Strony

2011-12-31

2011



2011 był dziwny i trochę bolesny. Prywatne trzęsienia ziemi. Rok rozpoczęty wczytywaniem się w dziadowskie horoskopy w poszukiwaniu wskazówek życiowych, a zakończony nieśmiałą myślą, że wiem co mam w ciągu kolejnych lat do zrobienia (już bez pomocy horoskopów). To pierwszy taki rok od paru lat, kiedy to dowiedziałam się o sobie tak wiele.

Ale teraz ten rok już minął, co przynosi pewną ulgę, jednak czy nowa data zmienia cokolwiek? 2012, jeśli będzie dobry, nie byłby tak dobry bez bolesnych i nieznośnych zmagań roku 2011.

Czytelniczo odkryłam sto tysięcy światów, chociaż dopiero w drugiej połowie roku. Niespodziewanie w centrum mojego czytelniczego zainteresowania znalazły się Chiny, co pewnie ewoluuje w zainteresowanie literaturą innych krajów azjatyckich. Od dłuższego czasu także fascynuję się literaturą amerykańskich imigrantów, czy literaturą etniczną USA - krótko mówiąc, autorów, którzy w swoim pochodzeniu mają (co najmniej jeden) łącznik (przynajmniej w pisowni angielskiej) - Mexican-American, Chinese-American, Cuban-American, African-American itd. Powoli odkrywam też poezję latynoamerykańską.

Nie wszystko, co czytam jest odzwierciedlone na blogu. Niestety, ponieważ początkowym zamysłem było zapisywanie wrażeń ze wszystkich przeczytanych książek. Ale czasami nie ma co się zmuszać. Poza tym nie jestem zbyt wielką fanką recenzowania książek naukowych, albo niektórych non-fiction, a ich przeczytałam w tym roku co najmniej z tuzin. Ciężko też recenzować poezję, przynajmniej mnie, więc to też odpadło.

Chciałabym też, żeby ten blog odrobinę się zmienił. Przez ten rok trochę zapomniałam, że to przede wszystkim moje miejsce, którego organizowanie ma być dla mnie przyjemnością. Zamiast tego często dawałam się zamknąć w formułce tego, jak blog książkowy i notki na nim powinny wyglądać. Postaram się teraz częściej pisać o tym, o czym chcę. Może więcej będzie notek o lekturach, w trakcie których jestem, bo zauważyłam że mam więcej do powiedzenia o książce, kiedy ją właśnie czytam, niż wtedy kiedy ją skończę. Być może będzie więcej cytatów i wypisów (niekoniecznie po polsku). A może zwyczajnie trochę więcej tzw. "prywaty," co niekoniecznie należy mylić z "wynurzeniami osobistymi i schizami." Od tego mam innego sekretnego bloga ;)

Mam przeczucie, że 2012 będzie albo rokiem końca świata, albo najlepszym rokiem w moim życiu.

Jakkolwiek by on nie wyglądał, nie zabraknie w nim książek.


Na koniec, na pokprzepienie mojej imigracyjnej duszy, ten oto wiersz Stanisława Barańczaka przytaczam w całości (fragment o zawiązywaniu sznurowadła już nieaktualny, ale reszta, że tak powiem, "jak w mordę strzelił"):



DRUGA NATURA

Po paru dniach oko się przyzwyczaja
do wiewiórki, szarej, a nie rudej jak Pan Bóg przykazał,
do samochodów, przeciętnie o półtora metra za długich,
do zbyt czystego powietrza, w którym rysują się świeżo malowane
reklamy na dachach, obłoki i pożarowe drabinki.

Po paru tygodniach przyzwyczaja się ręka
do innej pisowni jedynki i do nieprzekreślania siódemki,
nie mówiąc o opuszczaniu kreski nad "n" w podpisie.

Po paru miesiącach nawet język umie układać się w ustach
w ten jedyny sposób, który zapewnia właściwą wymowę "the".
Jeszcze parę miesięcy i, przyklękając na ulicy, aby zawiązać sznurowadło,
uświadamiasz sobie, że robisz to, aby zawiązać sznurowadło,
nie po to, aby rutynowo zerknąć przez ramię,
czy ktoś za tobą nie idzie.

Po paru latach śni się sen:
stoisz przy zlewie w kuchni leśniczówki
w pobliżu miejscowości Sieraków, gdzie po maturze, nieszczęśliwie zakochany, spędzałeś wakacje,
twoja lewa dłoń unosi czajnik, prawa kieruje się w stronę gałki kranu.
Sen, jakby uderzył w ścianę, staje nagle w miejscu,
z męczącym natężeniem skupiając się na niepewnym szczególe:
czy gałka była porcelanowa, czy mosiężna.
Śpiąc jeszcze, wiesz przeraźliwie jasno, że od tego wszystko zależy.
Budząc się, wiesz równie jasno, że nigdy się nie przekonasz.


2011-12-18

Chiny x 3

Revolution is not a dinner party autorstwa Ying Chang Compestine jest, wydawać by się mogło z projektu okładki i blurbów, pomyślana jako książka “dla każdego przedziału wiekowego,” więc także dla dzieci. Ja nigdy bym dziecku do przeczytania tej książki nie dała, chyba że chciałabym je psychicznie zadręczyć. Akcja powieści toczy się w miejscowości Wuhan, w okresie rewolucji kulturalnej w Chinach, a narratorem jest 9-letnia dziewczynka, Ling, córka lekarzy. Revolution charakteryzuje się sporym ładunkiem emocjonalnym, Ling opisuje niewiarygone upokorzenia i horrory, których ofiarami są jej najbliźsi, jej spokojny dom stopniowo zostaje zniszczony, dosłownie jak i w przenośni. Koszmar zaczyna się od kiedy do tego samego budynku wprowadza się Towarzysz Li, wokół którego formuje się Czerwona Gwardia (młodzież w wieku gimnazjalnym i licealnym, której było wolno denuncjować ludzi w każdym wieku, także własnych nauczycieli i rodziców, niszczyć ich mienie, oraz publicznie upokarzać). Od tej chwili każda najdrobniejsza pomyłka i potknięcie kosztuje rodzinę Ling, oraz nią samą, bardzo wiele.

Powieść bardzo interesująca, trzymająca w napięciu. Świetnie próbuje ukazać czytelnikowi okropieństwa związane ze wspomnianą rewolucją (palenie książek, ścinanie kobietom włosów publicznie, usuwanie ze stanowisk lekarzy i wstawianie na ich miejsce chłopów po 8-tygodniowym kursie medycznym). Mimo to zalatuje sztampą już po pierwszych kilku rozdziałach. Bohaterowie są czarno-biali - całość tak zwanego proletariatu jest ukazana jako stado bezmyślnych, zawistnych owiec. Osoby warte współczucia to jedynie te z tzw. klas wyższych, ofiary zeźlonej “gawiedzi.”

Trochę bardziej "szaro" (w opozycji do "czarno-biało") ujmuje to autor kolejnej książki Balzac and the Little Chinese Seamstress (Balzak i chińska krawcówna) Dai Sijie (tłumaczenie własne):



[B]urżuazyjni intelektualiści, którzy z winy komunistów doświadczyli tyle trudności, byli od nich, w swojej moralności, nie mniej surowi.


