Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piątkowy raport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piątkowy raport. Pokaż wszystkie posty

2012-10-05

Piątkowy raport książkowy (18)

Właśnie przeczytane: The Colour Rose Tremain, o gorączce złota w Nowej Zelandii pod koniec XIX wieku. Małżeństwo przybywa z Anglii na nieprzewidywalną wyspę, aby rozpocząć tam wspólne życie. Dzielnie zmagają się z nieprzyjazną pogodą, jak i z własnymi materialnymi brakami, do czasu kiedy Joseph znajduje w pobliskim stawie złoto. Najważniejsi w tej powieści są bohaterowie, pełnokrwiści, pełni niedoskonałości. Zdecydowana, nieprzeciętna, godna podziwu Harriet, którą pociągają przygody i niebezpieczeństwa, zaskarbiłą sobie moją sympatię, chociaż pod koniec książki postać ta zostaje, niestety, sprzedana nijakiemu sentymentalizmowi. Joseph z kolei jest absolutnie beznadziejną postacią, nie dlatego, że autorka popełniła jakieś błędy, czy niedociągnięcia w jego kreacji – wręcz przeciwnie, odmalowała przekonywująco jednego z najbardziej antypatycznych mężczyzn bez charakteru z jakimi miałam okazję się zetknąć w literaturze. Nie czytałam do tej pory niczego związanego z gorączką złota, ani tak naprawdę niczego, co działoby się w Nowej Zelandii (jak to możliwe?), więc The Colour pozwolił mi na wgląd w nieznane dotąd dziedziny i krajobrazy. Poza tym bardzo beztrosko się to-to czyta. Polecam do lżejszego czytania tym, którzy nie lubują się w typowych czytadłach.


Zdążyłam przeczytać również Sirindingo Pisingollo i inne dziwne opowiadania kubańskiego pisarza i artysty Samuela Feijóo. Bardzo osobliwe, żartobliwe króciutkie historyjki o cyrkowym klimacie, nie tylko dlatego, że Feijóo często pisze właśnie o cyrku, ale też dlatego, że w jego opowiadaniach pojawiają się często egzotyczne zwierzęta (zwłaszcza słonie!), jak również ludzie traktujący swoje porażki z humorem, niczym grupa clownów, albo którzy niebezpiecznie lawirują między smutkami, jak akrobaci. Do reszty nie pasuje tylko jedno opowiadanie, trochę chaotyczne zdarzenie z czasów rewolucji, które było jednak lekko nudne, nawet dla takiej fanki wszelkich rewolucji jak ja. Jest również kilka opowiadań metafikcyjnych, gdzie autor zwraca się do czytelników dzieląc się z nimi refleksjami na temat tego, o czym właśnie pisze, lub ma napisać. Najbardziej urzekło mnie to z nich, które autor pozostawił niedokończonym, a od którego jednak musiał się uwolnić przenosząc je na kartkę. Cytuję w całości ostatni akapit tego opowiadania:

”A jeżeli po starannym opisaniu tej osobliwej historii o miłości, po znalezieniu dla niej godnego zakończenia, być może nawet pasującego do dziwnego charakteru całości, czytelnik, który zawsze czeka na więcej i na coś wspaniałego, na intrygę tyleż zagmatwaną co finezyjną, znajdzie mniej, niż się spodziewał, i to coś bardzo prostego i znanego, co nie będzie miało sensacyjnego finału, tylko zjawi się jak zwyczajny wiatr w południe, jak zwyczajny uśmiech albo zwyczajne krzesło czy zwyczajna szklanka, które przez fakt, że stale widzi się je i używa, tracą już swój urok?”

Teraz czytam: Wczoraj rozpoczęłam Ilustrado Miguela Syjuco i wciąż jestem zbyt wcześnie w książce, aby móc o niej powiedzieć coś więcej, oprócz tego, że: tak, dałam się nabrać i myślałam, że Crispin Salvador jest postacią realną, ale niezrównane Internety mnie wyprowadziły z błędu... To bardzo inspirujące, kiedy ktoś tak realnie pisze o nieistniejącej postaci. Ale co niby wskazuje na tę realność? Sfingowane przypisy? No, ale refleksję opiszę w prawidłowej, mniejszej, czy większej, recenzji, już po lekturze.

Zmagam się też z Mobym Dickiem Melvilla, a właściwie od tygodnia nie przeczytałam ani jednej linijki, a jestem mniej więcej, i jak się przymnknie oko na parę stron, po lekturze jednej trzeciej całości. Bardzo chcę przeczytać ten fundament amerykańskiej powieści, i pewnie to zrobię, aczkolwiek może mi to zająć tyle samo czasu ile trwało polowanie na białego wieloryba.



W następnej kolejności: Sama nie wiem, ostatnio nie planuję kolejnych lektur, wolę się bawić w długie zastanawianie się i wybieranie. Wiem tylko, że chcę czytać więcej non-fiction, bo też ostatnio kupuję coraz więcej tego typu książek.

Poezja: Ostatnio czytam wspaniały tomik Joy Harjo, amerykańskiej poetki natywnej, She Had Some Horses. Lubię, kiedy poeci umieją opisywać naturę i jej siły w sposób, który mnie nie nudzi. Tym znającym angielski polecam na wieczór lekturę Anchorage.

2012-07-13

Piątkowy raport książkowy (17)

Właśnie przeczytane: Arabian Jazz Diany Abu-Jaber. Bardzo udana lektura, spodziewałam się raczej czegoś przeciętniejszego. Bardzo lubię, kiedy autor przedstawia świat w bardzo charakterystyczny sposób, a jednocześnie bez postmodernistycznych sztuczek (których zresztą, jeśli są udane, jestem fanką); lubię kiedy styl prezentuje ze sobą coś więcej, niż tylko poprawne kreatywne pisanie. Takie jest właśnie pisarstwo tej autorki, jej prosta historia o Jordańczyku zamieszkałym w USA wraz z dwiema córkami jest pełna pięknych, drobnych, ulotnych momentów, które dostarczają wiele satysfakcji temu, kto je wyłapie. Autorka zaludniła książkę wieloma niezwykle przekonywującymi postaciami. Często dostrzegałam siebie w niezdecydowanej, pogrążonej w marazmie, głównej bohaterce, dwuedziestodziewięcioletniej Jem, która nie wie co ma ze sobą dalej w życiu zrobić. Nie znajdziemy w Arabian Jazz aż tak wielu informacji kulturowych z życia Jordańczyków w Stanach, jednak w książce pojawia się wiele refleksji na temat poczucia wykorzenienia, lojalności względem obu narodowości. Chyba więcej dowiadujemy się o życiu najbiedniejszych z białych Amerykanów, chociażby dzięki poruszającej postaci Dolores Otts, młodej kobiety wyniszczonej przez biedę, wielokrotne ciąże, nieudane związki z mężczyznami. Chętnie przeczytam inne powieści Abu-Jaber. Bardzo spodobał mi się jej bezpretensjonalny, ciepły, a jednocześnie nie ukrywający najstraszniejszych prawd, sposób obrazowania.



