ciężko się wyrazić, komunikować z drugą osobą. Sposób prowadzenia narracji przypomina taki dywanik utkany z wielu łat, niektóre z nich mocno wytarte, inne są z nowego, ale dziwacznego materiału – opowiadania w opowiadaniach, ludzkie życiorysy nakreślone w dialogach, albo w podaniach („Mówiono”, „Niektórzy twierdzili...”). To nie francuska powieść realistyczna, gdzie autor mógłby nam opowiedzieć, co która z postaci jadła na obiad każdego dnia swojego życia, oraz co ich pierwsze miłości powiedziały księdzu na pierwszej spowiedzi. Faulkner sam swoich bohaterów chyba do końca nie zna, po trochu nimi jest, a po trochu ich nie rozumie. Być może bohaterowie nasunęli mu się na myśl, gdy doświadczał tej dziwnej światłości w sierpniu, kiedy można odczuć nieuniknioną zapowiedź jesieni, a jej obserwator zdaje się cofać do czasów, które pamiętamy nie z książek, ale czujemy instynktownie, że były, zanim postawiliśmy między sobą mury i wykopaliśmy fosy.

Smog - “Red Apple Falls”
Landing - “Centrefuge”
2012-01-23
"Uciekaj, Króliku" John Updike
Przy mojej poprzedniej recenzji Domu Ciszy Pamuka wspominałam, że główni bohaterowie mnie często drażnili. To było jednak nic w porównaniu z tym, jak szlag mnie trafiał podczas lektury Uciekaj, Króliku Updike'a, gdzie spotkałam się bodaj z najbeznadziejniejszą, najdurniejszą postacią w historii mojego czytelnictwa, postacią, której na imię Harry Angstrom.
Angstrom, zwany również Królikiem, był w czasach licealnych dobrym graczem w kosza. A obecnie jest ot, takim sobie typem, akwizytorem na dorobku, z żoną i dzieckiem (i następnym w drodze). Żona trochę popija, siedzi w domu, ogląda bez przerwy telewizję. Pewnego dnia Królik wraca do domu, ma za zadanie odebrać dziecko od teściów, ale małżonka tego wieczoru wyjątkowo mu się nie podoba, zwłaszcza, że znowu pije, więc Królik po prostu wychodzi, nie wraca do domu, jeździ bezsensownie samochodem, początkowo zmierza na południe, ale jakoś jednak zawraca z powrotem do swojego miasta Mount Judge, w stanie Pensylwania. Tam nocuje u swojego byłego trenera, potem wybiera się z nim na spotkanie z podejrzanymi panienkami, z jedną z nich się wiąże i pomieszkuje u niej. Wszystko zmierza do dość przykrego końca, ale niestety żadne z wydarzeń i odbytych rozmów nie sprawia, że bohater dojrzewa.
Co w nim takiego beznadziejnego? Harry w ogóle nie zastanawia się nad swoim postępowaniem. Po prostu robi to, co w danej sytuacji przychodzi mu do głowy. Słowa typu “przyjaźń”, “przywiązanie”, “miłość” to dla niego jakieś takie szmaty do wycierania gęby. Ale czy to znaczy, że jest cyniczny? Nie, skądże. On w ogóle nie jest cyniczny, do tego trzeba jednak trochę nad światem porozmyślać. On po prostu jest imbecylem, który nigdy nie zastanawiał się nad znaczeniem tych słów. Nie wiem czy Updike próbował stworzyć jakiegoś everymana – taki tam przeciętny mężczyzna reprezentujący klasę średnią, z rodziną na utrzymaniu itd., ale stworzył jedynie bezczelnego bezmózgowca, których może i jest wszędzie pełno, ale czytanie o nich i o ich zerowym rozwoju, to jednak dość bolesne zajęcie. Rozumiem, że Updike chciał w pewien sposób ukazać osobę, która wyłamuje się z więzów poczucia winy i obowiązku, nadającym ton życiom wielu podobnych mężczyzn (i kobiet) z klasy średniej. Być może bezmyślność jest tutaj jedynym wyjściem z sytuacji, taka “czysta karta” w głowie, bez morałów i skrupułów (narzuconych przez innych), czy elementarnego, lecz może tylko wyuczonego, współczucia. Królik zresztą nie jest zupełnie bezuczuciowy w jakiś socjopatyczny sposób. Dla niego uczucia są jak zapachy muszą być dla zwierzęcia, mocne, ale chwilowe, ulotne, następujące po sobie bardzo prędko. I zero przemyśleń dlaczego, po co.
Styl, którym jest napisana książka także drażni, zwłaszcza, kiedy na pierwszym planie opisów jest Królik – bohater, moim zdaniem, niewarty nawet zdania. Niektóre sceny jednak są pierwszorzędne, chociażby scena ostatecznej tragedii.Ciekawe są też postacie kobiece, np. Kochanki Królika, bystrej, jednak nie dosyć, żeby przejrzeć imbecylstwo swojego nowego partnera, albo jego żony, Janice, tak głęboko obawiająceja się zdania własnej matki, że ucieka w szybkie małżeństwo (przyspieszone także ciążą), aby tylko mieć swój własny dom i nie być już (przynajmniej nie tak często) krytykowaną. Dobrze więc, że przeczytałam książkę do końca, mimo iż miałam ochotę ją rzucić w kąt w połowie (co absolutnie nie byłoby dobrym pomysłem, biorąc pod uwagę, że czytałam ją na Kindle'u), ale niesmak po spotkaniu z dennym Królikiem pozostaje. John Updike musiał sobie jednak Angstroma bardzo ukochać, bo dopisał kolejne części o jego życiu (Przypomnij się, Króliku, Jesteś bogaty, Króliku, Królik odpoczywa). Ja jednak do nich nie zajrzę, ani w najbliższym, ani w dalszym, czasie.

2011-12-09
"451 stopni Fahrenheita" Ray Bradbury
Przeglądając moją listę literatury amerykańskiej, z którą chcę się w najbliższym czasie zapoznać trudno nie oprzeć się wrażeniu, że 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury'ego jest elementem nie pasującym do reszty, jednak ta książka znalazła się na wielu (jeśli nie wszystkich) listach pt. “American literature” na goodreads.com, więc zdecydowałam się i ja umieścić ją na swojej. Bradbury jest autorem książek fantasy, science fiction, jak i horrorów. Żaden z tych gatunków totalnie mnie nie interesuje (wyjątek stanowi pisarstwo Ursuli K. Le Guin). Zwłaszcza kiedy okładka wygląda tak:Czego, na boga ojca, można się spodziewać po książce z taką okładką? Ale przecież książki autorstwa Kilgore'a Trouta, alter ego Kurta Vonneguta, także miały podobne okładki, były sprzedawane w podejrzanych pseudo-księgarniach, a jednak zawierały niesamowicie ciekawe, paraboliczne treści. Więc, oczywiście, nie ma co oceniać książki po okładce. Po prostu ją przeczytajmy!