Balzak to historia o dwóch chłopcach (18 i 17 lat), którzy zostali odesłani, znowu w rezultacie rewolucji kulturalnej, do odległej od ich miejsca zamieszkania wioski, aby przejść tam proces reedukacji. Reedukacja w większości przypadków jest jednak dożywotnia i chłopcy, synowie lekarzy (znowu) nie mają zbyt wiele szans na powrót do poprzedniego życia. Jednak nawet w prymitywnej, górskiej wiosce dzieją się rzeczy, które mają ogromny wpływ na naszych bohaterów. Do najważniejszych zaliczają się: spotkanie z krawcówną, oraz tajemnicza walizka pełna zachodniej, oczywiście zakazanej, literatury.

Trzeba jednak przyznać, że pomimo dość intrygującego zakończenia, które może być zinterpretowane na kilka sposobów, sama historia jest stounkowo mdła i nijaka. Niewiele dowiadujemy się na temat głównych bohaterów, przyjmujemy, że w jakiś sposób ewoluowali, zmienili się, ale nie bardzo wiemy w jaki. Podobno książka była sporym hitem we Francji (gdzie autor zamieszkał, kiedy wyjechał z Chin), czy w USA. Szczerze powiedziawszy, nie wiem dlaczego.

A ostatnia na dzisiaj książka to też był, swojego czasu, hicior - Concise Chinese-English Dictionary for Lovers (Mały słownik chińsko-angielski dla kochanków) autorstwa Xiaolu Guo, nominowana w 2007 do Orange Prize. Tutaj akcja nie dzieje się ani w Chinach, ani w okresie rewolucji kulturalnej (uff) – a w Londynie, w czasach jak najbardziej współczesnych. Młoda Zhuang przybywa do UK, aby przez rok uczyć się języka. To pomysł jej rodziców, posiadaczy niewielkiej fabryki butów, którzy liczą, że mając kogoś ze znajomością angielskiego, będą mogli prowadzić szerzej zakrojone interesy. Narracja jest (znowu) pierwszoosobowa, ale jednak dość szczególna – jako swojego rodzaju pamiętnik pisany od razu po angielsku, a więc, zwłaszcza początkowo, pełen błędów gramatycznych, ortograficznych i składniowych. Ciekawy eksperyment, jednak nie tak udany jak np. we Wszystko jest iluminacją J. Safrana Foera. Nasza Zhuang, okrutnie naiwna, poznaje mężczyznę, artystę, dwa razy od niej starszego, po czym wprowadza się do niego. Oprócz wzajemnego niezrozumienia i zmagań bohaterki z językiem angielskim nie otrzymujemy wiele więcej. Bardzo interesująca jest jedynie miesięczna podróż bohaterki do Europy, w trakcie której w jakiś sposób dorasta. Szkoda, że nie trwała ta podróż dłużej.

Mimo minusów w Słowniku wiele jest cennych refleksji na temat bycia obcym w nowej kulturze i języku, z czym jestem w stanie zidentyfikować się całym sercem.

2011-12-15

Stosy ostatnie przed postem książkowym.

Pora na ostatnie stosy przez długi, długi czas. Mam dość do czytania przez następne pół roku, i to pod warunkiem, że na czytanie będę poświęcać 10 godzin dziennie. Postanowiłam nie kupować książek aż do 1 kwietnia. Czy dam radę? Pewnie nie.

Oto ostatnie zakupy, większość używana i kupiona po naprawdę niskich cenach (co by się usprawiedliwić):



Od góry:

“Gabriela, Clove and Cinnamon” Jorge Amado – jedna z najbardziej znanych książek jednego z najbardziej znanych współczesnych pisarzy brazylijskich. I moje pierwsze spotkanie z literacką Brazylią w ogóle. Ostatnio głównie celuję w literaturę latynoamerykańską oraz chińską (tudzień imigrantów z tych terenów), so się odzwierciedla w tych, jak i poprzednich stosach.

“The Interpretation of Dreams” Zygmunt Freud – czytałam już lata temu, ale niewiele pamiętam. Zamierzam naiwnie szukać tam odpowiedzi na kilka pomniejszych życiowych pytań.

“Malinche” Laura Esquivel – Autorka “Przepiórek w płatkach róży” napisała fabularyzowaną biografię kontrowersyjnej dla Meksykanów postaci Malintzin. Po hiszpańsku. Będę się zmagać z hiszpańską składnią.

“Reading Lolita in Teheran” Azar Nafisi – ta książka stosunkowo dawno była dość popularna również w Polsce i polskiej blogosferze. Nabyłam ją w ramach edukacji o Bliskim Wschodzie (a zresztą kosztowała tylko dolara).

“Middlesex” Jeffrey Eugenides – teraz wielkim hitem jest najnowsza powieść Eugenidesa - “The Marriage Plot,” która faktycznie z opisu wydaje się bardzo intrygująca. Tymczasem nabyłam coś starszego tego autora.

“The Thoughts of Thoreau” - Któż, cyniczny czy romantyczny, nie potrzebuje czasem złotych myśli Henry'ego Davida Thoreau?

“The Mythology of Mexico and Central America” John Bierhorst – Mitologie! Tych nigdy za wiele.

“Every Man Dies Alone” Hans Fallada - “Każdy człowiek umiera samotnie,” zakup zainspirowany tym wpisem z serii Poniedziałkowy Gość na blogu Miasto Książek.

“Soul Mountain” Gao Xingjian – chiński noblista. Niewiele wiem o tej książce, ale mam przeczucie, że będzie fantastyczna.




Stos kolejny, od góry:

“Ex Libris” Anne Fadiman – Słynna książeczka z esejami o książkach. Już ją nawet zdążyłam przeczytać - drastycznie pretensjonalna.

“Wild Dreams of a New Beginning” Lawrence Ferlinghetti – tomik wierszy jednego z najaktywniejszych duchów amerykańskiej poezji lat 60-tych i 70-tych, współzałożyciela kultowego City Lights Booksellers & Publishers.

“Baltasar and Blimunda” Jose Saramago – Jak dotąd znane mi jest tylko “Miasto Ślepców”. Polowałam na “Ewangelię wg Jezusa Chrystusa”, ale nie znalazłam w dobrej cenie, więc pocieszyłam się tym.

“She Had Some Horses” Joy Harjo – tomik poetki będącej rdzenną Amerykanką (jej przodkowie to Czirokezi). Z jakiegoś powodu uwielbiam już sam tytuł tomiku.

“A Sister to Scheherazade” Assia Djebar – ta powieść algierskiej pisarki i tłumaczki jest ponoć dość ciężka, gęsta i zagmatwana. Zobaczymy.

“Lost in Translation” Eva Hoffman – tej książki nie mogę się doczekać. Autorka, mając 13 lat, wraz z rodziną emigrowała z Krakowa do Vancouver w Kanadzie (a następnie do USA). Opisuje trudy zaaklimatyzowania się w nowym miejscu, odnalezienia się w nowym języku.