Teraz czytam: Teraz jestem w kropce. Czytam, ale bardzo ślimaczo, bez przekonania. Jeśli chodzi tylko o fikcję, brnę teraz przez Górę duszy chińskiego noblisty Gao Xingijana oraz Stracone złudzenia Balzaca, co stanowi dość osobliwą mieszankę. Obie książki to cegły, obie nie tak łatwe w odbiorze.

Góra duszy jak na razie mnie rozczarowuje. Przyznaję to z bardzo ciężkim sercem, bo byłam przygotowana na odkrycie stulecia, na książkę, która przewróci mój świat do góry nogami, na ucztę tak wysmakowaną, że po niej wszystkie inne książki będą niczym zimne krewetki na kiju (chociaż to ostatnie wcale nie byłoby dobre dla mojego czytelnictwa). Ale chyba nie czuję tej książki, nie czuję klimatu. Czyta mi się ją bardzo ciężko, muszę uruchamiać 110% zapasu skupienia, żeby przebrnąć przez kolejny rozdział, a rozdziały są króciutkie. Właściwie po 100 stronach zamierzałam książkę zarzucić (ma ok. 500), ale nie mogę przyjąć do wiadomości takiej porażki, że ot tak, poddam się bez walki. Co innego zarzucać książkę, kiedy jej lektura nas po prostu drażni, a co innego zrobić to, bo się może jej nie rozumie, może nie udaje się nastroić do fal, na któych książka nadaje. Zawsze ambicja każe mi jednak przeć dalej przez strony, może jednak się uda podłapać jakąś nić, dzięki której dojdę do chociażby niewielkiego kłębka zrozumienia. Może. Nie rozumiem mojego problemu. Styl autora jest bardzo poetycki, opisy piękne, przeplatane krótkimi historiami. Coś w sam raz dla mnie. A jednak nie współgra ze mną Góra duzy ani trochę.

Jeżeli chodzi o Stracone złudzenia natomiast, to wygląda na to, że odzwyczaiłam się lekko od typowej dziewiętnastowiecznej klasyki, przede wszystkim od opisów! A Balzac to w ogóle daje czadu ostro opisując każdą osobę, która tylko pojawia się w jego polu widzenia, że zapadnięte policzki, że mruga dziwnie, jak używa tabaki, że ma ciemne interesy z tym, a tamtym, że jego ogary najlepsze na polowania i co tam jeszcze. Ale nie, bynajmniej nie mam nic przeciwko! To urocze i właśnie o taki hiperrealny świat mi chodziło, gdy sięgałam po tę pozycję. Muszę się tylko jakby dodatkowo wgryźć w te niuanse, bo ostatnią grubą dziewiętnastowieczną powieść czytałam w czerwcu 2010 roku i była to niesamowita Szkoła uczuć Flauberta.

W następnej kolejności: Albo będzie to Piaskowa góra Joanny Bator, bo ostatnio za mną chodzi ten tytuł, albo Śmierć Artemia Cruz Carlosa Fuentesa, bo czas przenieść się trochę czytelniczo do Ameryki Łacińskiej.

2012-06-01

Piątkowy raport książkowy (16)

Właśnie przeczytane: Oprócz Zapachu cedru, przeczytałam wcześniej również Sezon migracji na Północ Tayeba Saliha, lecz nie miałam ochoty sporządzać dłuższej recenzji. Książka jednak jest świetnym wprowadzeniem do tematyki post-kolonialnej – jeżeli ktoś woli fabularne wprowadzenie od bardziej naukowych: Orientalizmu Saida, czy Wyklętego ludu ziemi Fanona. Smutna refleksja nasuwająca się po lekturze książki – że sfery Północy i Południa są nie do pogodzenia, jest, niestety, aktualna także i dziś. Sezon migracji to także niezwykłe przedstawienie sudańskiej wioski, jej mieszkańców, a także natury przefiltrowanej przez niemiłosierne promienie słońca.



Teraz czytam: Jestem w połowie The Warrior Woman. Memoirs of a Girlhood Among Ghosts Maxine Hong Kingston – wspomnienia chińsko-amerykańskiej pisarki, gdzie baśniowe przeplata się z realnym, a duchy są równie prawdziwe jak ludzie. Mimo iż książka jest ciekawa, to spodziewałam się po niej czegoś więcej. Zwłaszcza, że The Warrior Woman jest dość ważną lekturą w środowisku akademickim, zwłaszcza wśród osób które zajmują się amerykańską literaturą etniczną / imigracyjną. To nie jest niestety pierwszy raz, kiedy raczej się zawodzę na akademickich wyborach właśnie takich, a nie innych książek.

Poza tym rozpoczęłam wczoraj na moim Kindle'u Amigoland Oscara Casaresa – kolejna moja lektura meksykańsko-amerykańska, raczej lżejsza, ale nie wiążę z nią wielkich nadziei (chociaż najczęściej wtedy właśnie książka mnie zaskakuje na plus).

W nastepnej kolejnosci: Prawdopodobnie będą to wspomnienia From the Land of Green Ghosts: A Burmese Odyssey Pascala Khoo Thwe – jak sam tytuł wskazuje, będzie to podróż po Birmie, czyli kolejne miejsce zdobyte w ramach wyzwania Literatura w Azji.

Mam też ochotę powrócić trochę na tereny europejskie, ale lektury z tego kręgu, w posiadaniu których obecnie jestem specjalnie mnie nie kuszą, oprócz, może, Piaskowej góry Bator. Hmm?


I jak zwykle pokuszę się o piosenkę na weekend. Tom Waits – zastanawiam się jak mogłam żyć taki szmat czasu bez jego muzyki. Ale już od jakichś trzech lat jestem oświecona ;) "No good, you say? Well, that's good enough for me."


2012-05-18

Piątkowy raport książkowy (15)

Właśnie przeczytane: Paradise of the Blind Duong Thu Huong.


Teraz czytam: Kończę Powiedział mi wróżbita, zostało mi zaledwie 20 stron. Do końca miesiąca mam również ambitny plan ukończyć dwie inne książki, które czytałam z (bardzo czasem rzadkiego) „doskoku” już dobre kilka miesięcy, czyli Dzieje kultury latynoamerykańskiej pod redakcją Marcina Gawryckiego, oraz dołującą (niestety) A People's History of the United States Howarda Zinna. O obu postaram się napisać chociaż krótkie wrażenia. W ich miejsce rozpocznę przynajmniej jedną książkę non-fiction, których zdaję się mieć coraz więcej.

W nastepnej kolejnosci: Sezon migracji na PółnocAt-Tajjiba Saliha (w angielskojęzycznej strefie znany jako Tayeb Salih). Już się zdecydowałam na 100%, książka (ładne wydanie z NYRB) leży tuż obok mnie. Potem dołączy do tej lektury kolejna - Zapach cedru (wolę oryginalny tytuł - Fall on your Knees) Ann-Marie MacDonald.