Ta króciutka powieść to kolejna dystopia, w której można odnaleźć co nieco Nowego wspaniałego świata, a także My Zamiatina. Główny bohater, Guy Montag, jest strażakiem, który pali książki. Większość ludzi już zapomniała, że kiedyś strażacy gasili pożary, a nie je wywoływali. Alarm w miejscu pracy Montaga rozbrzmiewa wtedy, kiedy ktoś donosi na posiadaczy książek. A książki są niszczone, gdyż prowadzą do nierówności, niepotrzebnej wiedzy, depresji. W świecie zobrazowanym w 451 stopni Fahrenheita najważniejsza jest ciągła dekoncentracja, skupienie się na nic nie znaczących informacjach, dźwiękach, rozmowach. Ulubioną rozrywką żony głównego bohatera jest siedzenie w pokoju, gdzie na trzech ścianach wyświetla się jej “rodzina”, gdzie każdy gada jakieś głupoty i kłóci się o nie wiadomo co (przypomina to trochę obecne reality show). Montag jednak ukradkiem zabiera po jednej książce z miejsc, w które zostaje wezwany, aby je spalić, i udaje mu się zebrać małą biblioteczkę. Pewnego dnia decyduje się skontaktować z pewnym profesorem, aby ten pozwolił mu zrozumieć dlaczego książki, I wiedza z nich czerpana, są tak ważne.
Nie powiem, żebym spotkała się tu z wielką oryginalnością, podobieństwa do wyżej wspomnianych dwu powieści chodziły za mną przez większość czasu. Styl i język są bardzo proste, jest trochę odwołań do klasyków - przełożony Montaga, postać raczej mroczna i cyniczna, obznajomiona z literaturą całkiem nieźle, przeprowadza niby-monolog między zwolennikami i przeciwnikami książkowej wiedzy cytując właśnie pisarzy. Jak to z dystopijną literaturą, która przetrwała próbę czasu, bywa, jest ona dość profetyczna. Wydana w 1953, przewidziała ogromne telewizory (prawie na całą ścianę), ale przede wszystkim to rozkojarzenie, tę potrzebę zajmowania się wiecznie czym innym. Czy wszyscy nie przypominamy trochę żony Montaga, kiedy w ciągu minuty zaglądamy w telewizor, potem w laptopa, a potem w jakieś czasopismo? Nie ma co ukrywać też, że obecnie najbardziej popularne strony to te, gdzie są same obrazki, gify z bawiącymi się kotami, ewentualnie komiksy z minimalną zawartością tekstu przez gąszcz których internauta scrolluje całe wieczory. A książki? Cóż... Zakładając najczarniejszy scenariusz, wydaje mi się, że nikt nigdy nie będzie musiał ich palić, ludzie po prostu kompletnie przestaną je czytać, a ci co nie przestaną, będą traktowani z pobłażaniem, jak gdyby jeszcze nie dorośli do poważnych zadań. Hmm, w zasadzie jak tak się zastanawiam, to ten najczarniejszy scenariusz już jest obecny ;)
Ogólnie rzecz biorąc, jest to ciekawa, choć niewymagająca, lektura zwłaszcza dla wielbicieli wszelkich antyutopii.
Co mnie na koniec książki zdziwiło dość mocno, to cztery strony komentarza od autora umieszczone na samym końcu. Ja zazwyczaj czytam wszystko w książce, łącznie ze wstępem, podziękowaniami i notą bibliograficzną, więc jak mogłabym pominąć komentarz autora? Bardzo żałuję jednak, że to zrobiłam...
W samej powieści, wspomniany już przełożony, Beatty, w pewnym momencie jako jeden z powodów, dla których książki stały się dla społeczeństwa niewygodne, podaje mniejszości, którym nie podobało się to czy owo w danych powieściach. Było to dziwne dla mnie, ale pomyślałam sobie, że to polifoniczność powieści, te sprawy - w dialogach wyrażane są bardzo różne postawy, żeby człowiek mógł się nad nimi zastanowić. Ale nie. Okazuje się jednak, że jest to pogląd samego autora, który w dość cierpkich, mocnych słowach wyraża się o wszelakich mniejszościach, narodowych, czy religijnych, a także, naturalnie, o feministycznych. Tak duże rozgoryczenie wynika z faktu, że jakiś teatr uniwersytecki nie chciał wystawić jego sztuki, bo nie ma tam kobiecych ról, albo że dostał list od Afro-Amerykanina, że murzyni w jego innej powieści są jacyś stereotypowi. Bardzo wrażliwy ten Bradbury, nie ma dwóch zdań. W związku z kilkoma incydentami musiał w dosadnych, ocierających się niemal o wulgarność, słowach wyrazić swoją niechęć w stosunku do mniejszości. Zawsze mi się wydawało, że od ostatnich dekad to właśnie ponowne odczytanie klasyków przez dane mniejszości, wzbogaca te lektury, ale według Raya Bradbury'ego mniejszości chcą jedynie zniszczyć to, co im nie odpowiada. Cóż, to pewnie bardzo stary komentarz, chcę wierzyć, że od tego czasu autor zmienił zdanie w tej kwestii. W każdym bądź razie, komentarz ten pozostawił duży niesmak.

2011-11-14
"Girl in Translation" Jean Kwok

Czas na superzaległą recenzję, bo książkę ukończyłam chyba z miesiąc temu. "Girl in translation" autorstwa Jean Kwok to po części powieść autobiograficzna o tym jak to matka i córka przenoszą się z Hong Kongu do Stanów Zjednoczonych, a konkretnie do samego Nowego Jorku. Pomaga im siostra matki - zatrudnia ją w swojej szwalni, znajduje mieszkanie... Szybko jednak okazuje się, że ta pomoc jest rodzajem zemsty. Główna bohaterka, dziewczynka o imieniu Kimberley, musi po szkole pomagać mamie w szwalni, bo praca jest bardzo ciężka, a zarobki minimalne. Kim ma też dużo problemów w szkole, ale szybko zaczyna świetnie sobie radzić, dzięki swojemu talentowi, o którym wspomina już na pierwszej stronie - szybkiemu i efektywnemu przyswajaniu wiedzy. Na tym właściwie opiera się cała książka - jak to dziewczynka z Chin, zamieszkała w brooklińskiej dziurze, początkowo nie znająca prawie ani słowa po angielsku, osiąga wspaniałe wyniki w nauce, dzięki wytrwałości i wrodzonej błyskotliwości. Hmm.
Cóż, nie jest to lektura Szczytów, ale całkiem przyjemnie się ją czytało do herbaty, do ciastka itd. Ale jak to bywa z literaturą łatwą, miałam problem z obranym przez autorkę (chociaż pewnie nieświadomie) dyskursem. Bo nic nie denerwuje bardziej jak ukazanie bohaterki i jej matki w szponach beznadziejnego kapitalizmu (uosobionego przez ciotkę Paulę, która jest właścielką szwalni, umieściła siotrę i siostrzenicę w ohydnym mieszkaniu, i oczekuje za to wdzięczności), które znoszą tę beznadzieję przez lata, bo "nie ma wyjścia." Ale morał oczywiście z tego m być taki: "Znoś te wszystkie okropieństwa, ucz się dużo, pracuj, to nic że nie masz nic do jedzenia i minus dziesięć w mieszkaniu, a wyjdziesz na ludzi. Może i kapitalizm / państwo źle cię traktuje, ale jak to wytrzymasz przez X lat, to może i tobie się poszczęści, tak jak innym." Obłędnie paskudny dyskurs!