“Dreaming in Cuban” Cristina Garcia – saga rodzinna kubańsko-amerykańskiej autorki.

“The Death of Artemio Cruz” Carlos Fuentes – jeden z najważniejszych meksykańskich pisarzy i jego najczęściej czytana powieść. Również nie mogę się doczekać!

“The Noodle Maker” Ma Jian – jeden z najbardziej znanych współczesnych chińskich pisarzy. Obecnie mieszka w Londynie, a w tym roku zabroniono mu wizyt do Chin.

“Orientalism” Edward Said – kulturoznawczo-literacko-teoretyczny klasyk. Oczywiście, że z chęcią łyknę.

Grimm's Fairly Tales – A co mi tam!

“The Life and Times of Mexico” Earl Shorris – Jestem w trakcie lektury, fantastyczna książka, traktuje naturalnie o historii Meksyku, ale jest napisana zupełnie inaczej, niż książki historyczne. Może jak ją skończę, to będzie mi się chciało ją zrecenzować.

“The Collected Poems of Octavio Paz 1957-1987” - pora zacząć bum na latynoamerykańską poezję.




I jeszcze cztery pozycje, o których zapomniałam, jak już zrobiłam zdjęcia stosów:

“Nobodies. Modern American Slave Labor and the Dark Side of the New Global Economy” John Bowe – Wszystko co dotyczy imigracji oraz imigrantów bardzo mnie interesuje. I, niestety, ta książka o smutnym tytule i podtytule jest o nich.

“A History of the Wife” Marilyn Yalom – Od paru miesięcy jest to również moja historia. Autorka ma na swoim koncie także książkę o historii piersi.

“Neruda. Selected Poems”
- Kolejny tomik Nerudy, bo ten co kupiłam poprzednio miał fatalne tłumaczenie.

“A Different Mirror: A History of Multicultural America” Ronald Takaki – Historia imigracji do Ameryki oraz jej wielokulturowości.


Ach, no i to już chyba wszystko. Mam do zrecenzowania jakieś 3 zaległe książki, a za chwilę zaczynam następną. “Shirley” Charlotte Bronte zarzuciłam, jakoś nie czuję się na siłach czytać o uczuciach panienek, przynajmniej nie obecnie. Jak widać zresztą, czekają na mnie stosy innych książek, które o wiele bardziej mnie interesują!

2011-12-09

"451 stopni Fahrenheita" Ray Bradbury

Przeglądając moją listę literatury amerykańskiej, z którą chcę się w najbliższym czasie zapoznać trudno nie oprzeć się wrażeniu, że 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury'ego jest elementem nie pasującym do reszty, jednak ta książka znalazła się na wielu (jeśli nie wszystkich) listach pt. “American literature” na goodreads.com, więc zdecydowałam się i ja umieścić ją na swojej. Bradbury jest autorem książek fantasy, science fiction, jak i horrorów. Żaden z tych gatunków totalnie mnie nie interesuje (wyjątek stanowi pisarstwo Ursuli K. Le Guin). Zwłaszcza kiedy okładka wygląda tak:

Czego, na boga ojca, można się spodziewać po książce z taką okładką? Ale przecież książki autorstwa Kilgore'a Trouta, alter ego Kurta Vonneguta, także miały podobne okładki, były sprzedawane w podejrzanych pseudo-księgarniach, a jednak zawierały niesamowicie ciekawe, paraboliczne treści. Więc, oczywiście, nie ma co oceniać książki po okładce. Po prostu ją przeczytajmy!

Ta króciutka powieść to kolejna dystopia, w której można odnaleźć co nieco Nowego wspaniałego świata, a także My Zamiatina. Główny bohater, Guy Montag, jest strażakiem, który pali książki. Większość ludzi już zapomniała, że kiedyś strażacy gasili pożary, a nie je wywoływali. Alarm w miejscu pracy Montaga rozbrzmiewa wtedy, kiedy ktoś donosi na posiadaczy książek. A książki są niszczone, gdyż prowadzą do nierówności, niepotrzebnej wiedzy, depresji. W świecie zobrazowanym w 451 stopni Fahrenheita najważniejsza jest ciągła dekoncentracja, skupienie się na nic nie znaczących informacjach, dźwiękach, rozmowach. Ulubioną rozrywką żony głównego bohatera jest siedzenie w pokoju, gdzie na trzech ścianach wyświetla się jej “rodzina”, gdzie każdy gada jakieś głupoty i kłóci się o nie wiadomo co (przypomina to trochę obecne reality show). Montag jednak ukradkiem zabiera po jednej książce z miejsc, w które zostaje wezwany, aby je spalić, i udaje mu się zebrać małą biblioteczkę. Pewnego dnia decyduje się skontaktować z pewnym profesorem, aby ten pozwolił mu zrozumieć dlaczego książki, I wiedza z nich czerpana, są tak ważne.

Nie powiem, żebym spotkała się tu z wielką oryginalnością, podobieństwa do wyżej wspomnianych dwu powieści chodziły za mną przez większość czasu. Styl i język są bardzo proste, jest trochę odwołań do klasyków - przełożony Montaga, postać raczej mroczna i cyniczna, obznajomiona z literaturą całkiem nieźle, przeprowadza niby-monolog między zwolennikami i przeciwnikami książkowej wiedzy cytując właśnie pisarzy. Jak to z dystopijną literaturą, która przetrwała próbę czasu, bywa, jest ona dość profetyczna. Wydana w 1953, przewidziała ogromne telewizory (prawie na całą ścianę), ale przede wszystkim to rozkojarzenie, tę potrzebę zajmowania się wiecznie czym innym. Czy wszyscy nie przypominamy trochę żony Montaga, kiedy w ciągu minuty zaglądamy w telewizor, potem w laptopa, a potem w jakieś czasopismo? Nie ma co ukrywać też, że obecnie najbardziej popularne strony to te, gdzie są same obrazki, gify z bawiącymi się kotami, ewentualnie komiksy z minimalną zawartością tekstu przez gąszcz których internauta scrolluje całe wieczory. A książki? Cóż... Zakładając najczarniejszy scenariusz, wydaje mi się, że nikt nigdy nie będzie musiał ich palić, ludzie po prostu kompletnie przestaną je czytać, a ci co nie przestaną, będą traktowani z pobłażaniem, jak gdyby jeszcze nie dorośli do poważnych zadań. Hmm, w zasadzie jak tak się zastanawiam, to ten najczarniejszy scenariusz już jest obecny ;)

Ogólnie rzecz biorąc, jest to ciekawa, choć niewymagająca, lektura zwłaszcza dla wielbicieli wszelkich antyutopii.

Co mnie na koniec książki zdziwiło dość mocno, to cztery strony komentarza od autora umieszczone na samym końcu. Ja zazwyczaj czytam wszystko w książce, łącznie ze wstępem, podziękowaniami i notą bibliograficzną, więc jak mogłabym pominąć komentarz autora? Bardzo żałuję jednak, że to zrobiłam...