Muzyka: O dziwo, powróciłam ostatnio do ostrego, kobiecego grania. Słuchałam takiej muzyki, jak miałam 15 lat (trochę dawno temu), a teraz słucham jej ponownie i odkrywam w niej nowe przekazy, nową energię, nowe pomysły. Przez długi czas myślałam, że będę powracać do tej muzyki tylko wtedy, kiedy będzie we mnie narastać złość i agresja. A tu proszę – wsłuchuję się w nią nie odczuwając niczego negatywnego. Urosło dziecko?


2012-05-11

Piątkowy raport książkowy (14)

Zapuściłam trochę bloga. Jakoś nie byłam zainspirowana do pisania, dni przelatywały jeden po drugim jak kolibry. Jest ciepło, opalone mam tylko przedramiona i nos. Na podwórku częstymi gośćmi są zające, wiewiórki (ziemne i nieziemne), drozdy, sójki i jeden wyjątkowo gruby świstak.

Właśnie przeczytane: Przez ten cały szmat czasu udało mi się ukończyć jedynie dwie książki - Dreaming in Cuban Cristiny Garcíi oraz Życie i czasy Michaela K. J.M. Coetzeego. Ta pierwsza przypominała mi częściowo How the Garcia Girls Lost Their Accents Julii Alvarez, lecz wydała się odrobinę lepsza, choć bez rewelacji. Co to tej drugiej – oczywiście Coetzee niesamowity – ale nie poruszyła mnie ta lektura tak bardzo, jak W sercu kraju, czy Foe.

Teraz czytam: Paradise of the Blind Duong Thu Huong oraz Powiedział mi wróżbita Tiziana Terzaniego, obie do wyzwania azjatyckiego. Paradise czyta się świetnie, pełna jest sugestywnych opisów, podoba mi się sposób prowadzenia narracji przez autorkę. Jeżeli chodzi o Terzaniego, to strasznie wolno idzie mi czytanie jego książki, jednak nie dlatego, że nie przypadła mi do gustu, albo mnie znudziła. Jakoś lepiej mi się ją czyta wyrywkowo i w małych kawałkach.

W nastepnej kolejnosci: Nie potrafię się w tej chwili zdecydować. Zbyt wiele tytułów do wyboru, a nie ciągnie mnie wyjątkowo mocno w żadne miejsce, czas, czy kulturę.

Jak widać, wciąż brak mi inspiracji na jakiś ciekawszy wpis. Mam nadzieję, że to niedługo przejdzie.

2012-04-27

Piątkowy raport książkowy (13)

Właśnie przeczytane: Bękart ze Stambułu Elif Şafak. Jedna z lepszych książek, które przeczytałam w tym roku (Wiem, wiem, rok jest dosyć młody).



Teraz czytam: Pióropusz Mariana Pilota. Najprawdopodobniej dzisiaj skończę, zostało mi około 60 stron. Sposób kreacji świata w tej powieści jest jedyny w swoim rodzaju. Słyszałam o porównaniach do Gombrowicza, co zresztą jestem w stanie zrozumieć, ale prawda jest taka, że z podobnym stylem i kreacją rzeczywistości nie spotkałam się nigdy wcześniej. Wszystko jest jak znajomy, ciepły koszmar. I jest to wszystko tak swoiście polskie! Nie potrafię stwierdzić na czym polskość polega, bo nie ma tu wycieruchowej sztampy: ani patriotyzmu, ani umierania za ojczyznę, ani narodowych symboli, ba! nawet bocianów tutaj nie ma. Ale to właśnie o to chodzi, może polskość to takie nieokreślone, pulsujące w podświadomości poczucie znajomego koszmaru – taki grzech pierworodny, który powraca... Ale przemyśleń więcej na ten temat będzie w recenzji.

Poza tym czytam również Powiedział mi wróżbita Tiziana Terzaniego. Podróże, które z nim odbywam są bardzo ciekawe, chociaż Terzani jest trochę zbyt gadułowaty czasami i co kilka stron sieje propagandę pt. „Wszystko, co złe to z Zachodu idzie”. Częściowo się z tym może i zgodzę, ale nie lubię takich pustych stwierdzeń bez podania jakichś realnych rozwiązań, albo chociażby nadmienienia kontrargumentów... Mimo wszystko, czyta się dobrze.

W nastepnej kolejnosci: Nie wiem – z tej prostej przyczyny, że już przestałam ogarniać, co mam, a czego nie mam. Kusi mnie, żeby wrócić do Chin. Ale kusi mnie też, żeby, przez chwilę chociaż, trzymać się z dala od Chin. Bardzo prawdopodobne, że sięgnę po jakąś lekturkę o tematyce imigracyjnej, np. Dreaming in Cuban Cristina Garcíi, albo American Chica Marie Arany. Ewentualnie zdecydyję się na Lost in Translation Evy Hoffman, którą mam już od dawna, a za którą się zabieram, za przeproszeniem, jak bąk do jajec. Chyba się boję, że mnie przyprawi ta książka o jakąś melancholię imigracyjną, a nie w głowie mi takie wzniosłe, acz ciężkie, uczucia w tym momencie życiowym.

Muszę dać piosenkę na weekend! Będę miała dobry weekend, czego i Wam życzę.


2012-04-20

Piątkowy raport książkowy (12)

Właśnie przeczytane: In Search of Snow Luisa Alberto Urrei. Recenzji nie planuję, choć książkę czytało się bardzo dobrze. Ciekawa historia tocząca się znowu na terenach południowego zachodu Stanów. Bardzo przy tym męska, ale, o dziwo (?), w ciepły sposób – bo żeńskich bohaterów tam na lekarstwo. Na pewno sięgnę w przyszłości jeszcze po jakieś książki Urrei, zwłaszcza jeśli będę miała ochotę na coś lżejszego, ale inteligentnego i zabawnego.



Teraz czytam: Bękarta ze Stambułu Elif Şafak. Bardzo mi się podoba! Chyba bardziej, niż Pchli pałac, zwłaszcza, że odnalazłam tu moje ulubione wątki poszukiwania tożsamości pomiędzy kulturami, czego się nie spodziewałam (Już tak dawno zakupiłam tę książkę, że chyba blurbów z okładki zapomniałam, stąd ta niespodzianka). Jedyny problem, jaki mam z tą powieścią, jeżeli można to nazwać problemem, to ogromna dawka opisów potrwa i jedzenia! Chcę mi się jeść niemiłosiernie, jak ją czytam (nawet rozdziały mają nazwy przypraw, albo owoców). Nie na rękę mi to, bo chciałabym trochę schudnąć, a tu ciągle te nieziemskie nazwy potraw tureckich i ormiańskich... I tak, już oczywiście szukałam jakichś tureckich restauracji w pobliżu, ale znalazłam tylko jedno miejsce, które serwuje taką niby fuzję kuchni śródziemnomorskiej i bliskowschodniej. Niezupełnie to o co mi chodziło, ale niech będzie!