Mam też problem z samym przyjazdem bohaterek do Stanów. W Hong Kongu matka była nauczycielką muzyki świetnie grającą na kilku instrumentach, a córka oczywiście najlepszą uczennicą. Ojciec, który był dyrektorem szkoły, gdzie uczyła matka, zmarł wiele lat wcześniej. Rozumiem ogólne, chociaż puste, stwierdzenie że Hong Kong to nie Nowy Jork, ale motywacja do przeprowadzki do USA jest kompletnie niejasna. W pewnym momencie matka mówi Kim, że "w Hong Kongu nie byłoby dla niej przyszłości". Cokolwiek to znaczy. Może nie mogłaby sobie tam kupić wypasionej hajzy i auta, ale myślę, że jako tak uzdolnione dziecko, a w przyszłości wykstzałcona dorosła, mogłaby prowadzić zupełnie satysfakcjonujące życie. W USA zresztą też teoretycznie nie mogłaby mieć przyszłości, gdyby nie wytrwałość i determinacja. Przecież nowe życie w którymś momencie mogłoby przerosnąć dziewczynkę, zaczęłaby chodzić na wagary, parać się podejrzanymi zajęciami, wejść w konflikt z prawem...
Więc w kilku momentach logika wyborów i decyzji bohaterki i jej matki jest lekko wybrakowana, ale to jest jedna z tych cech charakterystycznych dla czytadeł (albo raczej-czytadeł): logika jest miejscami upchnięta w dziurę, po to, żeby fabuła mogła się swobodnie kręcić.
2011-10-27
"Katherine" Anchee Min

Kiedy przeczytałam krótki opis tej książki, jak zwykle przyznając później, że nie powinnam była tego robić, to wydawało mi się, że będzie to jakaś lekka lekturka o tym, jak to Amerykanka przyjeżdża do Chin, uczy angielskiego, no i jej uczniowie otwierają się na Zachód, a ona od nich też się czegoś tam uczy. Takie pitu-pitu. Okazało się jednak, że nie jest tak leciutko i zwiewnie.
Oczywiście, książkę czyta się szybko, ciężko mi było się od niej oderwać. Jednak sama opowieść stawała się miejscami dość mroczna badając, aczkolwiek dość powierzchownie, ciemne miejsca międzyludzkich związków. Znaleźć tu można też pewną dawkę duchowego erotyzmu, zmysłowego przywiąznia i zemsty. I pomimo tak pompatyczno-dramatycznego opisu, nie jest to też jakiś romans. Dzięki bogu.
Akcja Katherine jest osadzaona w Szanghaju, w pierwszej połowie lat 80-tych. Główna bohaterka i narratorka powieści, Zebra, powoli i boleśnie wybudza się z bezuczuciowego trwania, do którego przyzwyczaił ją komunistyczny reżim oraz 29 lat podejrzliwości i braku zaufania wobec innych. Wybudza się dzięki Katherine – Amerykance, która przyjeżdża do Chin, aby pracować nad swoim doktoratem o chińskiej kobiecie (Chociaż, jak na doktorantkę, trzeba przyznać, że jej wiedza o Chinach zdaje się czasem bliska zeru). Pomiędzy nimi staje jednak Lwia Głowa, młody mężczyzna o ogromnych ambicjach, oraz zakochana w nim do masochistycznych niemożliwości Jaśmina. No i nie zapomnijmy o wszechobecnej inwigilacji Partii.
Pomimo dość wartko toczącej się akcji i różnych smaczków, wciąż dużo miejsca zajmuje próba rozszyfrowania i wytłumaczenia charakteru Chińczyków, jako wytwóru wielu dekad komunistycznych rządów, maoizmu i rewolucji kulturalnej. Nie jest to wybitne dzieło, ale jeśli ktoś planuje, tak jak ja, w przyszłości zgłębiać historię Chin i jej literaturę, powinien zacząć od prostych literackich utworów eksploatujących podobne tematy. Katherine świetnie spełnia się w tej roli.
2011-10-24
"Just Kids" Patti Smith

Zazwyczaj w literackiej fikcji nie dziwi, kiedy dany bohater znajduje się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i spotyka odpowiednie postacie. W końcu tak się konstruuje powieść – niesamowite zrządzenia losu. Wspomnienia Patti Smith nie są jednak fikcją, a jednak opierają się na identycznej konstrukcji – wielbiąca poezję i sztukę dziewczyna wyjeżdża do Nowego Jorku (odpowiednie miejsce), pod koniec burzliwych lat 60-tych (odpowiedni czas) i poznaje młodziutkiego artystę – Roberta Mapplethorpe'a (odpowiednia postać).
W Just Kids Patti Smith wspomina swój związek z Robertem i ich (czasem bardziej, czasem mniej) wspólne życie do momentu wydania przez nią pierwszej płyty „Horses” (1975). Nowy Jork lat 60-tych i 70-tych jest niezwykle barwnym tłem dla całej historii. Smith spotyka przez te opisane szczegółowo 7-8 lat wiele niesamowitych, ikonicznych już postaci, tak, że czasem czytelnik ma wrażenie, że wędruje ze Smith w charakterze Wergiliusza, niczym Dante, po jakimś artystycznym niebie – jest tutaj Janis Joplin, Jimi Hendrix, Andy Warhol, Allen Ginsberg, Gregory Corso...
Trzeba pamiętać, że wówczas Patti Smith była kompletnie nieznaną osobą. Do Nowego Jorku dotarła bez żadnego konkretnego planu i praktycznie bez pieniędzy, wiedziała po prostu, że już nie może dłużej pracować w fabryce w swoich rodzinnych stronach, że może to kiedyś zabić jej duszę (Co zresztą jest odzwierciedlone w tekście jednej z pierwszych jej piosenek – Piss Factory). Przez miesiąc była bezdomna, nawet mając już pracę (której znalezienie trwało bardzo długo), jako sprzedawczyni w sklepie z egzotyczną biżuterią. Pewnego dnia młody, nieśmiały chłopak kupuje u niej bransoletkę, która jej zawsze też bardzo się podobała.I w tak oto niepozorny sposób zaczyna się ich historia.
To nie jest jednak bajka o dwójce kreatywnych ludzi, którzy mieszkają w cudownym Nowym Jorku. Tak naprawdę podczas czytania byłam lekko przybita, bo warunki w jakich ta dwójka żyła, i uparcie tworzyła, przez wiele lat pozostawiały wiele do życzenia. Wynajmowali obskurne mieszkania w niewesołych dzielnicach, często brakowało im pieniędzy na jedzenie - musieli wybierać między kupieniem farb, a kupieniem kanapek. Czasem zresztą Patti podkradała te pierwsze, co szczerze wyznaje. Piękna jest determinacja z jaką oboje starają się otaczać niezwykłymi przedmiotami, pozostać zainspirowanymi, pomimo okropnie szarego, kamiennego otoczenia i codzienności, gdzie nawet wspomniane gwiazdy i ikony wydają się zdesperowane i zszarzałe.
Just Kids mówi też o gorzkiej prawdzie – aby czegoś dokonać nie wystarczy mieć w głowie paru „fajowych” pomysłów i rozmyślać „jakby to było gdyby”. Trzeba być zmotywowanym aż do kości, a inspiracja ma być jak częste klapsy wzmagające krążenie. I ciężko pracować trza.
