Strony

2011-09-22

Mega-wpis zbiorczy o różnościach


Dobrze, czas na ogarnianie bloga. Za dużo się dzieje ostatnimi dniami, zmiany życiowe i tym podobne dyrdymały. Ale jest dość dobrze, bo:




Poza tym, cóż, nie ma co ukrywać tego faktu, posiadam teraz Kindle'a. Jest fenomenalny i świetnie mi się z niego czyta, muszę przyznać, że chyba jest wygodniejszy niż książka. Poręczniej jest go trzymać, kiedy się leży, że tak intymnie to opiszę. No i klasyka za darmo, za darrrmo. Już widzę jak całą zimę siedzę i czytam kompletny dorobek Jacka Londona.




Poza tym, oczywiście, że między Gronami, a Mango przeczytałam kilka książek, po czym byłam zbyt leniwa, żeby natychmiast skrobnąć jakąś recenzję. A jeśli nie zrobię tego najpóźniej dzień po skończeniu książki, to odechciewa mi się robić tego zupełnie i muszę się okrutnie przymuszać, a nie zawsze mam na to siłę. Ale wypiszę króciutko co jeszcze tego sierpnia przeczytałam i dorzucę moje arcyfascynujące wrażenia, plus ilustracja, żeby było dekoracyjnie i przaśnie:



„Cząstki elementarne” Michel Houellebecq – Książka oferuje niewiele oprócz niemożebnie dołujących rozmyślań o ludzkości. U Palahniuka jest podobnie, ale tam przynajmniej bywa zabawnie. Tutaj niekoniecznie. Mam wrażenie, że Houellebecq jest wieloletnim frustrataem, który pisze, żeby sobie ulżyć. Zresztą, można by to samo powiedzieć o wielu innych pisarzach, jednak z jego pisarstwa niestety nic nie mogę wynieść dla siebie.

„Everything is Illuminated” Jonathan Safran Foer – Bardzo dobra rzecz, na którą pewnie bym nie trafiła bez pomocy znajomej. Kiedy przeczytałam w jednym z blurbów (po co ja je w ogóle czytam?), że książka przełamuje nasze dotychczasowe postrzeganie języka, to pomyślałam sobie „Hm, no jasne, co druga niby to robi”. Ale ta powieść faktycznie tego dokonuje. Jest tutaj też humor, dzięki bogu, bo po "Cząstkach elementarnych" miałam ochotę kłaść się już do grobu, humor specyficzny i niesmowity, chociaż historia (czy też historie) same w sobie nie są optymistyczne.

„Women Hollering Creek and other Stories” Sandra Cisneros – Opowiadania ujdą, "The House on Mango Street" było jednak lepsze. Niektóre bywały przynudnawe, a w przypadku opowiadań jest to niemalże zbrodnia. Większość z nich opisuje życie Meksykanów w USA z kobiecej, bądź dziecięcej, perspektywy.

„The Monster and Other Stories” Stephen Crane – Crane ma potencjał zostania jednym z moich ulubionych piszących facetów. Trzy opowiadania w tomie, który posiadam, są jak wyraziste, proste i zdecydowane szkice, nie pozbawione jednak nuty impresjonistycznej poetyckości. Nic dziwnego, Crane był także poetą, a jego wiersze charakteryzują się oszczędnością w słowach. Obecnie jestem w trakcie lektury jego najbardziej znanej powieści „The Red Badge of Courage” ("Szkarłatne godło odwagi"), więc recenzja już wkrótce.

„Main Street” Sinclair Lewis - Ten, dość zapomniany, noblista zaskoczył mnie na plus. Książka opowiada nam historię młodej kobiety, która wychodzi za lekarza z małej miejscowości w stanie Minnesota, w nadziei, że jako wyedukowana i pełna radości życia osoba będzie mogła zmieniać i wpływać na kształt tej miejscowości. Na miejscu spotyka się jednak z oporem, a raczej upartą biernością, zaśniedziałych, filisterskich mieszkańców. Wbrew pozorom, ta prosta hostoria, zadaje wiele pytań nam samym. Czy nie czujemy się lepsi od innych bez żadnego powodu? Czy sami przypadkiem nie mamy w sobie wiele z filistrów?

"In The Neighborhood: The Search for Community on an American Street, One Sleepover at a Time" Peter Lovenheim - Nie bardzo wiem dlaczego zaczęłam czytać tę książkę, ale jakoś tak wyszło. Autor brata się z sąsiadami, aby udowodnić, że sąsiedzkość i sąsiedzi, to ważna instytucja w społeczeństwie, która obecnie została zaburzona. Jego zdaniem to coś na kształt znajomych, którzy mogą okazać się ważni w krytycznych momentach (nie tylko wtedy, kiedy mąki brak), ze względu na ich lokalizacyjną bliskość. Jego "badania" przeprowadzone są na jakiejś megabogatej ulicy w Rochester, NY, więc czułam się od bohaterów tej książki-reportażu dość oddalona.

"Drink Cultura: Chicanismo" José Antonio Burciaga - Dwadzieściaparę lekkich, i często żartobliwych, miniesejów o obecności kultury meksykańskiej w Stanach Zjednoczonych. Tutaj możemy się dowiedzieć o badziewności Taco Bell, o faktycznej ostrości papryczek jalapeño, o wadze święta obchodzonego w USA - Cinco de Mayo, i tym podobnych. Bardzo miła lektura, chociaż chętnie przeczytałabym coś podobnego, ale napisanego przez kobietę.

"Peeping Tom Tom Girl" Marisela Norte - Tomik wierszy kalifornijskiej poetki, która jest w zasadzie performance poet, więc jej wiersze pewnie nie brzmią na papierze tak dobrze, jak podczas publicznego odczytu. Podobno Norte pisze zawsze jadąc autobusem z domu do pracy, więc jej wiersze zawsze kończą się wtedy kiedy ma wysiąść. Ten przejazd autobusem przez Los Angeles rzeczywiście się w tej poezji czuje - obserwowanie świata za oknem i podsłuchiwanie ludzi, którzy stoją obok, a każdy widok i każde słowo przypominają o czymś z przeszłości.


Ponadto:

- Moje ulubione słowo angielskie ostatnimi czasy to kerfuffle. Wygrało ono z wcześniejszym moim faworytem: smorgasbord.

- Jest świetny wywiad z Elif Şafak. Pragnę teraz tego "Czarnego Mleka"

- No i kto wygra w tym roku Nike? Mnie zaintrygował Marian Pilot "Pióropuszem". Bardzo też bym chciała przeczytać "Obsoletki", ale trzech dych to ja za niecałe sto stron nie zapłacę. Wyd. Czarne szaleje niestety.

1 komentarz:

Inez pisze...

Faktycznie trochę się dzieje u Ciebie... Ciekawy wybór lektur, skopiowałam kilka tytułów dla własnych potrzeb i... ja również coraz częściej myślę o Kindle'u:)

Pozdrawiam