W nastepnej kolejnosci: Pewnie w końcu sięgnę po coś polskiego. Nie pamiętam kiedy ostatni raz spotkałam się z polską literaturą, musiało to być bardzo dawno. Jednocześnie może będę czytać również Powiedział mi wróżbita Terzaniego, bo mam ochotę na podróż. A w ogóle to mam sto tysięcy stosów nowych książek, nacykałam już ich zdjęcia i zaprezentuję je pewnie jutro.



Z innych informacji: Nareszcie jestem stałym rezydentem USA. Nie mam jeszcze zielonej karty (ponoć nie jest zielona jest zielona), ale powinna niebawem nadejść. Po wielu miesiącach formularzowania, dokumentowania, papierowania wreszcie mam względny spokój. To jednak nie koniec moich przygód, bo czeka mnie, chociażby, egzaminy na prawo jazdy. Poza tym chciałabym oddać mój polski dyplom do „przeliczenia” na tutejsze wykształcenie. No i muszę się zastanowić: co dalej (Gdzie pracować? Gdzie studiować?). Na szczęście mam męża (dla niego tu się przeniosłam w końcu), który mnie wspiera, więc wiem, że będzie dobrze :)

2012-04-13

Piątkowy raport książkowy (11)

Właśnie przeczytane: Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin Jung Chang. Nie dałam jeszcze recenzji, skończyłam ją czytać świeżutko wczoraj wieczorem, mam nadzieję, że wkrótce dodam moje wrażenia, jeśli czas na to pozwoli. To wspaniała książka. Sprawiła, że jestem jeszcze bardziej ciekawa Chin, niż byłam wcześniej.

Teraz czytam: In Search of Snow Luisa Alberto Urrei. Dużo humoru w tej książce, zauważyłam, że nie śmiałam się podczas lektury już od wielu miesięcy, a może nawet lat – chyba ostatni raz książką ubawiłam się, kiedy czytałam Trans-Atlantyk, albo któregoś Vonneguta.

W nastepnej kolejnosci: Prawdopodobnie Bękart ze Stambułu Elif Şafak, bo ostatnio mało w moim życiu literatury tureckiej, a kilka dni temu przyszło do mnie pocztą ciekawe wydawnictwo - The Garden of Departed Cats tureckiego pisarza Bilge Karasu. Ten tytuł! Więc ta Şafak niejako w zamienniku za The Garden, bo ona siedzi na półce od Karasu zdecydowaaanie dłużej i ma pierwszeństwo.

Inne informacje: Jutro nareszcie powraca moja ulubiona księgarnia, która znajduje się w miejscowości o jakieś 40-50 minut oddalonej od mojego miejsca zamieszkania. Nazywa się Webster's i oprócz tego, że znajduje się tam mnóstwo używanych (oraz chyba też nowych) książek, można tam również wypić kawę i co-nieco przekąsić. Mnie ineteresują głównie książki, a raczej intensywne przebieranie na półkach w poszukiwaniu niesamowitych tytułów za niskie ceny. Ostatni raz w Webster's byłam niecałe dwa lata temu. Gdy powróciłam tutaj w lipcu zeszłego roku księgarnia była już zamnięta i zmieniała lokal. Wydawało się, że ta zmiana potrwa tylko kilka miesięcy, zajęła jednak rok. A jutro wielkie otwarcie!

2012-04-06

Piątkowy raport książkowy (10)

Właśnie przeczytane: Nie mogę uwierzyć, że od ponad tygodnia jest to wciąż Dziewięć części pożądania Geraldine Brooks. Nie miałam zbyt wielkiego parcia na czytanie ostatnio, a raczej parcia na ukańczanie obecnych lektur.

Teraz czytam: Jestem w trakcie kilka książek, a napomknę teraz o dwóch. Dzikie łabędzie - wspomnienia Jung Chang własne, jak również jej matki i babki, ukazujące życie w Chinach w XX wieku. Postrzeganie tej książki jako wspomnieniówkę wydaje mi się jednak mocno zawężone i krzywdzące. Zresztą, muszę przyznać, nie miałam z literaturą wspomnieniową wiele do czynienia jak dotąd, ale zamierzam się za nią w tym roku dość poważnie zabrać (tak samo ma się sprawa z literaturą podróżniczą i reportażową – całe życie, niemalże, czytania, a taki ogrom nieznanych gatunków!). W każdym bądź razie, Dzikie łabędzie to więcej niż wspomnienia. Jestem ledwo w połowie, a takiego ogromu faktów na temat komunistycznych Chin nie wyczytałam jeszcze nigdzie. Czytając nie odbieramy jednak tych historycznych dywagacji, jako suchych faktów, gdyż są one zbyt mocno zespolone z życiem bohaterek, by traktować je bezemocjonalnie. Przeprawiamy się przez kolejne strony, jak przez wciągającą powieść, stajemy się coraz bliżsi kolejnym trzem pokoleniom „chińskich cór”, a jednocześnie pochłaniamy bardzo wiele informacji... Ale czemu ja się tak rozpisuję? Refleksje powinnam zostawić na właściwą recenzję. Trudno skończyć pisać jednak o tej książce, skoro raz już się rozpocznie. Jest fantastyczna.

Drugą moją lekturą jest The Turn of the Screw Henry'ego Jamesa i tu sprawa ma się trochę inaczej. Może już nie odbieram klasyków tak jak kiedyś, może Henry James po prostu nie jest dla mnie, ale przeprawa przez tę cieniutką książeczkę idzie mi naprawdę ciężko. Liczę, że na końcu mnie coś zaskoczy – jest to w końcu opowieść o duchach, ale mam jakieś nieodparte wrażenie, że raczej skończy się na moim własnym wzruszeniu ramion.

W nastepnej kolejnosci: Ostatnio przybyło mi kilka książek, za jakiś czas może zaprezentuję kompletny stosik. M.in. otrzymałam dwie polskie książki (Pióropusz Pilota oraz Piaskową górę Bator) i zastanawiam się, czy nie sięgnąć po którąś z nich, ale chyba dam im trochę poczekać. Bardzo prawdopodobne też, że wrócę do klimatów literatury meksykańsko-amerykańskiej i sięgnę po In Search of Snow Luísa Alberto Urrei.


W Londynie nigdy nie byłam, ale ta piosenka zawsze sprawiała, że myślałam o Poznaniu, o którym myślę i teraz. Nie miałabym nic przeciwko przeteleportować się tam na kilka dni.

2012-03-23

Piątkowy raport książkowy (9)

Właśnie przeczytane: Lucy Jamaici Kincaid & How the Garcia Girls Lost their Accents Julii Alvarez.