Mam nadzieję, że wkrótce już ukaże się polskie tłumaczenie!
2011-10-19
"Wiek niewinności" Edith Wharton

Wiek niewinności to kolejna ważna pozycja w literaturze amerykańskiej. Ukazała się w roku 1920, ale akcja osadzona jest w latach 70-tych XIX wieku. Główny bohater, Newland Archer, ma się ożenić z uwielbianą przez chłodną nowojorską socjetę May Welland. Na horyzoncie, i ku niezadowoleniu tejże socjety, pojawia się tajemnicza hrabina Ellen Olenska, w której Archer się zakochuje. Pomimo ślubu z May, związek Ellen i Newlanda rozwija się, chociaż niezbyt nahalnie.
Bo trzeba przyznać, że nie jest to typowy romans. Połączenie między tymi dwoma bohaterami jest bardziej emocjonalne, niż fizyczne. Zresztą nie ma o typowym romansie mowy wśród wyższej nowojorskiej klasy, która nie znosi skandalu i „rzeczy nieprzyjemnych”; klasy, która obserwuje, dostrzega i ocenia. Tym zresztą dla mnie jest tytułowa niewinność – udawaniem, że nic oprócz niewinności nie istnieje.
Sam główny bohater nie jest postacią zbyt fascynującą. O wiele ciekawsze są postacie kobiece: Ellen Olenskiej i May Welland. Ta pierwsza przybywa z Europy po seperacji z mężem, polskim hrabią zresztą, który uosabia wszelakie zło. Z książki nie dowiadujemy się o jego zachowaniu, możemy tylko się domyślać, że prawdopodobnie znęcał się nad żoną i miał wiele kochanek. Pomimo powrotu Ellen do Nowego Jorku, do „swoich” jest tam traktowana chłodno, gdyż odważyła się porzucić męża. Tajemniczość i nieprzeciętność Ellen przyciągają Newlanda znudzonego kamienną etykietą swojej klasy. Wydaje mi się, że jest ona dla niego pewnym symbolem, ucieczką, innym światem. Jest tą trawą, która wydaje się bardziej zielona po drugiej stronie płotu.
May natomiast jest typową reprezentantką nowojorskiej pani domu. Łagodna i praktyczna, niespecjalnie interesuje się ambitną literaturą, którą zaczytuje się jej mąż. Wie o charakterze jego znajomości z Ellen, ale daje o tym znać jedynie subtelnie. Subtelność z jaką przekazują sobie uczucia bohaterowie tej powieści jest chyba jej największym atutem... No ale co z tą May? Niby służy jako typowa nudna reprezentantka tego, czego Newland już nie chce. Ale czy na pewno? Jej walka z Olenską (która jest jej kuzynką, i którą zresztą w jakiś tam sposób kocha) jest cichym upomnieniem się o swoje prawa. Jest w niej też trochę nieoczekiwanej przebiegłości. Bardzo ciekawa postać.
Nie była to lektura szczególnie spalająca mnie w ogniu kompulsywnego przewracania stron, ale na pewno obrazuje ciekawie część społeczeństwa amerykańskiego, jakie było wtedy i jakie, prawie 150 lat później, jest obecnie. Styl Wharton zazwyczaj celnie i w wyważony sposób obrazuje dane sceny, jednak czasem bywa trochę rozwlekły. Polecam wszystkim zainteresowanym literaturą klasyczną.
P.S. Autorka, wielka fanka angielskiego malarza Joshuy Reynoldsa, nazwała tę powieść tak samo, jak nazywa się jedno z jego dzieł:
2011-10-04
"Kwiat śniegu i sekretny wachlarz" Lisa See

„Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” zaczęłam czytać zupełnie przypadkowo, i jak to bywa w tego typu przypadkach, książka ta okazała się, w pewnym sensie, odkryciem. „W pewnym sensie”, ponieważ wciąż zbyt wiele jej brakuje, żeby w jakiś emocjonalnym sensie, o intelektualnym nie wspominając, mną wstrząsnęła.
„Kwiat Śniegu” to powieść osadzona w XIX-wiecznych Chinach, będąca przedstawieniem losów dwóch kobiet, z których jedna jest narratorką. Lily, bo tak jej na imię, jako siedmioletnia dziewczynka podpisuje kontrakt z inną dziewczynką w jej wieku – Kwiatem Śniegu, kontrakt o przyjaźni mającej trwać całe ich życie. Taka przyjaźń, zwana laotong, może być tylko pomiędzy dziewczynkami, które wykazują podobieństwo w najważniejszych kwestiach. W przypadku bohaterek są nimi np. fakt, iż obie urodziły się w roku konia, mają identyczną liczbę rodzeństwa, oraz... równie malutkie stopy. Niestety, różnią się statusem społecznym, co zaważy na przyszłości ich związku, chociaż w dość nieoczekiwany sposób.
Główna bohaterka-narratorka jest raczej denerwująca w relacjach z Kwiatem Śniegu, chociaż wdzięcznie snuje nam ona całą historię. Jej przyjaciółka wydaje się znacznie bardziej skomplikowaną postacią, w której odnajdujemy jakiś cichy opór, nieuskrzydlonego ptaka, pasję, która znajduje ujście jedynie w kontaktach z Lily, ale także w łóżkowych zabawach z mężem. Relacja dwóch dziewczynek, a potem kobiet, jest najważniejsza dla całej powieści, jednak nie jest ona zbyt szczegółowo zgłębiona, podobnie jak psychika bohaterek. Z jednej strony to źle, ale z drugiej, takie rozwiązanie pozostawiam więcej pytań i niedopowiedzeń dla czytelnika, jego wyobraźni i doświadczeń.
Najciekawszym elementem tej książki jest zdecydowanie zanurzenie jej w kulturze Chin XIX wieku, i to jest właśnie to moje „odkrycie”. Wcześniej miałam do czynienia jedynie z twórczością Amy Tan, gdzie rzeczywistość amerykańska przeplata się z chińską, ale najwyraźniej to jeszcze nie było to. Nie wiem na ile realia opisane przez Lisę See są prawdziwe dla kultury chińskiej sprzed 150 lat, ale nawet jeśli w wielu tych niuansach jest chociażby i ziarnko prawdy, warto o nich czytać, poznawać je, próbować zrozumieć, jak żyli tamci ludzie, jakie były ich problemy, i jak odległe były one od problemów europejczyków. Dość szczegółowy opis krępowania stóp jest naprawdę przerażający ale obnażył on moją prawie zupełną jak dotąd ignorancję w tym temacie. Bardzo ciekawe są opisy przedślubnych, wieloletnich obrzędów, kiedy to dziewczynki przygotowują swój posag, ale nie znają nawet twarzy swojego przyszłego męża. Albo obrzędy pogrzebowe, gdzie najbliższa rodzina zobowiązuje się przemierzyć drogę z domu na miejsce pochówku na kolanach.
Nie zapomnijmy również o skandalicznym traktowaniu kobiet, która była mniej warta od krowy, czy konia, chyba że udało jej się "zabezpieczyć swoją pozycję" w domu rodząc wielu synów. Narodziny córki były bowiem najgorszym nieszczęściem. Córka była dodatkową gębą do wykarmienia, którą i tak trzeba było oddać kiedyś innej rodzinie. W tak podłych warunkach kobiety zdołały stworzyć jednak własne pismo – nüshu, którym mogły się posługiwać pisząc do siebie listy. Tak jak robią to bohaterki tej powieści.
