Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty

2012-02-22

"Każdy umiera w samotności" Hans Fallada

Po lekturze tej książki zdałam sobie sprawę, jak dawno nie przeczytałam niczego, co wciągnęłoby mnie po same uszy. Kiedy byłam trochę młodsza zdarzało się to dość często. Potem, być może, stałam się zbyt wymagająca, albo zbyt przytępiona, żeby przewracać strony jak szalona, chociaż czytam bardzo dużo.

Każdy umiera w samotności opowiada historię małżeństwa, które sprzeciwiło się nazistowskiemu reżimowi podczas drugiej wojny światowej. Anna i Otto Quangel, niewykształceni robotnicy zamieszkali w Berlinie, których syn właśnie poległ na wojnie, piszą kartki z hasłami wzywającymi do stawiania oporu władzy, do włoskiego strajku, zaprzestania finansowania partii itd. Takie kartki jedno z małżonków zostawiało w jakimś często przez ludzi uczęszczanym miejscu, np. biurowcu, w widocznym miejscu. Małżeństwo liczyło na to, że ludzie będą przekazywać między sobą kartki, być może sami zaczną je pisać i podrzucać. Nie zdawali sobie sprawy, że w 1940 społeczeństwo niemieckie było już tak zastraszone, że ten, który kartkę zobaczył i zaczął czytać, to od razu, drżąc i pocąc się, odnosił ją do najbliższego reprezentanta władzy / policji, nie skończywszy jej nawet czytać. W ten oto sposób wobec Quangelów toczy się śledztwo początkowo prowadzone przez skrupulatnego inspektora Eschericha.

Prawie od samego początku wiadomo, jak książka się skończy, a mimo to nie można się od niej oderwać. Oprócz dwóch głównych bohaterów wymienionych powyżej, powieść pełna jest wielu innych, jaskrawo i wyraźnie przedstawionych, niekoniecznie równie silnych i pewnych w swych zamierzeniach jak Quangelowie, postaci. Pomimo powagi fabuły, nie brakuje tutaj poczucia humoru, dystansu, ale też i cichej nadziei na to, że już wkrótce będzie lepiej, co pod koniec książki potwierdza sędzia Fromm mówiąc, że im coraz gorzej jest teraz, to tym prędzej będzie lepiej. A ja, w trakcie czytania, zastanawiałam się, czy opozycja w ogóle posiada sens jeśli opieramy się samotnie, jeżeli nie udaje nam się na nikogo wpłynąć, by zauważył prawdę, albo przynajmniej wysilił się na obiektywizm. I w końcu stwierdzam, że tak, owszem, posiada to sens. Świadomość, że Otto i Anna dokonali właściwego wyboru towarzyszy im do końca książki. I to ona jedynie zostaje z nimi do końca. Być może jest to sama esencja człowieczeństwa. Obecnie, naturalnie, czasy i okoliczności są inne, ale zawsze jest coś, co nie daje spokoju, co nie jest do końca w społeczeństwie (politykę już tam przemilczmy) „załatwione”, odmienione, chociaż wszyscy upierają się, że jest. Możemy na własną rękę szukać prawdy, zbierać argumenty z różnych stron, czytać książki na dany temat. Na szczęście nie grozi nam już kara śmierci za to. No, może czasami lekki ostracyzm, kiedy się za dużo wykładów znajomym sadzi, np. o feminizmie.

Podobno Fallada napisał Każdy umiera w samotności w 24 dni, po tym jak jego znajomy, poeta, podrzucił mu akta Otto i Elise Hemplów, na historii których oparta jest powieść. Mimo faktu, iż autor bazował na konkretnych dokumentach (chociaż twierdzenie, że bazowanie na faktach ułatwia pisanie, w przeciwieństwie do fantazjowania, jest kwestią mocno dyskusyjną), nie mogę wyjść z podziwu, że zbudował tak skomplikowaną konsktrukcję, zawiązał i poprzeplatał tyle wątków, w trochę ponad trzy tygodnie! Polecam tę książkę wszystkim wielbicielom dobrej, gęstej, wciągającej prozy, którzy nie są tak łasi na happy endy, jak większość klientów księgarni, w której kiedyś pracowałam.

2011-07-21

"Buddenbrookowie" Thomas Mann

Gdybym nadawała swoim notkom ciekawsze tytuły niż sztampowo – tytuł i autor, to zatytułowałabym dzisiejszy wpis „Buddenbrookowie, czyli studium neurozy,” gdyż wszyscy najważniejsi bohaterowie tej powieści cierpią na nią, w takim bądź innym wydaniu. „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny,” bo taki jest pełen tytuł, to powieść, którą Tomasz Mann zaczął pisać w wieku 22 lat, a ukończył ją w mając lat 25. A nie ma chyba bardziej neurotycznego przedziału wiekowego, niż ta niby-sielska dwudziestoparoletnia „młoda dorosłość.” I w tym miejscu, nawet z moją nikłą znajomością biografii noblisty, jego życie oraz opowieść o kupieckiej rodzinie z Lubeki zazębiają się.