Teraz czytam: Kamienni bogowie Jeanette Winterson, która zwykła uchodzić za jedną z moich ulubionych autorek. Ta pozycja jednak niezbyt przypadła mi do gustu. Nie wiem czy ta książka jest po prostu słaba, czy to ja i moje gusta czytelnicze się zmieniły i po prostu nie odnajduję w jej pisarstwie już tego, czym musiałam zachwycać się wcześniej. Przykro jest uzmysłowić sobie taką zmianę, nawet jeśli oznacza ona z kolei uwielbienie dla książek, których jeszcze parę lat temu by się nie zrozumiało. Została mi jeszcze ostatnia ćwiartka tej powieści, może zdoła ona podtrzymać moje niknące zainteresowanie.


Rozpoczęłam też lekturę Dziewięciu części pożądania (Świat Książki to wydał lata świetlne temu, ja mam wznowione anglojęzyczne wydanie) Geraldine Brooks, i tą książką jestem o wiele bardziej zachwycona. Nie orientuję się jeszcze dobrze w świecie Islamu, a Brooks wyjaśnia wiele pojęć, jak krowie na granicy, co mi bardzo odpowiada. Przypuszczam, że gdybym siedziała głębiej w temacie mogłyby mnie jej niektóre wyjaśnienia denerwować. Jednak to wydawnictwo skupia się na islamskich kobietach i chociażby z tego powodu nie jest to książka wyłącznie dla nowicjuszy na kulturalno-literackim terenie Islamu, bo podobnych „drzwi” do tego tematu nie ma aż tak wiele.

W nastepnej kolejnosci: Och, co by tutaj... Nie ukrywam, że mam ostatnio jakąś taką nieodpartą ochotę na klasykę. Nawet wczoraj zajrzałam na mojego wypchanego darmową klasyką Kindle'a i chyba zdecyduję się na dłuższe opowiadanie Henry'ego Jamesa The Turn of the Screw (Trochę gorszy polski tytuł W kleszczach lęku). Wybieram amerykańską literaturę, bo chciałabym znowu coś wykreślić z mojej listy z literaturą amerykańską. Ale być może sięgnę po coś jeszcze innego.

Chciałabym też powrócić do Chin. Tutaj nie ma wątpliwości, że w pierwszej kolejności będą to Dzikie łabędzie Jung Chang.


Poza tym chodzi mi po głowie dzisiaj ta piosenka. Kiedyś często rozpoczynałam dzień od The Cure. Poza tym: ten teledysk! Ojacie.


2012-03-16

Piątkowy raport książkowy (8)

Dzisiaj leniwie, krótko i bezobrazkowo. Upiekłam ciasto marmurkowe, posprzątałam, kota pogłaskałam, a teraz piję zieloną herbatę i wsłuchuję się w dość dziwną i cudaczną muzykę. Od kilku dni jest codziennie słonecznie, temperatura sięga dwudziestuparu stopni. Bardzo mi to odpowiada. Łaknę witaminy D, bo ostatnio z samopoczuciem bywało różnie.

Właśnie przeczytałam: Oprócz Pieśni Salomonowej Toni Morrison skończyłam wczoraj Dziewczęta z Szanghaju Lisy See – lajtowa, ciekawa powieść bez dłużyzn, o poprawnym stylu i nawet z dość udanie naszkicowanymi bohaterami (tutaj było z tym lepiej niż w Kwiacie Śniegu). Więcej o moich wrażeniach z tej lektury wkrótce.

Teraz czytam: Nic! Wczoraj skończyłam jedną książkę i nie zdążyłam rozpocząć następnej.

W nastepnej kolejnosci: Lucy karaibskiej pisarki Jamaici Kindcaid. Bardzo króciutka książeczka, wygląda jak lektura na jeden wieczór, a tego mi obecnie (chyba) trzeba. Następna lektura pewnie będzie bardziej hardcorowa, albo pod względem rozmiarów, albo podjętego tematu.

Idę na ganku posiedzieć, bo szkoda to słońce marnować (U mnie dzień!). I wezmę ze sobą Lucy

2012-03-09

Piątkowy raport książkowy (7) - stosy nowych nabytków!

Dzisiejszy raport składa się głównie ze stosu, więc postaram się streścić z innymi rzeczami.

Właśnie przeczytane: Skończyłam Bless Me, Ultima meksykańsko-amerykańskiego pisarza Rudolfo Anayi. Świetna lektura, postaram się wkrótce napisać o niej parę słów.

Teraz czytam: Dziewczęta z Szanghaju Lisy See, żeby nacieszyć się czymś lżejszym. Dopiero rozpoczęłam czytanie, więc mam niewiele do powiedzenia. Ale spodziewam się miło spędzić z nią czas.

W nastepnej kolejnosci: Ach! Tyle tego do wyboru. Obiecałam sobie zacząć Pieśń Salomonową Toni Morisson już jakiś czas temu, ale nie wiem czy nie wycofam się z tej obietnicy... Wystarczy spojrzeć choćby na stosy poniżej, żeby zauważyć, że mam w czym wybierać. Na prawie każdą z tych stosikowych książek, i wielu innych nieprzeczytanych, które posiadam, mam ochotę się rzucić, tak jestem ich ciekawa. Szkoda, że nie mogę czytać ich wszystkich naraz...

Niepotrzebne dywagacje na temat posiadania i kupownia zbyt wielu książek: Miałam mieć jakiś tam zakaz kupowania, aż do kwietnia, czy coś takiego, ale to postanowienie już dawno zostało zakopane tonami książek. Lubię jednak tłumaczyć to filozofią życiową „żyj chwilą”, której nie wyznaję, ale która czasem się przydaje (chociażby do tłumaczenia się), tzn. Teraz mogę kupować książki, a być może kiedyś, w czarnej przyszłości nie będę mogła, a wtedy przynajmniej będę miała biblioteczkę pełną wspaniałych lektur do czytania (Myślę tak od jakiś pięciu lat, a ta czarna przyszłość nigdy nie nadchodzi i jakieś pieniądze na książki, tym bardziej używane, zawsze się znajdują). Poza tym logicznie-nielogicznie myślę sobie, że od czasu do czasu dobrze jest narzucić sobie taki zakaz – nawet jeśli go łamię przed czasem, to i tak być może wytrzymałam bez kupowania książek z miesiąc (zamiast dwóch tygodni), a to już jest coś. Teraz mam nowy zakaz, ale nawet nie będę o nim wspominać, bo i tak go złamię.

To teraz pora przejść do stosów.


Nr 1, od góry:

Beginning Theory Peter Barry – żeby nie wyjść z wprawy w dziedzinie teorii literatury.
Remembering Babylon David Malouf – australijski pisarz poruszający problem Innego.
Travels in a Thin Country Sara Wheeler – podróże po Chile.
I, the Divine Rabih Alameddine – daję drugą szansę temu autorowi, Hakawati mnie nie zachwycił.
Lucy Jamaica Kincaid – to chyba będzie moje pierwsze spotkanie z literaturą karaibską.
Passing Nella Larsen – interesująca novella afrykańsko-amerykańskiej autorki.
Once Upon a Quinceanera Julia Alvarez – o hispanoamerykańskim zwyczaju hucznego obchodzenia piętnastych urodzin dziewczynki.
Wild Swans Jung Chang – czy tę książkę trzeba przedstawiać? Nie mogę się doczekać.
The Vagrants Yiyun Li – Chiny, lata siedemdziesiąte. Niewiele więcej trzeba dodawać, żeby mnie zachęcić.