W samej powieści, wspomniany już przełożony, Beatty, w pewnym momencie jako jeden z powodów, dla których książki stały się dla społeczeństwa niewygodne, podaje mniejszości, którym nie podobało się to czy owo w danych powieściach. Było to dziwne dla mnie, ale pomyślałam sobie, że to polifoniczność powieści, te sprawy - w dialogach wyrażane są bardzo różne postawy, żeby człowiek mógł się nad nimi zastanowić. Ale nie. Okazuje się jednak, że jest to pogląd samego autora, który w dość cierpkich, mocnych słowach wyraża się o wszelakich mniejszościach, narodowych, czy religijnych, a także, naturalnie, o feministycznych. Tak duże rozgoryczenie wynika z faktu, że jakiś teatr uniwersytecki nie chciał wystawić jego sztuki, bo nie ma tam kobiecych ról, albo że dostał list od Afro-Amerykanina, że murzyni w jego innej powieści są jacyś stereotypowi. Bardzo wrażliwy ten Bradbury, nie ma dwóch zdań. W związku z kilkoma incydentami musiał w dosadnych, ocierających się niemal o wulgarność, słowach wyrazić swoją niechęć w stosunku do mniejszości. Zawsze mi się wydawało, że od ostatnich dekad to właśnie ponowne odczytanie klasyków przez dane mniejszości, wzbogaca te lektury, ale według Raya Bradbury'ego mniejszości chcą jedynie zniszczyć to, co im nie odpowiada. Cóż, to pewnie bardzo stary komentarz, chcę wierzyć, że od tego czasu autor zmienił zdanie w tej kwestii. W każdym bądź razie, komentarz ten pozostawił duży niesmak.


2011-12-08

"1Q84" Haruki Murakami

Wreszcie. Przeczytane. Całość 1Q84 Murakamiego. Moje wrażenia nie różnią się znowu tak bardzo od mojej recenzji pierwszego tomu sprzed prawie roku. Nie jaram się. Szczerze powiedziawszy, mimo iż początkowo byłam zachwycona rozwiązaniem amerykańskiego wydania – wszystkich tomów w jednym, przeczytanie całości momentami mnie przerastało, chociaż nie mam problemu z czytaniem dużych cegieł. Wręcz przeciwnie, raczej darzę je zawsze lekko cieplejszym uczuciem, niż książki chude. Moja okazjonalna niechęć do kontynuowania lektury 1Q84 wynikała zwyczajnie z faktu, że mnie tym dziełem Murakami nie zachwycił.

Tom pierwszy jest zdecydowanie najnudniejszy. Może zresztą tak mi się wydaje, bo czytałam go dwukrotnie (a nie jestem fanką powrotów do już przeczytanych książek). Pozostałe dwa tomy poiadają trochę więcej werwy, ale wciąż nie specjalnie intrygują. Od Kafki nad morzem nie mogłam się oderwać, pamiętam do dziś, jak stałam na dworcu autobusowym czekając na mój autobus, totalnie zaczytana, nie zdając sobie za bardzo sprawy co się wokół działo. Ale z 1Q84 musiałam się zmuszać, żeby nareszcie ukończyć to ceglisko, które mogło być, szczerze powiedziawszy o 200 stron krótsze, nie tracąc nic ze swojego przekazu. Jest tu wiele niepotrzebnych powtórzeń, które niekoniecznie mają wiele wspólnego z “czytacie tom drugi, to ja wam przypomnę co było w pierwszym”. Powtórzenia zdarzają się czasem na przestrzeni tego samego rozdziału. Irytowały mnie też opisy codziennych czynności, łącznie z oddawaniem moczu. Nie jestem pruderyjna, ale szczerze powiedziawszy nie interesuje mnie jak długo i ile bohater sika. Gdybym miała ochotę poczytać o tym, to sięgnęłabym po prozę Bukowskiego. Rozumiem, że autor chciał zobrazować w jakiś sposób samotność i odizolowanie bohaterów poprzez ten nacisk na powtarzanie prostych czynności. Ale działało mi to na nerwy.

Z bohaterami trudno było się “zaprzyjaźnić”, przynajmniej mnie. Najciekawszy był Ushikawa, którego bliżej poznajemy w trzecim tomie, najbardziej intrygujący, najbardziej ludzki, a jego instynkt i zmysł łączenia i kojarzenia faktów bardziej interesujące, niż w jakiś sposób zimne talenty Aomame (bezlitosne, acz skutezne, rozciąganie mięśni), czy Tengo (matematyka). Życie tych dwojga ostatnich jest tak pozbawione miłości, uczucia, ciepła, że trudno uwierzyć, iż obydwoje faktycznie prawdziwie się kochają. Jest w tym coś nienaturalnego, ale nie nienaturalnego-Murakamiowego, ale zwyczajnie, pospolicie nienaturalnego.

Jest to na pewno najbardziej romantyczna książka Murakamiego. Może właśnie dlatego miejscami tak kuleje. Trudno o miłości pisać nawet takim gigantom jak Murakami. Jest w tej powieści wiele nawiązań do innych autorów, jest Proust, jest Czechow, jest naturalnie Orwell, jak i odwołań do muzyki klasycznej. Nie otrzymujemy żadnych odpowiedzi odnośnie wielu wątków, ale taki już jest Murakami, do tego nas przyzwyczaił. Jednak wszystko jakieś powtórzone, już gdzieś było. Mam wrażenie, że to całe przechodzenie na drugą stronę, odbijanie się w paralelnym świecie, że to wszystko to samo, co było już i w “Kronice ptaka nakręcacza” I w “Końcu świata i hard-boiled wonderland”. Przeczytałam już trochę powieści japońskiego pisarza, ale wciąż wiele mi pozostało, więc mam nadzieję, że ten pomysł nie powtarza się w jego pisarstwie jednak zbyt często...

Gdzieś tam w długiej kolejce książek czeka na mnie “Tańcz, tańcz, tańcz”, ale na razie od Murakamiego robię sobie sporą przerwę.

2011-11-25

"Pokój" Emma Donoghue

Zupełnie przypadkiem zaczęłam czytać tę książkę. Pomimo jest bestsellerowego statusu, nie wiedziałam o niej nic, chociaż okładkę anglojęzycznego wydania widziałam dosłownie wszędzie. Czytałam ją na Kindle'u, więc nie natknęłam się na żadne blurby, opisy i recenzje. Po prostu zacęłam czytać od strony nr 1...

I dopiero po kilku stronach zorientowałam się... "ten chłopczyk, który jest narratorem, jest uwięziony razem z matką w Pokoju!" A nocą przychodzi Stary Nick, podczas gdy chłopiec, Jack, śpi zamknięty w szafie, by gwałcić jego matkę, która po 7-miu latach zamknięcia już się nie opiera. Brzmi to wszystko znajomo? fritzlowo? kampuschowo? Tymi historiami właśnie inspirowała się autorka. Tania sensacja? Nie wydaje mi się. Kiedy słyszymy o podobnych historiach, to, oczywiście, uważamy, że to okropne; chcąc nie chcąc, z gazet i telewizji dowiadujemy się szczegółów, nie możemy uwierzyć itd., ale nasza wyobraźnia jakoś blokuje nasz umysł przed wyobrażeniem sobie codziennego życia, uczuć i emocji tych ofiar. Po to ukazują się właśnie takie książki, żeby boleśnie wspomóc naszą lękliwą wyobraźnię, żeby zrozumieć lepiej nieszczęście, które mogło paść na każdego z nas. Gdyby styl i przedstawienie były badziewne, nijakie i mdłe, taka powieć rzeczywiście byłaby niewybaczalnym czerpaniem korzyści z sensacji. Pokój jest jednak kawałkiem ciepłokrwistej i mięsistej literatury.