Ciekawa, wartka lektura. Nie zmieniła może mojego wszechświata, ale sprawiła, że zainteresowałam się podobnymi lekturami, które zamierzam niedługo zamówić. (Bardzo pomocna okazała się lista Great Chinese Historical Fiction na goodreads.com). A może ktoś z Was mógłby mi coś podobnego również polecić?
2011-09-29
"Abbott Awaits" Chris Bachelder

W tym samym czasie, kiedy czytałam „Szkarłatne godło odwagi”, przemęczona trochę jej powagą, sięgałam po „Abbott Awaits”, wcześniej kompletnie nieznanego mi pisarza*, Chrisa Bacheldera. Krótka książeczka jest opisem życia wewnętrznego niejakiego nauczyciela akademickiego - Abbotta. Podzielona jest na trzy letnie miesiące – czerwiec, lipiec i sierpień, a każda z części to bardzo krótkie rozdziały – od pół do dwóch stron. Abbott spotyka niewielu ludzi poza swoją ciężarną żoną i dwuletnią córeczką. W ogóle niewiele się dzieje, jeśli wziąć pod uwagę warstwę fabularną. Rozdziały opisują zwykłe zdarzenia: spacer z córką, malowanie pokoju, wyprawę do sklepu zoologicznego. Jednak każda z tych czynności wywołuję w głównym bohaterze „reakcję” - przefilozofowanie otrzymanej od rzeczywistości treści. Jak np. w rozdziale, gdzie drzemka córki Abbotta trwa podejrzanie długo, a ten zamiast pójść do jej pokoju, wyobraża sobie, że być może ona nie żyje i zamęcza się myślami o tym jak bardzo by go to bolało.
W książce jest dużo humoru, ale powtarzając za Gogolem: Im dłużej przypatrujemy się śmiesznej historii, tym smutniejsza się ona staje. Każdy rozdział ukrywa w sobie coś z wyrzutu wobec świata i rzeczywistości. Podkreślenie bezsensu codziennych czynności, ich brzydoty, nawet żartobliwe, z jednej strony stwarza wrażenie niewdzięczności, narzekactwa. Ale z drugiej strony rodzi też zrozumienie, bo codzienność każdego z nas, bardzo często, jest właśnie brzydka, bezsensowna, pusta. I jakkolwiek próbujemy zmuszać się do zachwytu nad chmurami za oknem, zapachem kwiatów, słodyczą zakupionych jabłek, żeby wycisnąć choć trochę niezwykłości i niepowtarzalności; do jakiegokolwiek bezdomnego, biednego, pechowego nieszczęśnika się porównujemy, żeby udowodnić sobie jak wiele mamy – zapchana ubikacja, niezapłacony rachunek, kłótnia z partnerem, a nawet wielogodzinna, polegająca na tych samych czynnościach, zabawa z dzieckiem, zawsze jakoś sprowadzą nas „na ziemię”.
Każde żmudne i znojne wydarzenie dnia może jednak kryć w sobie jakiś nieznany skarb. Po prostu nie ma sensu udawać, że droga do tego skarbu była wspaniała i cudowna. O tym jest ta książka.
Chris Bachelder jest w Polsce absoltnie nieznany i niewydany**. Cóż, nie on pierwszy i nie ostatni.
*dowiedziałam się o nim z recenzji w „The Nation”.
*oprócz „listu” w zbiorowym wydawnictwie pt. „42 listy miłosne”.
2011-09-26
"Szkarłatne godło odwagi" ("The Red Badge of Courage") Stephen Crane

Wydana w 1895 „The Red Badge of Courage” jest ponoć jedną z najważniejszych powieści w literaturze amerykańskiej i ja jak zwykle przeczytałam to dzieło dopiero teraz będąc już znękaną, znerwicowaną babą po studiach (anglistycznych). Ale może to i właśnie lepiej.
Książka jest dość krótka, w obojętnie jakich wydaniach rzadko kiedy ma więcej niż 200 stron. Przez te strony nie jest jednak tak łatwo przebrnąć. No ale zacznijmy od początku: Stephen Crane – pisarz, poeta i dziennikarz. Także korespondent wojenny. Zmarł na gruźlicę w wieku 28 lat (!) w roku 1900. Swoim pisarstwem wpisywał się w nurt naturalistyczny, czego „Godło” jest dość dobitną prezentacją.
Bohaterem powieści jest Henry Fleming, którego narrator nigdy nie nazywa po imieniu, a raczej protekcjonalnie - „the youth” („młodzieniec”, może dziś powiedzielibyśmy po prostu „młody”). Nasz „młody” jest na wojnie (secesyjnej, po stronie Północy), przynależy do 304-go regimentu. Zawsze marzył o pójściu na wojnę, romantyczne wyobrażenia o niej nigdy go nie opuszczały. Kiedy jednak dochodzi do pierwszej walki, Henry ucieka z pola bitwy, bo wydaje mu się, że jego strona i tak przegra... Unia jednak wygrywa to starcie z Konfederatami, a Henry kryje się po lesie przeżuwając samotnie swój wstyd. Potem jednak dołącza do wracających z bitwy żołnieży, zabrudzonych prochem, krwawiących, utykających... Sam nie odniósł żadnej rany, co jeszcze bardziej przypomina mu o ucieczce. Szczęście jednak uśmiecha się do niego, bo... zdziela go w łeb strzelbą jeden z powracających żołnierzy, zdenerwowany nagabywaniem Fleminga. Kiedy wraca do kompanów, wszyscy myślą, że odniósł tę ranę w walce, a on nie zaprzecza. Podczas następnej bitwy, dla odmiany, Henry walczy jak szatan, chociaż wybudza się ze wszystkich dotychczasowych iluzji na temat wojny, zwłaszcza po tym jak podsłuchał rozmowę oficera z generałem, gdzie oboję wyrażają się o jego regimencie, jak gdyby to był zaledwie worek z piaskiem, który ma zatkać krytyczną dziurę. A on sam jest jedynie ziarnkiem piasku w tym worku.
Co jest niezwykłego w tej powieści? Jej kinematograficzność. Została ona wydana na długo przed tym, jak sugestywne i mocne wojenne sceny można było zobaczyć w filmach. Lwia część książki to opisy bitew i związanych z nimi hukiem, rozgardiaszem, potem, krwią, ranami i bólem. Crane nie daje naszej wyobraźni ani chwili wytchnienia, jest dla niej bardzo wymagający. To właśnie sprawia, że trudno przebrnąć przez książkę, chociaż zdecydowanie warto. Stephen Crane ma niepowtarzalny, „malarski” styl, którym czaruje już od pierwszego zdania książki.
Powieść wojenna. Pewnie antywojenna, wszystko zależy od interpretacji i spojrzenia. Zadaje fundamentalne pytania, z którymi prawdopodobnie zmagają się na całym świecie żołnierze i dziś: Czym jest odwaga? Męstwo? Czyżby nie wyrzutem sumienia? Próbą zamaskowania wstydu? Czy żołnierz jest tylko trybikiem, ziarnkiem piasku właśnie? Czy jego życie jako jednostki zupełnie się nie liczy?