Nr 2, również od góry:

The Stone Gods Jeanette Winterson – dawno nie czytałam nic tej autorki, a jest jedną z moich ulubionych!
Brick Lane Monica Ali – opinie bardzo różne o tym tytule, zobaczymy czy mi się spodoba.
Arlington Park Rachel Cusk – podobnie jak powyższa książka, kupiona za ok. dolara.
Love in a Fallen City Eileen Chang – ze ślicznego wydania NYRB (ach, żeby tak mieć całą kolekcję!).
A Border Passage Leila Ahmed – kolejna letura do mojego zbiorku feministyczno-islamskiego.
Arabian Jazz Diana Abu-Jaber – arabsko-amerykańska pisarka, a ja jestem zawsze ciekawa takich pisarek.
In Search of Snow Luis Alberto Urrea – kolejny w mojej kolekcji meksykańsko-amerykański pisarz...
A Glass of Water Jimmy Santiago Baca - ...i jeszcze jeden.
American Chica Marie Arana – peruwiańsko-amerykańska autorka opowiada o dzieciństwie łączącym obie kultury.
Mexico: Biography of Power Enrique Krauze – historia Meksyku, jako (mniej więcej) jednolitego państwa, czyli rozpoczynająca się od 1810 roku.


Cóż, kupienie nowej półki to nie jest aż taki problem. Problemem jest umieszczenie jej gdziekolwiek. Ach, żebym to ja do końca życia miała jedynie takie problemy!

2012-03-02

Piątkowy raport książkowy (6)

Właśnie przeczytałam: Cesarzową Shan Sy.

Poza tym skończyłam, po kilku miesiącach czytania „po troszku”, dość opasłą książkę o Meksyku - The Life and Times of Mexico Earla Shorrisa. Może skończyłabym i szybciej, ale sposób w jaki książka została napisana czasami mnie od niej odrzucał. Na początku byłam zachwycona: Wreszcie książka historyczna, która ma za nic chronologię, pomiędzy fakty wplata anegdoty i opowieści o zwykłych ludziach i ich codziennych, bądź niecodziennych, problemach. Potem te przeplatanki zaczęły być trochę uciążliwe, względna nielinearność stała się denerwująca. Wplatane historie współczesne często zlewały się z tym, co było 200 lat temu i można było się w tym wszystkim niejednokrotnie pogubić. Mimo wszystko bardzo wiele tutaj informacji o Meksyku dawnym i współczesnym, o jego obecnych problemach. Bo Shorris przedstawia nam nie tylko historię Meksyku, ale także jej kulturę, czy obecną scenę polityczną, stosunki z USA itd. Jest to więc dość przepastna skarbnica wiedzy odnośnie tego kraju, z tym że trzeba te skarby wyłuskiwać spomiędzy wielu średnio istotnych paragrafów.

A do historii Meksyku będę jeszcze wracać. Pewnie zajrzę do bardziej tradycyjnie napisanych książek historycznych.

Teraz czytam: Ceremony Leslie Marmon Silko – jedna z nowszych książek, które ostatnio do mnie dotarły pocztą. Zdecydowałam się sięgnąć najpierw właśnie po nią (chociaż jestem niezmiernie ciekawa każdej z nowych książek), bo zaintrygowały mnie pojawiające się co kilka-kilkanaście stron, wyglądające jak wiersze, opowieści, jakimi przeplatana jest narracja. Mimo wszystko nie myślałam, że Ceremony spodoba mi się tak bardzo. Bardzo oniryczny klimat, a jednocześnie przenikliwa obserwacja niepisanych praw w stosunkach między rdzennymi Amerykanami, a białymi. Dzisiaj pewnie ją skończę!


Ponadto, po ukończeniu cegiełki o Meksyku rozpoczęłam inną historyczną cegiełkę - A People's History of the United States Howarda Zinna. Historia USA z perspektywy podbitych, pokonanych, uciszonych, uciskanych i wykorzystywanych. Zinn ostro daje czadu już od pierwszych stron i nie popuszcza klasie i rasie "panów". Świetna książka. Powinien teraz ktoś napisac podobną o Europie, jeśli prosić o podobne spojrzenie na każdy z krajów z osobna to zbyt wiele.

W nastepnej kolejnosci: Prawdopodobnie Wariacje na temat rodziny Bradshaw Rachel Cusk. Jedna moja koleżanka bardzo się prozą tej autorki zachwycała i wnosząc z tego, co opowiadała, jest duże prawdopodobieństwo, że i mnie przypadnie ona do gustu. Potem pewnie wrócę do klimatów etniczno-meksykańsko-amerykańskich...

Pioseneczka na dziś, strasznie dołujący cover hitu z lat 80-tych, na dodatek ktoś na youtube zestawił tę piosenkę z eksperymentalnym filmem Mai Deren, równie dołującym, jeśli nie niepokojącym:


2012-02-24

Piątkowy raport książkowy (5)

Właśnie przeczytane: Każdy umiera w samotności Hansa Fallady. Polecam!

Teraz czytam: Cesarzową Shan Sy. Bogaty styl oddziaływujący na wyobraźnię, ciekawa, pełna okrucieńtwa, historia chińskiej cesarzowej Wu Zietan, oraz fascynujący obraz Chin VII wieku n.e. Shan Sa uwielbia wykorzystywać feerię barw, asortyment zapachów i smaków oraz niemały zbiór tkanin i materiałów, aby oddziaływać na czytelniczą wyobraźnię. Bardzo mi to odpowiada, chyba jestem obecnie w nastroju na takie zanurzenia (pasuje do tego zielona herbata), chociaż często łapię się na tym, że kompletnie nie wiem czym takim się różni muślin od jedwabiu, albo satyny. Cóż, no ja bym się na ten dwór cesarski na pewno nie nadawała.

W następnej kolejności: Jest tyle wspaniałych książek do wyboru! Ale właśnie po to, między innymi, rozpoczęłam moje piątkowe raporty – żeby zdrowo zawężać sobie możliwości kolejnych lektur. Nie żeby stanie godzinami przed półkami z książkami i drapanie się po głowie nie było przyjemne, ale wolałabym ten czas spożytkować inaczej, np. po prostu na czytanie. Zastanawiam się nad kolejną książką Coetzee'go, albo Ceremony rdzennej Amerykanki z plemienia Laguna, Leslie Marmon Silko.


Poezja: W poezji u mnie albo Louise Glück ze zbiorkiem Meadowlands, albo Jayne Cortez z Somewhere in Advance of Nowhere. Ta pierwsza jara mnie raczej średnio, zbiorek ma być trochę dyskusją z homerowską Odyseją, chociaż zanurzonej we współczesności. W zasadzie zawsze lubiłam takie intertekstualne klimaty, ale tutaj wypada to jakoś blado, chociaż jej styl jest jednym z tych, które sobie cenię – jest oszczędny. Nie lubię kiedy poeta się tak wykrwawia mi na posadzkę swoimi metaforami, że aż się niedobrze robi od widoku i zapachu.