Język Pokoju jest niezwykły, bo, jak wspomniałam, narratorem jest pięcioletni Jack, który nie zawsze wypowiada się poprawnie, ale celnie, i czasem dosadnie, opisuje rzeczywistość wokół. Na początku nie zna zresztą innej rzeczywistości, niż Pokój. Dzięki niemu, jego obrazowaniu, w książce jest nawet pewna doza humoru, chociaż nastrój jest i tak ciężki przez cały czas trwania powieści.

Abstrahując od sensacyjnych historii, które częściowo są wynikiem cywilizacyjnych dolegliwości - samotności, stresu, odrzucenia - każdy może odpowiedzieć sobie sam na pytanie czym jest Pokój. Dla mnie Pokojem jest nie samo fizyczne pomieszczenie, ale ciasny związek między Jackiem, a matką - między dziećmi i rodzicami w ogóle. Jest coś bardzo toksycznego w tym związku, w sposób jaki przedstawia to książka. Jack ratuje matkę, ale potem, już na wolności, jest dla niej trochę ciężarem, starając się narzucić jej reguły ustanowione, przez nią samą przecież, w Pokoju. Rodzice rysują dzieciom pewne ograniczenia, reguły, pewien "pokój", a gdy sami próbują się z tych ograniczeń wyłamywać, dzieci nie pozwalają im na to, nie potrafią tego zrozumieć.

Pokój czytało się szybko, a nawet trochę nerwowo. Potem długo ciężka atmosfera mnie nie opuszczała, nie mogłam się od niej uwolnić. Świetna, poruszająca lektura. Zazdroszczę autorce wyobraźni i odwagi do eksperymentowania z językiem, bo wielu autorów chyba się tego obawia. Spróbuję kiedyś znaleźć inną powieść Emmy Donoghue, bo bardzo jestem ciekawa co tam jeszcze spłodziła jej wyobraźnia i czy klimat będzie równie gęsty.

2011-11-22

Projekt: Literatura amerykańska

Wymyśliłam sobie skromny projekt na własne potrzeby. Ciągle odkrywam pokłady, dosłownie, literatury amerykańskiej z którą nie miałam jeszcze do czynienia, a w moim wypadku wypadałoby mieć z nią bardziej intensywny romans (jestem amerykanistką z powołania, jak i z konieczności)



Skompilowałam więc listę 50 pozycji, które wcześniej, czy później muszę przeczytać, i które w taki czy inny sposób są klasyczne, albo ważne. Kilka z nich czytałam już wcześniej, albo we fragmentach (Moby Dick), albo sto lat temu (Zabić drozda). Niektórym autorom daję nową szansę, bo nie specjalnie się z nimi polubiłam przy okazji innych lektur (Nathaniel Hawthorne, F. Scott Fitzgerald). Innych znów autorów bardzo sobie cenię i chcę kontynuować lekturę ich dzieł (John Steinbeck, Tennessee Williams). Daję sobie na tę listę czas nieograniczony, ale chciałabym czytać co najmniej 2-3 książki z listy w ciągu kwartału.

EDIT 15.03.2012: Zdaję sobie sprawę, że ta lista składa się z zatrważająco wielu białych pisarzy anglosaskiego pochodzenia, a w obliczu zmian i większego otwarcia kanonów na pisarki, post-kolonialnych pisarzy i pisarzy etnicznych, jest to w zasadzie nie do przyjęcia. Jednak tym jest właśnie ta lista - odzwierciedleniem oklepanych kanonów, z którymi, mimo wszystko, chcę się zapoznać, choćby po to, by wiedzieć, czy są czegoś warte. Poza tym dobrze znać te lektury, by móc je jakoś "zderzać" właśnie z post-kolonialną, czy kobiecą, literaturą. A w końcu, poza tym projektem, czytam tak wiele różnorakiej literatury, że jedna taka skostniale-kanoniczna lista nie wyrządzi, ani moim poglądom, ani nieuchronnym i wyczekiwanym w literackich (czasem zatęchłych) światkach zmiany, żadnej krzywdy.

Oryginalne tytuły podaję w nawiasie, chyba że tytuł oryginalny jest taki sam jak polskiego tłumaczenia, albo polskie tłumaczenie nie istnieje (na szczęście takich przypadków było niewiele).

1. Ray Bradbury - “Fahrenheit 451”
2. Herman Melville - “Moby Dick”
3. Herman Melville - “Kopista Bartelby” (“Bartleby the Scrivener”)
4. Nathaniel Hawthorne - “Marmurowy Faun” (“Marble Faun”) albo “Dom o siedmiu szczytach” (“The House of Seven Gables”)
5. F. Scott Fitzgerald - “Czuła jest noc” (“Tender is the Night”)
6. F. Scott Fitzgerald - “Piękni i przeklęci” “(The Beautiful and the Damned”)
7. Mark Twain - “Przygody Hucka” (“The Adventures of Huckleberry Finn”)
8. Thomas Wolfe - “Spójrz ku domowi aniele” (“Look Homeward, Angel”)
9. William Faulkner - “Światłość w sierpniu” (“Light in August”)
10. William Faulkner - “Absalomie, Absalomie...” (“Absalom, Absalom!”)
11. Jonathan Franzen – “Wolność” (“Freedom”)
12. Robert Penn Warren - “Gubernator” (“All King's Men”)
13. John Updike - “Uciekaj, Króliku” (“Rabbit, Run”)
14. David Foster Wallace – jeszcze się nie zdecydowałam
15. Willa Cather – “Moja Antonia” (“My Antonia”)
16. Richard Yates - “Wielkanocna Parada” (“Easter Parade”)
17. John Dos Passos - “42 równoleżnik” (“The 42nd Parallel”)
18. William S. Burroughs - “Nagi Lunch” (“Naked Lunch”)
19. Saul Bellow - “Herzog”
20. Flannery O'Connor – opowiadania
21. Thomas Pynchon - “49 idzie pod młotek” (“The Crying of Lot 49”)
22. Jack London - “Maleńka pani wielkiego domu” (“The Little Lady of a Big House”)
23. Sinclair Lewis - “Babbitt”
24. Upton Sinclair - “Grzęzawisko” (“The Jungle”)
25. Frank Norris - “Potęga giełdy” (“The Pit”)
26. Stephen Crane - “Maggie, Girl of Streets”
27. Raymond Chandler – opowiadania
28. Henry James - "W kleszczach lęku" (“The Turn of the Screw”)
29. Henry James - “Portret Damy” (“The Portrait of a Lady”)
30. Truman Capote - “Śniadanie u Tiffany'ego” (“Breakfast at Tiffany's”)
31. Carson McCullers - “Serce to samotny myśliwy” (“The Heart is a Lonely Hunter”)
32. James Baldwin - “Głoś to na górze” (“Go Tell It on the Moutain”)
33. Paul Auster – jeszcze się nie zdecydowałam
34. Amy Tan – “Klub radości i szczęścia” (“The Joy Luck Club”)
35. Arthur Miller – “Czarownice z Salem” (“The Crucible”)
36. Henry David Thoreau - “Obywatelskie nieposłuszeństwo” (“Civil Disobedience”)
37. Eugene O'Neill – jeszcze się nie zdecydowałam
38. John Steinbeck - “Zima naszej goryczy” (“The Winter of Our Discontent”)
39. John Steinbeck - “Na wschód od Edenu” (“East of Eden”)
40. John Fante - “Pył” (“Ask the Dust”)
41. Richard Wright - “Syn swego kraju” (“Native Son”)
42. Sherwood Anderson - “Miasteczko Winesburg: Obrazki z życia w stanie Ohio” (“Winesburg, Ohio”)
43. Louisa May Alcott - “Małe kobietki” (“Little Women”)
44. Frederick Douglass - “Narrative of the Life of Frederick Douglass”
45. Cormac McCarthy - “Rącze konie” (“All the Pretty Horses”)
46. Harriet Beecher Stowe - “Chata wuja Toma” (“Uncle Tom's Cabin”)
47. Jack Kerouac - “W drodze” (“On the Road”)
48. Tennesee Williams - "Cat on a Hot Tin Roof"
49. Toni Morrison - “Pieśń Salomonowa” (“Song of Solomon”)
50. Harper Lee - “Zabić drozda” (“To Kill a Mockingbird”)