A natura towarzysząca walkom, bliskość lasu, śpiewu ptaków – ta natura pozostaje niewzruszona, niewidoma na cierpienie, głucha na krzyki rannych. Trwa pomimo i trwa sama dla siebie.
Strasznie tęga i poważna wyszła mi recenzja, ale też taka ta powieść jest. Tylko w niektóych okazjonalnych dialogach między żołnierzami można doświadczyć odrobinę humoru. Polecam tę poważną pozycję wszystkim, którzy ciekawi są, jak ludzki umysł radzi sobie w ekstremalnych okolicznościach; wszystkim którzy chcą razem z Flemingiem „się spróbować”, nie z wizją nacierającego wroga, ale z sobą samym i swoimi dotychczasowymi wyobrażeniami o odwadze i męstwie.
„Szkarłatne godło odwagi” ukazało się w Polsce (pewnie jako wznowienie, może nowy przekład) jakiś rok temu, wydane przez wydawnictwo Interwers, w dziwnej serii 'Skandale i sensacje literackie'. Dziwne, czy nie, ważne, że jest na polskim rynku. Gdyż klasyki amerykańskiej często w polskich księgarniach brak. A szkoda.
2011-09-22
Mega-wpis zbiorczy o różnościach
Dobrze, czas na ogarnianie bloga. Za dużo się dzieje ostatnimi dniami, zmiany życiowe i tym podobne dyrdymały. Ale jest dość dobrze, bo:
Poza tym, cóż, nie ma co ukrywać tego faktu, posiadam teraz Kindle'a. Jest fenomenalny i świetnie mi się z niego czyta, muszę przyznać, że chyba jest wygodniejszy niż książka. Poręczniej jest go trzymać, kiedy się leży, że tak intymnie to opiszę. No i klasyka za darmo, za darrrmo. Już widzę jak całą zimę siedzę i czytam kompletny dorobek Jacka Londona.
Poza tym, oczywiście, że między Gronami, a Mango przeczytałam kilka książek, po czym byłam zbyt leniwa, żeby natychmiast skrobnąć jakąś recenzję. A jeśli nie zrobię tego najpóźniej dzień po skończeniu książki, to odechciewa mi się robić tego zupełnie i muszę się okrutnie przymuszać, a nie zawsze mam na to siłę. Ale wypiszę króciutko co jeszcze tego sierpnia przeczytałam i dorzucę moje arcyfascynujące wrażenia, plus ilustracja, żeby było dekoracyjnie i przaśnie:
„Cząstki elementarne” Michel Houellebecq – Książka oferuje niewiele oprócz niemożebnie dołujących rozmyślań o ludzkości. U Palahniuka jest podobnie, ale tam przynajmniej bywa zabawnie. Tutaj niekoniecznie. Mam wrażenie, że Houellebecq jest wieloletnim frustrataem, który pisze, żeby sobie ulżyć. Zresztą, można by to samo powiedzieć o wielu innych pisarzach, jednak z jego pisarstwa niestety nic nie mogę wynieść dla siebie.
„Everything is Illuminated” Jonathan Safran Foer – Bardzo dobra rzecz, na którą pewnie bym nie trafiła bez pomocy znajomej. Kiedy przeczytałam w jednym z blurbów (po co ja je w ogóle czytam?), że książka przełamuje nasze dotychczasowe postrzeganie języka, to pomyślałam sobie „Hm, no jasne, co druga niby to robi”. Ale ta powieść faktycznie tego dokonuje. Jest tutaj też humor, dzięki bogu, bo po "Cząstkach elementarnych" miałam ochotę kłaść się już do grobu, humor specyficzny i niesmowity, chociaż historia (czy też historie) same w sobie nie są optymistyczne.
„Women Hollering Creek and other Stories” Sandra Cisneros – Opowiadania ujdą, "The House on Mango Street" było jednak lepsze. Niektóre bywały przynudnawe, a w przypadku opowiadań jest to niemalże zbrodnia. Większość z nich opisuje życie Meksykanów w USA z kobiecej, bądź dziecięcej, perspektywy.
„The Monster and Other Stories” Stephen Crane – Crane ma potencjał zostania jednym z moich ulubionych piszących facetów. Trzy opowiadania w tomie, który posiadam, są jak wyraziste, proste i zdecydowane szkice, nie pozbawione jednak nuty impresjonistycznej poetyckości. Nic dziwnego, Crane był także poetą, a jego wiersze charakteryzują się oszczędnością w słowach. Obecnie jestem w trakcie lektury jego najbardziej znanej powieści „The Red Badge of Courage” ("Szkarłatne godło odwagi"), więc recenzja już wkrótce.
„Main Street” Sinclair Lewis - Ten, dość zapomniany, noblista zaskoczył mnie na plus. Książka opowiada nam historię młodej kobiety, która wychodzi za lekarza z małej miejscowości w stanie Minnesota, w nadziei, że jako wyedukowana i pełna radości życia osoba będzie mogła zmieniać i wpływać na kształt tej miejscowości. Na miejscu spotyka się jednak z oporem, a raczej upartą biernością, zaśniedziałych, filisterskich mieszkańców. Wbrew pozorom, ta prosta hostoria, zadaje wiele pytań nam samym. Czy nie czujemy się lepsi od innych bez żadnego powodu? Czy sami przypadkiem nie mamy w sobie wiele z filistrów?
"In The Neighborhood: The Search for Community on an American Street, One Sleepover at a Time" Peter Lovenheim - Nie bardzo wiem dlaczego zaczęłam czytać tę książkę, ale jakoś tak wyszło. Autor brata się z sąsiadami, aby udowodnić, że sąsiedzkość i sąsiedzi, to ważna instytucja w społeczeństwie, która obecnie została zaburzona. Jego zdaniem to coś na kształt znajomych, którzy mogą okazać się ważni w krytycznych momentach (nie tylko wtedy, kiedy mąki brak), ze względu na ich lokalizacyjną bliskość. Jego "badania" przeprowadzone są na jakiejś megabogatej ulicy w Rochester, NY, więc czułam się od bohaterów tej książki-reportażu dość oddalona.
"Drink Cultura: Chicanismo" José Antonio Burciaga - Dwadzieściaparę lekkich, i często żartobliwych, miniesejów o obecności kultury meksykańskiej w Stanach Zjednoczonych. Tutaj możemy się dowiedzieć o badziewności Taco Bell, o faktycznej ostrości papryczek jalapeño, o wadze święta obchodzonego w USA - Cinco de Mayo, i tym podobnych. Bardzo miła lektura, chociaż chętnie przeczytałabym coś podobnego, ale napisanego przez kobietę.
"Peeping Tom Tom Girl" Marisela Norte - Tomik wierszy kalifornijskiej poetki, która jest w zasadzie performance poet, więc jej wiersze pewnie nie brzmią na papierze tak dobrze, jak podczas publicznego odczytu. Podobno Norte pisze zawsze jadąc autobusem z domu do pracy, więc jej wiersze zawsze kończą się wtedy kiedy ma wysiąść. Ten przejazd autobusem przez Los Angeles rzeczywiście się w tej poezji czuje - obserwowanie świata za oknem i podsłuchiwanie ludzi, którzy stoją obok, a każdy widok i każde słowo przypominają o czymś z przeszłości.