O wiele ciekawsza jest poezja Jayne Cortez, chociaż ciężko dostać jej tomiki. Ten, który posiadam, jest jedym z nowszych, więc było o niego łatwiej. Cortez para się twórczością, którą zaszufladkowano, po części, jako poezję jazzową, gdyż jej rytmika przypomina jazzowe i bluesowe improwizacje. Sama poetka wykonuje swoją poezję do muzyki jazzowej razem z zespołem The Firespitters, z którym nagrała kilka płyt. Brzmi to naprawdę świetnie, Jayne Cortez ma niesamowity głos, taki kpiący i zdystansowany. Jej utwory pewnie nie są dla wszystkich, poetka potrafi być wulgarna, kiedy trzeba, a jej nieprzeciętne porównania i epitety częściej opisują brzydotę i codzienność, niż piękno. Tutaj można posłuchać utworu z jednej ze starszych płyt autorki, gdzie towarzyszy jej jedynie bas:

2012-02-17

Piątkowy raport książkowy (4)

Właśnie przeczytane: Pedro Páramo Juana Rulfo.

Teraz czytam: Każdy umiera w samotności Hansa Fallady. Jestem gdzieś na osiemdziesiątej stronie z pięciuset stron dużego formatu i muszę przyznać, że jestem pod dużym wrażeniem. Książka wciąga od samego początku, a czytelnik jest niezmiennie przejęty i zdenerwowany poczynaniami bohaterów, ale przede wszystkim wciągnięty do granic możliwości w to co się dzieje i ma się wydarzyć. Zdałam też sobie sprawę jak słabo znam XX-wieczną i najnowszą literaturę niemiecką. A jest przecież Sebald, jest Böll, jest Remarque. Mam nadzieję to niedopatrzenie jakoś naprawić w przyszłości.


Równocześnie czytam też już niedawno zakupiony zbiór opowiadań Edith Pearlman Binocular Vision. Książka była finalistką zeszłorocznej National Book Award, więc moje oczekiwania, niestety, automatycznie były raczej wysokie. I na razie jestem rozczarowana. Bohaterowie opowiadań są irytujący, przemądrzali. Pearlaman w swoich opowiadaniach zamieszcza wiele postaci z innych kultur (niż europejska, czy żydowska, gdyż głównymi bohaterami opowiadań są Żydzi), albo umiejscawia akcję w miejscach innych niż Europa / USA, co się chwali, chociaż podejście tych tekstów do „Innego” jest takie jakieś... protekcjonalne. Ale może to tylko mi się tak wydaje? Albo to celowy zabieg? Może zarozumiale myślę, że jestem na takie zabiegi wyczulona i od razu wiem, czy tekst ironizuje, czy nie, ale tak naprawdę nie jestem w tym aż tak dobra jak myślałam? Hm.

W następnej kolejności: No to jeśli czytelniczo byłam już dość długo w Ameryce – Stanach i Meksyku, a teraz jestem w Europie, to może następne Chiny? Jakieś Chiny lżejsze, bo mam wrażenie, że będę potrzebowała oddechu po Falladzie. Pewnie zdecyduję się albo na Cesarzową Shan Sy, albo Cesarzową Orchideę Anchee Min. Ale, kto wie, może będę się czuła zupełnie na siłach, żeby zawędrować gdzieś indziej?

Skoczę na chwilę na podwórko nacieszyć się epizodycznym, lutowym słońcem (U mnie jest dzień!).

P.S. Zastanawiam się dlaczego od kilku dni obrazki, które są w porządnej jakości, po wrzuceniu na bloggera wyglądają, jakby ktoś nimi wytarł podłogę w publicznej toalecie? EDIT: A, już się wyjaśniło, jak to naprawić.

2012-02-10

Piątkowy raport książkowy (3) - będący stosem

Ach te raporty i raporty! Ale wystrój się zmienił, bo tamtego miałam już tak strasznie dosyć. A teraz jest przestronnie, czysto, i nawet nie straciłam nic z moich pobocznych linków i innych cudów. Bardzom kontent.

Poza raportami wkrótce rozpoczną się i recenzje, bo ukończyłam wczoraj o 3:30 Światłość w sierpniu (Ups, to chyba było dzisiaj w takim razie). Raport zresztą nie będzie raportem typowym, ale stosem. Miałam nic nie kupować do kwietnia, ale cóż. Po drodze miałam urodziny, jakoś tak zmiękłam po brzegach - Bo jak to tak, książki nie kupić sobie na urodziny? A czemu tylko jedną? Dostałam na urodziny 15% rabatu od thriftbooks.com, Walentynkowe zniżki od Barnes & Noble, no i tyle było z moich postanowień.

Oto efekty:


Od góry:

A People's History of the United States Howard Zinn. Bardzo się jaram tą książką. Historia USA przedstawiona z perspektywy ludzi wykluczonych - kobiet, ludzi o innej rasie niż biała, biednych itd. Ci co przeczytali, albo ją uwielbiają, albo jej nienawidzą (tak ciężko przyjąć kilka słów krytyki!). Jak tylko zakończę czytać The Life and Times of Mexico, to się za nią zabieram.

Binocular Vision Edith Pearlman. Zbiór opowiadań, których akcja toczy się w wielu niezwykłych miejscach na świecie. Poza tym przepiękna okładka i oprawa graficzna książki w ogóle.

Pedro Páramo Juan Rulfo. Jedna z najważniejszych meksykańskich powieści. Uznaje się, że to właśnie ta książka rozpoczęła nurt realizmu magicznego. Także nie mogę się doczekać lektury.

Latinos Earl Shorris. Książka tego samego autora, który napisał The Life and Times of Mexico - jedną z moich obecnych lektur. Historia Meksyku jest trochę zbyt chaotyczna, pełna anegdot, może i ciekawych, ale trochę zbijających z tropu. Być może kompulsywne przytaczanie anegdot przez Shorrisa będzie się lepiej spełniało w tej książce - przedstawieniu Latynoamerykanów żyjących w USA.

The Bradshaw Variations Rachel Cusk. Już od dawna chciałam przeczytać coś tej autorki. Na razie wypróbuję ten tytuł.

The Collected Stories Amy Hempel. W Polsce panuje szał na Alice Munro (patrz: książka poniżej), a wygląda na to, że Amy Hempel, podobnie jak Munro, jest mistrzynią opowiadania. Jestem bardzo ciekawa, jak zbudowane są jej opowiadania, zwłaszcza, że wiele z nich jest raptem na półtorej strony.