Mnie samej obecnie wydaje się ten projekt dość osobliwy, bo ostatnio uganiam się za prozą latynoamerykańską i chińską, ale już CZAS NAJWYŻSZY poznać te wzystkie tytuły, a przynajmniej mieć wytyczne w postaci tego projektu.

Każdy może korzystać z tego pomysłu na projekt, jeśli pociąga go literatura amerykańska :) Może korzystać z mojej listy, albo używać jej jako przewodnika, albo w ogóle skompilować kompletnie inne tytuły. Niby literatura amerykańska jest taka oczywista i wydawałoby się "oklepana", ale jednak kiedy przyglądam się tej liście i myślę o polskich księgarniach, to aż tak wiele tych tytułów w nich nie znajdziemy. A warto je wygrzebać z biblioteki, czy allegro. Zupełnie inna się wyłania Ameryka u Steinbecka, Londona, Williamsa czy Crane'a, niż ta stereotypowa, wygładzona i wystylizowana przez przygłupie media.

No to nic, biorę się do czytania.

2011-11-18

Zastój, przestój.

autor: sesfitts


Zrobił się listopad, w całej strefie umiarkowanej na całym świecie. U mnie świeci słońce, już przybite i niepewne. Zimne. Nie wiem czy "zastój" to właściwe słowo na moje obecne czytelnictwo. Przecież czytam. Tylko, że dwie cegły. IQ84 Murakamiego wydane w jednym tomie (jestem w połowie) oraz Shirley Charlotte Brontë. I mam nauczkę, żeby naraz nie czytać dwóch cegieł, bo teraz nie wiem, kiedy będzie mi dane przeczytać coś nowego.

A kolejka czeka!

Chciałabym nabyć książki, które zdobyły National Book Award. Salvage the Bones Jesmyn Ward bardzo mnie intryguje podjętym tematem. Podobnie zwycięska poezja.

Ostatnio podczytuję poezję Pabla Nerudy, mam dwujęzyczny zbiór jego wierszy - angielskie tłumaczenie i hiszpański oryginał. Nawet fakt, że angielskie tłumaczenie jest wyraźnie bardziej "wydumane" od oryginału (i pozwala mi to stwierdzić jedynie średnia znajomość języka hiszpańskiego) nie przeszkadza mi w rozkoszowaniu się tą poezją. Gdzież ten Neruda się podziewał całe moje życie?

2011-11-14

"Girl in Translation" Jean Kwok

Czas na superzaległą recenzję, bo książkę ukończyłam chyba z miesiąc temu. "Girl in translation" autorstwa Jean Kwok to po części powieść autobiograficzna o tym jak to matka i córka przenoszą się z Hong Kongu do Stanów Zjednoczonych, a konkretnie do samego Nowego Jorku. Pomaga im siostra matki - zatrudnia ją w swojej szwalni, znajduje mieszkanie... Szybko jednak okazuje się, że ta pomoc jest rodzajem zemsty. Główna bohaterka, dziewczynka o imieniu Kimberley, musi po szkole pomagać mamie w szwalni, bo praca jest bardzo ciężka, a zarobki minimalne. Kim ma też dużo problemów w szkole, ale szybko zaczyna świetnie sobie radzić, dzięki swojemu talentowi, o którym wspomina już na pierwszej stronie - szybkiemu i efektywnemu przyswajaniu wiedzy. Na tym właściwie opiera się cała książka - jak to dziewczynka z Chin, zamieszkała w brooklińskiej dziurze, początkowo nie znająca prawie ani słowa po angielsku, osiąga wspaniałe wyniki w nauce, dzięki wytrwałości i wrodzonej błyskotliwości. Hmm.

Cóż, nie jest to lektura Szczytów, ale całkiem przyjemnie się ją czytało do herbaty, do ciastka itd. Ale jak to bywa z literaturą łatwą, miałam problem z obranym przez autorkę (chociaż pewnie nieświadomie) dyskursem. Bo nic nie denerwuje bardziej jak ukazanie bohaterki i jej matki w szponach beznadziejnego kapitalizmu (uosobionego przez ciotkę Paulę, która jest właścielką szwalni, umieściła siotrę i siostrzenicę w ohydnym mieszkaniu, i oczekuje za to wdzięczności), które znoszą tę beznadzieję przez lata, bo "nie ma wyjścia." Ale morał oczywiście z tego m być taki: "Znoś te wszystkie okropieństwa, ucz się dużo, pracuj, to nic że nie masz nic do jedzenia i minus dziesięć w mieszkaniu, a wyjdziesz na ludzi. Może i kapitalizm / państwo źle cię traktuje, ale jak to wytrzymasz przez X lat, to może i tobie się poszczęści, tak jak innym." Obłędnie paskudny dyskurs!

Mam też problem z samym przyjazdem bohaterek do Stanów. W Hong Kongu matka była nauczycielką muzyki świetnie grającą na kilku instrumentach, a córka oczywiście najlepszą uczennicą. Ojciec, który był dyrektorem szkoły, gdzie uczyła matka, zmarł wiele lat wcześniej. Rozumiem ogólne, chociaż puste, stwierdzenie że Hong Kong to nie Nowy Jork, ale motywacja do przeprowadzki do USA jest kompletnie niejasna. W pewnym momencie matka mówi Kim, że "w Hong Kongu nie byłoby dla niej przyszłości". Cokolwiek to znaczy. Może nie mogłaby sobie tam kupić wypasionej hajzy i auta, ale myślę, że jako tak uzdolnione dziecko, a w przyszłości wykstzałcona dorosła, mogłaby prowadzić zupełnie satysfakcjonujące życie. W USA zresztą też teoretycznie nie mogłaby mieć przyszłości, gdyby nie wytrwałość i determinacja. Przecież nowe życie w którymś momencie mogłoby przerosnąć dziewczynkę, zaczęłaby chodzić na wagary, parać się podejrzanymi zajęciami, wejść w konflikt z prawem...