Ponadto:
- Moje ulubione słowo angielskie ostatnimi czasy to kerfuffle. Wygrało ono z wcześniejszym moim faworytem: smorgasbord.
- Jest świetny wywiad z Elif Şafak. Pragnę teraz tego "Czarnego Mleka"
- No i kto wygra w tym roku Nike? Mnie zaintrygował Marian Pilot "Pióropuszem". Bardzo też bym chciała przeczytać "Obsoletki", ale trzech dych to ja za niecałe sto stron nie zapłacę. Wyd. Czarne szaleje niestety.
2011-09-02
"The House on Mango Street" Sandra Cisneros

Sandra Cisneros to amerykańska autorka meksykańskiego pochodzenia, kompletnie w Polsce nieznana, w Stanach zdołała sobie zaskarbić uznanie przynajmniej części mainstreamowej krytyki. No i zdobyła wielu czytelników. „The House on Mango Street”, wydana po raz pierwszy w 1984, to jej najbardziej znana książka. Cisneros to też całkiem nieza poetka. Może nawet poetką jest ona przede wszystkim, co zresztą znajduje swoje odbicie w konstrukcji tej minipowieści.
Bohaterką jest Esperanza, podobnie jak autorka, mieszkanka Stanów, a konkretnie Chicago, meksykańskiego pochodzenia. Z rodzicami, jako dziewczynka może 12-13 letnia przeprowadza się wraz z dość dużą rodziną po raz kolejny – tym razem na tytułową ulicę Mango. Jej największym marzeniem jest własny dom, własne miejsce („własny pokój” Woolf?), którego nie musi z nikim dzielić i gdzie nie musi po kimkolwiek sprzątać. Pomimo powierzchownego obrzydzenia obecnym domem i ulicą, każdy z rozdziałów książki opisuje sytuacje, które zachodzą właśnie w tych miejscach – to łaty i skrawki pamięci nieodwracalnie zszyte właśnie z tymi miejscami.
Rozdziały, średnio mają długość jednej strony, często przypominają swoim stylem rachityczne wiersze. Świat jednej ulicy widziany oczami dorastającej dziewczynki. Zdania są krótkie, często naszpikowane potocznymi wyrażeniami. Wiele postaci zostaje jedynie naszkicowanych, ale szkice są celne. Są to przede wszystkim młode dziewczyny, które prędzej czy później dostosowują się do modelu meksykańskiej kobiety, jak Rafaela, którą mąż zamyka w czwartkowe wieczory w domu, kiedy idzie grać w karty, bo uważa, że jest tak piękna, że może uciec. Albo te, które słono płacą za swoje wcześniejsze dostosowanie, jak Minerva, młoda matka dwójki dzieci, od której mąż uciekł. Wszystko brzmi delikatnie banalnie, może jak romansidłotwory z serii „true story, bro”, ale narracja, taka infantylna, a jednoczesnie spostrzegawcza i lakoniczna, nadaje się do relacjonowania tego typu historii idealnie, nie dopuszcza taniego sentymentalizmu, czy umoralniania.
Należy tutaj też pamiętać o perspektywie meksykańskich imigrantów i ich rodzin, bez nadziei na lepsze jutro, postrzeganych, także i dziś, przez amerykańskie społeczeństwo i rząd, jako „problem, z którym trzeba coś zrobić”. „Problemem” są głównie imigranci nielegalni, ale nawet Ci przybywający legalnie nie mają łatwego życia. Szczególnie ciężko mają kobiety – meksykanie są bardzo konserwatywni, jeśli chodzi o model rodziny i model idealnej kobiety (matka wielu dzieci, wstająca o świcie, by przygotować tortille, pobożna, łagodna, spolegliwa). Bieda i odrzucenie, które cierpią w nowym kraju popycha je jednak w zupełnie odwortnym kierunku, zwłaszcza młode dziewczynki, które bardzo szybko zachodzą w ciążę, muszą wychodzić za mąż, nie kończą szkół...
Interesuję się problematyką życia imigrantów w USA, więc podobnych lektur będzie u mnie na pewno więcej. Teraz otworzyłam sezon najbardziej oczywistą i, przynajmniej w Stanach, najbardziej znaną powieścią o tej tematyce. Gdyby kiedyś udało Wam się ją zdobyć, to polecam. Sama niebawem chyba przeczytam ją jeszcze raz, bo jej przeczytanie zajmuje najwyżej jeden wieczór, a jest to jedna z ciekawszych narracji z jakimi się ostatnio spotkałam.
2011-08-01
"Grona gniewu" John Steinbeck
Postanowilam, ze przez najblizsze kilka tygodni moje recenzje beda krotsze niz zazwyczaj, glownie dlatego, ze jestem w obcych krajach i mam tu moc rozrywek (co nie zmienia faktu, ze zdazylam przeczytac juz dwie ksiazki), a ponadto nie mam tutaj polskich znakow, mocno za nimi tesknie, a recenzje bez nich beda wygladaly kretynsko (taka mala rzecz, a taka niezbedna, te ogonki i kropki).
Dzisiaj notka bedzie o “Gronach gniewu” Johna Steinbecka. Za kazdym razem, kiedy czytam cos autorstwa tego dobrotliwie wygladajacego noblisty, jestem pod wrazeniem ogromnego ladunku wspolczucia i wiary w ludzkosc, ktorymi wypelnia on swoja proze. “Grona gniewu” to opowiesc o rodzinie drobnych rolnikow, ktora, z powodow materialnych, musi sie wyniesc z Oklahomy na Zachod, a konkretniej – do Kaliforni. Ksiazka zorganizowana jest tak, ze polowa rozdzialow jest faktycznie o losach rodziny, te rozdzialy sa dluzsze. A druga polowa to krotkie, czasem niemalze poetyckie, w wiekszosci bolesnie szczere, opisy zycia amerykanskiego spoleczenstwa w czasie Wielkiego Kryzysu.
W drodze rodzina Joadow traci niektorych czlonkow swojej rodziny, niektorzy umieraja, inny po prostu odchodza, znikaja. Jedna z najwazniejszych postaci jest matka. Jej imie nigdy nie pada w powiesci, jest po prostu matka. Zawsze posluszna mezowi, podczas podrozy stawia sie i rozkazuje, aby tylko nie dopuscic do rozbicia rodziny. Nie poddaje sie, do konca walczy z ciezkimi okolicznosciami. Jedna z najpiekniejszych postaci w literaturze z jakimi dane mi bylo sie zapoznac, chociaz pewnie jest to postac troche (moze bardzo?) nierealna. Spotykamy sie tez z Rosasharn, ciezarna, zagubiona corka. Albo z Tomem, synem, ktory wyszedl z wiezienia, gdzie siedzial za morderstwo w obronie wlasnej, a ktory, nie mozna sie oprzec wrazeniu, jest prawdopodonie jedna z najniewinniejszych postaci w tej powiesci.