Hateship, Friendship, Loveship, Marriage Alice Munro. Jakże i ja mogłabym jej nie spróbować? Zwłaszcza, że klaustrofobiczna tematyka, to małe miasteczko z którego się ucieka, jest mi bliska. Zobaczymy jak się ta znajomość rozwinie. Ogólnie, jak widać, wzięło mnie na opowiadania, a to po części dlatego, że sama mam zamiar się zabrać za ich pisanie. O!

Beijing Coma Ma Jian. Kolejne spotkanie z Jianem!

Feminisms: An Anthology of Literary Theory and Criticism edytowana przez Robyn R. Warhol i Diane Price. Kiedyś miałam pożyczoną, teraz sama sobie sprawiłam. Bardzo przydatna podczas pracy naukowej w skali makro i mikro (ja tylko reprezentuję na razie tę ostatnią).


Kot mojego męża zawinął się w kłębek i wygląda jak ciasto z czarną bitą śmietaną. A ja mam parcie na kuchnię w tej chwili, zrobię sałatkę z tuńczykiem, to mi na pewno przejdzie, będę mogła wrócić do książek.

Lubię piątki, nawet kiedy są zupełnie zwyczajne.

2012-02-03

Piątkowy raport książkowy (2)

Właśnie przeczytane: Women of the Silk Gail Tsukiyamy. Jak już wspominałam tydzień temu, kiedy to byłam w trakcie jej lektury, powieść nie należała do zbyt szczególnych, ani wyjątkowych. Ot, takie czytadełko, które kończy się nijak. Styl uniwersalny, każde dziecko po kilku lekcjach poprawnego, miłego, kreatywnego pisania mogłoby napisać podobną powieść. Zbyt wiele informacji o chińskich zwyczajach, czy historii też nie otrzymujemy, raczej takie ogóły, które można wyczytać praktycznie gdziekolwiek. Wielkie Łee Tam.




Teraz czytam: Światłość w sierpniu Williama Faulknera. Niesamowity kontrast z książką powyżej. Już od pierwszych zdań dają się zauważyć niezwykły styl oraz wnikliwa obserwacja odzwierciedlona w opisach otoczenia, które roztapiają się na języku i wplatają we włosy. Od razu zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, że świetnego autora można rozpoznać od pierwszych zdań. Od razu też naszły mnie wątpliwości, czy zachwycam się zdaniami Faulknera, bo należą one do Faulknera (i ja o tym wiem), czy dlatego, że po prostu są one najzwyczajniej w świecie dobre. Wiele bym dała, by ktoś kiedyś przeprowadził na mnie eksperyment i dał mi do poczytania kilka książek różnych autorów bez podawania tytułu i autora. Rezultaty mogłyby być czasem zaskakujące.




W następnej kolejności: Albo The Mixquiahuala Letters meksykańsko-amerykańskiej autorki, Any Castillo, krótkiej powieści w listach, której forma jest pewnego rodzaju hołdem w stronę Cortazara (listy można czytać w trzech różnych kolejnościach: kolejność dla konformisty, dla cynika i dla Kichota). Albo Sitt Marie Rose Etel Adnan – libańsko-amerykańskiej pisarki – bardzo krótka powieść charakteryzująca się, z tego co zdążyłam o niej przeczytać, dość wymagającą narracją, gdzie kilku narratorów opowiada o śmierci Marie Rose Boulos, poddanej egzekucji przez chrześcijańską milicję, podczas gdy w Libanie trwa wojna domowa.


2012-01-27

Piątkowy raport książkowy (1)

Właśnie przeczytane: Prochy Angeli Franka McCourta. Nie miałam nigdy zbyt wiele do czynienia ze wspomnieniówkami, ta nie wykazała się niczym szczególnym, ale nie chcę na tej podstawie oceniać wspomnień ogółem. McCourt opisuje swoje dzieciństwo, które spędził w Irlandii lat 20-tych i 30-tych, jako bardzo biedny dzieciak z bardzo biednej rodziny. Sugestywnie opisane jest irlandzkie miasto Limerick, bardzo wyraźnie nakreślone postacie, jednak oprócz dotkliwego zanurzenia w tamtych realiach czytelnik nie dostaje wiele więcej. Ot, przechodzimy dorastanie i dojrzewanie z biednym chłopcem, aż w końcu dociera do swojej (och, ach!) upragnionej Ameryki. No i jako bonus otrzymujemy tak dawno utracone poczucie wdzięczności za to, że mamy co jeść i w co się ubrać.


Teraz czytam: Women of the Silk Gail Tsukiyamy (Po polsku ukazała się inna jej powieść - Ulica tysiąca kwiatów). Nic specjalnego, niestety, historia ciekawa, miła i przyjemna. Bardzo grzeczna książka, styl, że tak się wyrażę, uniwersalny. Pei, jako ośmioletnia dziewczynka, pozostawiona jest przez ojca w internacie, gdzie mieszkają dziewczęta pracujące w fabryce jedwabiu. Rodzice nie mogą wykarmić całej rodziny, więc postanawiają, że Pei może im pomóc pracując w fabryce. Zwłaszcza, że z niejasnej przepowiedni wróżbity wywnioskowali, że dziewczynka nigdy nie wyjdzie za mąż. Ciekawska i bystra Pei szybko się przystosowuje do nowych okoliczności, chociaż bardzo tęskni za rodziną, zawiera przyjaźnie i uczestniczy w życiu internatu i fabryki. Zobaczymy co to będzie dalej, bo na razie historia płynie wolno i łagodnie, niczym jednorożec poprzez chmury.

W następnej kolejności:
Prawdopodobnie Światłość w sierpniu Faulknera, bo już dawno nie przeczytałam nic klasycznie tęgiego, no i w jakiś sposób jestem ciekawa jak na mnie ten Faulkner zadziała. To bynajmniej nie jest pierwsza rzecz tego pisarza, z którą się zmierzę, aczkolwiek ostatni raz, to czytałam fragmenty "Wściekłości i wrzasku" jakieś 5 lat temu (!!!).




Poezja: Wciąż czytam wytrwale wiersze Octavia Paza oraz tomik wierszy zebranych Wallace'a Stevensa. Ten pierwszy jest prawdziwie upiorny, i to nie w sensie, że zły, ale dlatego, że bazuje na opozycji "jestem" / "nie ma mnie," na opozycji istnienie - nieistnienie. Czytanie Paza to trochę jak granie w duchową gumę (TAK!), gdzie jak sie nadepnie na gumę to przekracza się pewien poziom między istnieniem, nieistnieniem, albo istnieniem na niby, ale potem wystarczy się okręcić, albo podskoczyć, i już z powrotem jest się prawdziwym. No a Stevens... Sama nie wiem. Raz mnie urzeka feerią barw i odcieni, a raz zraża do siebie jakimś takim fiubździu znikąd, jakimś poetyczno-retorycznym odgiętym małym palcem przy piciu herbaty z filiżaneczki. Ale może to przejdzie.

Poza tym postanowiłam każdej nocy przed zaśniecięm przeczytać kilka wierszy Emily Dickinson. Na spokojne sny.