Więc w kilku momentach logika wyborów i decyzji bohaterki i jej matki jest lekko wybrakowana, ale to jest jedna z tych cech charakterystycznych dla czytadeł (albo raczej-czytadeł): logika jest miejscami upchnięta w dziurę, po to, żeby fabuła mogła się swobodnie kręcić.

2011-10-28

O amerykańskim wydaniu "1Q84" i o innych radościach książkowego mola

Pamiętam, że nie mogłam się latem tego roku nadziwić, że w Stanach jeszcze ani jeden z tomów 1Q84 Murakamiego w angielskim tłumaczeniu nie ujrzał światła dziennego. Przecież wszystkie jego inne książki, w ślicznym wydaniu, można znaleźć w każdej księgarni? Więc chyba jest na Murakamiego w USA jakiś tam popyt? Tak to sobie rozmyślałam. Tymczasem jakieś pare tygodni temu serfuję po Amazonie, a tutaj BACH zapowiedź - 25 października wychodzi 1Q84 - WSZYSTKIE CZĘŚCI W JEDNYM TOMIE! Tłumaczem jak zwykle jest Jay Rubin. Podrapałam się po głowie, pomyślałam ponownie nad Murakamim i jego mega-opusie, i powyszukiwałam wydania tej książki w innych krajach. Wszystkie te, które widziałam, szwedzkie, rosyjskie, chińskie, no i z tego co pamiętam także japońskie, były w trzech tomach.

Muszę przyznać jednak, pomimo tego, że być może zamysłem Murakamiego było wydanie tej powieści w trzech tomach, wstrzemięźliwe podejście amerykańskiego wydawnictwa (Knopf) bardzo mi zaimponowało. Bo nie ukrywam, że zawsze uważałam ten pomysł z trzema częściami za denerwujący (a może też i durny po prostu). A tu proszę - jeden elegancki tom - 944 strony. Poza tym całość w jednym tomie jest zwyczajnie tańsza. Oryginalna cena to 30 dolarów (~90 złotych), a na Amazonie można dostać ją za $16. Ale to już taka specyfika Amazona. Wydanie jest zresztą w twardej oprawie, prześliczne, z niezwykłą obwolutą. W Muzie natomiast wszystkie części kosztują ~130 złotych. Jak mamy jakiś upuścik w księgarni, to może być i odrobinę mniej.

Jedyne co jest lekko irytujące w tej całej sprawie, to to, że pierwszy tom 1Q84 już czytałam. Ale to nic, i tak planuję obecnie zakupić amerykańskie wydanie i przeczytać tę pierwszą część jeszcze raz. Właściwie to muszę się pospieszyć z decyzją, bo Amazon w każdej chwili może zmienić zdanie co do 16 dolarów ;)


Ponadto, czerpię z radości jakie daje nabywanie darmowej (lub prawie darmowej) klasyki na Kindle'a, więc ściągnęłam sobie pełen dorobek Charlotte Brontë i zaczęłam czytać Shirley, bo widzę, że wyszło polskie wydanie, a pani Katarzyna nie może zostać w tyle za innymi polskimi molami! Dziewiętnastowieczna angielszczyzna trochę czasami obciąża zwoje mózgowe, ale to kwestia przyzwyczajenia. Czekam też na polskie recenzje tej powieści.


A w ogóle to ostatnio kupiłam sobie nowego i nagrodzonego (Man Booker Prize) Juliana Barnesa - "The Sense of an Ending" (też zresztą wydana przez Knopf). Zamierzam przeczytać zaraz po skończeniu jednej z kilku rzeczy, które czytam obecnie, bo jestem ogromnie ciekawa. Mam jakieś niesamowicie dobre przeczucia, co do tej książki.


2011-10-27

"Katherine" Anchee Min

Kiedy przeczytałam krótki opis tej książki, jak zwykle przyznając później, że nie powinnam była tego robić, to wydawało mi się, że będzie to jakaś lekka lekturka o tym, jak to Amerykanka przyjeżdża do Chin, uczy angielskiego, no i jej uczniowie otwierają się na Zachód, a ona od nich też się czegoś tam uczy. Takie pitu-pitu. Okazało się jednak, że nie jest tak leciutko i zwiewnie.

Oczywiście, książkę czyta się szybko, ciężko mi było się od niej oderwać. Jednak sama opowieść stawała się miejscami dość mroczna badając, aczkolwiek dość powierzchownie, ciemne miejsca międzyludzkich związków. Znaleźć tu można też pewną dawkę duchowego erotyzmu, zmysłowego przywiąznia i zemsty. I pomimo tak pompatyczno-dramatycznego opisu, nie jest to też jakiś romans. Dzięki bogu.

Akcja Katherine jest osadzaona w Szanghaju, w pierwszej połowie lat 80-tych. Główna bohaterka i narratorka powieści, Zebra, powoli i boleśnie wybudza się z bezuczuciowego trwania, do którego przyzwyczaił ją komunistyczny reżim oraz 29 lat podejrzliwości i braku zaufania wobec innych. Wybudza się dzięki Katherine – Amerykance, która przyjeżdża do Chin, aby pracować nad swoim doktoratem o chińskiej kobiecie (Chociaż, jak na doktorantkę, trzeba przyznać, że jej wiedza o Chinach zdaje się czasem bliska zeru). Pomiędzy nimi staje jednak Lwia Głowa, młody mężczyzna o ogromnych ambicjach, oraz zakochana w nim do masochistycznych niemożliwości Jaśmina. No i nie zapomnijmy o wszechobecnej inwigilacji Partii.

Pomimo dość wartko toczącej się akcji i różnych smaczków, wciąż dużo miejsca zajmuje próba rozszyfrowania i wytłumaczenia charakteru Chińczyków, jako wytwóru wielu dekad komunistycznych rządów, maoizmu i rewolucji kulturalnej. Nie jest to wybitne dzieło, ale jeśli ktoś planuje, tak jak ja, w przyszłości zgłębiać historię Chin i jej literaturę, powinien zacząć od prostych literackich utworów eksploatujących podobne tematy. Katherine świetnie spełnia się w tej roli.

2011-10-24

"Just Kids" Patti Smith

Zazwyczaj w literackiej fikcji nie dziwi, kiedy dany bohater znajduje się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i spotyka odpowiednie postacie. W końcu tak się konstruuje powieść – niesamowite zrządzenia losu. Wspomnienia Patti Smith nie są jednak fikcją, a jednak opierają się na identycznej konstrukcji – wielbiąca poezję i sztukę dziewczyna wyjeżdża do Nowego Jorku (odpowiednie miejsce), pod koniec burzliwych lat 60-tych (odpowiedni czas) i poznaje młodziutkiego artystę – Roberta Mapplethorpe'a (odpowiednia postać).