Nie da sie nie dostrzec antykapitalistycznego tonu calej ksiazki, wiele obserwacji w niej zawartych moznaby odniesc do dzisiejszych zjawisk, np. bezpostaciowa, bezksztaltna, kafkowska i potworna postac Banku, ktory daje i odbiera, a ktorego pracownicy jedynie "wypelniaja jego wole". Jest w niektorych rozwazaniach Steinbecka moze i troche przesady, ale czasem trzeba troche przerysowac, zeby uwydatnic.
No i zakonczenie. Zupelnie nieoczekiwane. I otwarte.
2011-04-27
"Wielki bazar kolejowy" Paul Theroux

To dziwna książka. W księgarniach można ją znaleźć na półce z literaturą podróżniczą. W zamyśle to JEST literatura podróżnicza, jak autor sam tłumaczy, powstała jako odpowiedź na istniejącą wówczas literaturę tego rodzaju, która, jego zdaniem, była zbyt optymistyczna, dwulicowa, daleka od prawdy.
Paul Theroux wyrusza w podróż pociągiem przez Azję we wrześniu 1973 roku. Skrupulatnie opisuje w zeszytach stan przedziałów, które mu przypadły, rozmowy z pasażerami, widoki za oknem. Tak naprawdę dość rzadko zatrzymuje się gdzieś na dłużej, a i to ma posmak postoju raczej, tymczasowości, braku gruntu pod nogami. Czytając ma się wrażenie, że także siedzimy w pociągu, a krajobraz zmienia się tuż przed naszymi oczami.
Nie dowiadujemy się zbyt wiele o krajach, które odwiedza Theroux. Ani nawet o ludziach, którzy je zamieszkują. Ci ostatni dostarczają tylko czasem anegdot, czasem zabawnych, czasem żenujących, kiedy indziej szokujących. Sam autor także serwuje nam takie historyjki. Ale tak naprawdę nie o to tutaj chodzi. Literatura podróżnicza, czy nie, "Wielki bazar kolejowy" to tak naprawdę przeszywająco smutne dzieło. Nie dlatego, że Theroux widzi biedę w Indiach - ludzi półżywych, lub nieżywych, leżących pokotem na dworcach i ulicach. Nie dlatego, że obserwuje zniszczenia Wietnamu, pięknego, malowniczego kraju, w którym mimo wszystko obywatele starają się normalnie żyć. Nie dlatego, że Rosjanie piją bez przerwy alkohol i chodzą okutani w futrzane czapy i podwójnie grube kurtki z powodu spowolnionego przez alkoholizm krążenia...
Ta książka jest smutna, ale także wyjątkowa, bo jej bohater-autor, jest ilustracją samotności. Nie od razu spostrzegłam wartość i emocjonalny ładunek "Bazaru", chociaż go przeczuwałam. Stało się to bardziej klarowne pod koniec, podczas ostatnich 100 stron. Każdy kilometr zbliża naszego bohatera do odczucia samotności, tęsknoty za czymś, co nie istnieje, czego nie udało się zaspokoić. Chyba również przeżywa on rozczarowanie, być może ta podróż miała mu coś uświadomić, była celem do czegoś, a jedynie obnażyła pewne prawdy, o których Theroux nie chciał wiedzieć. Między innymi to, że jesteśmy zawsze sami, w każdej drodze. Obojętnie czy jest to droga pociągiem przez Azję, czy droga o własnych siłach przez życie. Stanowi to też pewien paradoks, bo przecież podróż kojarzy się z poznawaniem nowych ludzi, miejsc, radością. Owszem, autor bardzo często z kimś rozmawia, ale te rozmowy przypominają tylko o różnicach, braku współistnienia z kimkolwiek.
Przejście od żądnego przygód, nastawionego optymistycznie pisarza do znerwicowanego, zniechęconego, rozczarowanego człowieka odbywa się bardzo subtelnie i niemal niepostrzeżenie przez pierwsze 350 stron. Ale właśnie ta subtelność jest tak niezwykła, tak prawdziwa. Jestem niezmiernie ciekawa teraz drugiej części, "Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu", gdzie autor przebywa tą samą drogę trzydzieści lat później. Jestem ciekawa, czy ma się już dobrze. Jestem ciekawa, czy można jednak się pogodzić z tak okrutnym odkryciem nieuchronności poczucia samotności. Ciekawa jestem dokąd zaprowadzi go ta druga podróż.
2011-04-01
"Hakawati. Mistrz opowieści" Rabih Alameddine

Ech. Tu właściwie mogłabym skończyć z moją recenzją. Nie tylko dlatego, że książka była dość nijaka, ale też dlatego, że jestem obecnie zarobiona. Uczę się jak dzika. Nie mam czasu na czytanie książek, chociaż nic innego nie robię tylko czytam. Albo powtarzam to, co przeczytałam. Pozostaje powtórzyć: ech.
Ale wracając do książki. Nie miałam wcale jakichś specjalnych oczekiwań, wiedziałam, że będzie to raczej coś czytadłowatego. Kiedyś przeczytałam fragment tej książki i spodobało mi się, koncept z przeplataniem fabuły różnymi opowieściami, które jakoś tam się wszystkie ze sobą łączą - wydawało mi się, że to dobre. I może sam zamysł ciekawy, ambitny, ale jakoś w tej książce się nie klei. Czułam się jakbym oglądała jedną z tych nowoczesnych bajek dla dzieci, gdzie wszystko skacze, wiruje i zmienia się zanim zdążę w ogóle się zorientować co się tak naprawdę dzieje. Więc mamy tutaj główną fabułę: jest główny bohater, Osama, który opowiada dzieje swojej rodziny. I są jeszcze opowieści, niby związane z fabułą główną, ale moim zdaniem ten związek jest grubo przesadzony. Osobą która spaja oba te "pola" opowieści jest postać dziadka Osamy, zawodowego hakawatiego, czyli mistrza opowieści właśnie. Zanim przystąpiłam do czytania najbardziej ciekawa byłam tych baśni, ale okazało się, że historia rodziny Osamy jest sto razy bardziej interesująca (co nie znaczy jednak, że była specjalnie fascynująca). Opowieści niby mają egzotyczny smaczek, jakieś tam morały, ale tak naprawdę były okrutnie nudne.
Niby mamy tu postacie z rodziny głównego bohatera, nie do końca określone, nie do końca opisane, co wzbudza zainteresowanie, czyni je tajemniczymi. Jest też bardzo delikatna sugestia odnośnie homoseksualizmu samego Osamy, jak i jego wujka Dżihada. Ale nie znajdziemy tutaj przemian, dojrzewania, refleksji, walki samego z sobą. Czyta się to to i czyta, tu baśń, tam papuga, tutaj jakieś bombardowania się czasem dzieją, a tam pałace emira. Miło chociaż, że dowiadujemy się co nieco o Libanie, o jego skomplikowanych dziejach, o jego wielokulturowości, ale wszystko takie ugrzecznione, udekorowane... Nic dziwnego, w końcu Alameddine napisał książkę dla amerykańskich czytelników, którzy pewnie o Bliskim Wschodzie wolą czytać w takiej konwencji - baśnie, opowieści, egzotyka, kolorowy Bejrut. Jakieś tam może i były rozruchy, ale tak bardziej z boku, jako dodatkowy kolorek. Spływały one po wszystkich bohaterach jak woda po kaczce. A po mnie jak woda po kaczce spłynęła lektura tej książki.