Głównym bohaterem jest Tomasz Buddenbrook, obowiązkowy, sumienny, ciężko pracujący dla dobra spółki, odnoszący sukcesy nawet w polityce. Najstarszy syn, chluba ojca. Na początku poznajemy go jako zwyczajnego bystrego chłopca, który wyraża chęć pracy w kantorze wraz z ojcem, zdobywania zawodowego doświadczenia. Z czasem staje się coraz bardziej zauważalne, że Tomasz Buddenbrook jest tylko aktorem dźwigającym swoją rolę jak krzyż, podczas gdy jego wnętrze wypełnia tłamszona chęć nieokreślonego wyzwolenia, wspólnoty, być może nieśmiertelności. Nie ma on jednak w sobie wiele z bohatera romantycznego, który mógłby mieć podobne rozterki. Tomasz Buddenbrook do końca pozostaje w więzieniu burżuazyjnego etosu i wizerunku.

Kolejny bohater wybitnie neurotyczny to Chrystian, hipochondryk i fantasta. Nie jest zainteresowany kupiectwem, ani uregulowanym życiem. Jako kompletne przeciwieństwo Tomasza, biega do teatru, gdzie wręcza bukiety aktorkom, spędza wieczory w karczmach i opowiada na zebraniach rodzinnych niestosowne historie z pobytu w Ameryce Południowej. Czasem jednak wydaje mu się, że nie potrafi przełknąć jedzenia, że nerwy z jednej strony jego ciała „są za krótkie”, że ma nieprzepartą ochotę wyskoczyć przez okno. Z bladego chłopczyka zmienia się w karykaturalnego człowieczka, przypominającego niemalże jedną z lalek dziecinnego teatru, który otrzymał jego siostrzeniec Hanno…

O Hanno również warto wspomnieć. Syn Tomasza, jedynak, chorowity i nadwrażliwy. Opisy jego niespokojnego snu potrafią wywołać u czytelnika niemalże przerażenie, a na pewno jakiś nieokreślony dyskomfort. Po matce chłopiec dziedziczy miłość do muzyki, która ostatecznie pozostanie jego jedyną miłością.

No i na koniec zostawiłam sobie bohaterkę najbardziej mnie intrygującą – Tonię Buddenbrook. Siostra Tomasza, córka zdolnego kupca, Jana. Całe życie podejmuje się czynności, aby „zrobić coś dla nazwiska Buddenbrook” i wszystkie one okazują się niewypałami, które pogrążają rodzinę. Tonia, pod koniec książki nieco komiczna starsza kobieta przekonana o swojej „znajomości życia”, na początku powieści jest uroczą dziewczyną, która na letnisku poznaje młodego chłopaka „z ludu”, przyszłego lekarza i zakochuje się w nim. Rodzice jednak (oczywiście) nie zgadzają się na taki układ, więc Tonia wyrzeka się tej miłości, wychodzi za innego kupca i tuż przed odjazdem ze świeżo zaślubionym mężem pyta ojca, czy jest z niej teraz zadowolony.
„Upadek rodziny” musiał wyniknąć z jakiegoś błędu, hamartii – winy tragicznej. Wydaje mi się, że dla każdego ten błąd będzie w innym miejscu powieści. Dla mnie jest on wynikiem tego pierwszego małżeństwa Toni, zawiera się w tym pytaniu do „tatusia” – „Czyś teraz zadowolony ze mnie?” Przy czym nie jest to wcale pytanie sarkastyczne, ale pełne nadziei i poczucia wypełniania jakiegoś nadrzędnego obowiązku. Biedna Tonia.

Cała powieść jest taka jak przedstawienie Toni – współczucie i ironia, złośliwość i zrozumienie, dystans i wzruszenie są zmieszane ze sobą w taki sposób, że czytelnik oscyluje niemalże dziko między smutkiem, a drwiną w stosunku do bohaterów. A lista intrygujących postaci nie kończy się na tych czterech wymienionych przeze mnie… Trudno nie wspomnieć też o skrupulatnych opisach śmierci każdego, kogo ona w tym dziele spotyka, oraz o ciekawym podkreśleniu użycia języka i sposobu mówienia, jako część charakterystyki danego bohatera. To pierwsza rzecz Manna z jaką miałam okazję obcować i jest to prawdziwy majstersztyk, pewnego rodzaju sarkastyczny pastisz powieści realistycznej, sagi rodzinnej. Teraz to naprawdę nie mogę się doczekać „Czarodziejskiej góry.”