W Just Kids Patti Smith wspomina swój związek z Robertem i ich (czasem bardziej, czasem mniej) wspólne życie do momentu wydania przez nią pierwszej płyty „Horses” (1975). Nowy Jork lat 60-tych i 70-tych jest niezwykle barwnym tłem dla całej historii. Smith spotyka przez te opisane szczegółowo 7-8 lat wiele niesamowitych, ikonicznych już postaci, tak, że czasem czytelnik ma wrażenie, że wędruje ze Smith w charakterze Wergiliusza, niczym Dante, po jakimś artystycznym niebie – jest tutaj Janis Joplin, Jimi Hendrix, Andy Warhol, Allen Ginsberg, Gregory Corso...

Trzeba pamiętać, że wówczas Patti Smith była kompletnie nieznaną osobą. Do Nowego Jorku dotarła bez żadnego konkretnego planu i praktycznie bez pieniędzy, wiedziała po prostu, że już nie może dłużej pracować w fabryce w swoich rodzinnych stronach, że może to kiedyś zabić jej duszę (Co zresztą jest odzwierciedlone w tekście jednej z pierwszych jej piosenek – Piss Factory). Przez miesiąc była bezdomna, nawet mając już pracę (której znalezienie trwało bardzo długo), jako sprzedawczyni w sklepie z egzotyczną biżuterią. Pewnego dnia młody, nieśmiały chłopak kupuje u niej bransoletkę, która jej zawsze też bardzo się podobała.I w tak oto niepozorny sposób zaczyna się ich historia.

To nie jest jednak bajka o dwójce kreatywnych ludzi, którzy mieszkają w cudownym Nowym Jorku. Tak naprawdę podczas czytania byłam lekko przybita, bo warunki w jakich ta dwójka żyła, i uparcie tworzyła, przez wiele lat pozostawiały wiele do życzenia. Wynajmowali obskurne mieszkania w niewesołych dzielnicach, często brakowało im pieniędzy na jedzenie - musieli wybierać między kupieniem farb, a kupieniem kanapek. Czasem zresztą Patti podkradała te pierwsze, co szczerze wyznaje. Piękna jest determinacja z jaką oboje starają się otaczać niezwykłymi przedmiotami, pozostać zainspirowanymi, pomimo okropnie szarego, kamiennego otoczenia i codzienności, gdzie nawet wspomniane gwiazdy i ikony wydają się zdesperowane i zszarzałe.

Just Kids mówi też o gorzkiej prawdzie – aby czegoś dokonać nie wystarczy mieć w głowie paru „fajowych” pomysłów i rozmyślać „jakby to było gdyby”. Trzeba być zmotywowanym aż do kości, a inspiracja ma być jak częste klapsy wzmagające krążenie. I ciężko pracować trza.

Mam nadzieję, że wkrótce już ukaże się polskie tłumaczenie!

2011-10-21

Stosy orientalne

Nareszcie prezentuję stosy nowych zdobyczy. Naturalnie od czasu kiedy ostatnio prezentowałam podobny wpis zdążyłam kupić prawdopodobnie około setki książek, ale nigdy nie miałam czasu zrobić wpisu na ten temat, a teraz prezentuję tylko te zakupione w ciągu ostatniego miesiąca. I postaram się już być bardziej aktualna, bo uwielbiam prezentować stosiki, jak również oglądać je u innych :)

Obecnie wśród moich zakupów dominuje literatura pisarzy chińsko-amerykańskich i chińsko-francuskich. Pierwszy stos składa się wyłącznie z takich tytułów. W następnym miesiącu prawdopodobnie skupię się na zdobywaniu literatury „czysto” chińskiej. Drugi stos ma natomiast co nieco Bliskiego Wschodu, trochę Ameryki Łacińskiej, i trochę wszystkiego innego.

Książki są po angielsku, oprócz jednej, która jest po hiszpańsku. Jeżeli istnieje polskie wydanie (wg Biblionetki) podaję tytuł polski w nawiasie, chyba że jest identyczny.


Stos 1, od góry:

Katherine Anchee Min
China Men Maxine Hong Kingston
Balzac and the Little Chinese Seamstress (Balzac i chińska krawcówna) Dai Sijie
Empress (Cesarzowa) Shan sa
Girl in Translation Jean Kwok
Revolution is not a Dinner Party Ying Chang Compestine
Women of the Silk Gail Tsukiyama
The Good Earth (Łaskawa ziemia) Pearl S. Buck
Empress Orchid (Cesarzowa Orchidea) Anchee Min
Spring Moon Betty Bao Lord



Stos 2, od góry:

The Flounder (Turbot) Gunter Grass
All the King's Men (Gubernator) Robert Penn Warren
Magister Ludi: The Glass Bead Game (Gra szklanych paciorków) Hermann Hesse
The Black Book (Czarna księga) Orhan Pamuk
Five Decades: Poems 1925-1970 Pablo Neruda - cudowna rzecz, dwujęzyczne wydanie.
How the Garcia Girls Lost Their Accents Julia Alvarez
Flying Leap Judy Budnitz - w Polsce wydano zbiór opowiadań „Ładne duże amerykańskie dziecko”, ale tego nie.
Cuentos folklóricos latinoamericanos - ludowe podania latynoamerykańskie po hiszpańsku.
The Bastard of Istanbul (Bękart ze Stambułu) Elif Şafak
Post Gibran. Anthology of New Arab American Writing
Grape Leaves: A Century of Arab-American Poetry
Guns, Germs and Steel: The Fates of Human Societies (Strzelby, zarazki, maszyny: Losy ludzkich społeczeństw) Jared Diamond

Nic tak bardziej nie ożywia, jak świeże stosy. Pora robić herbatę i zabierać się do czytania!

2011-10-19

"Wiek niewinności" Edith Wharton

Wiek niewinności to kolejna ważna pozycja w literaturze amerykańskiej. Ukazała się w roku 1920, ale akcja osadzona jest w latach 70-tych XIX wieku. Główny bohater, Newland Archer, ma się ożenić z uwielbianą przez chłodną nowojorską socjetę May Welland. Na horyzoncie, i ku niezadowoleniu tejże socjety, pojawia się tajemnicza hrabina Ellen Olenska, w której Archer się zakochuje. Pomimo ślubu z May, związek Ellen i Newlanda rozwija się, chociaż niezbyt nahalnie.

Bo trzeba przyznać, że nie jest to typowy romans. Połączenie między tymi dwoma bohaterami jest bardziej emocjonalne, niż fizyczne. Zresztą nie ma o typowym romansie mowy wśród wyższej nowojorskiej klasy, która nie znosi skandalu i „rzeczy nieprzyjemnych”; klasy, która obserwuje, dostrzega i ocenia. Tym zresztą dla mnie jest tytułowa niewinność – udawaniem, że nic oprócz niewinności nie istnieje.

Sam główny bohater nie jest postacią zbyt fascynującą. O wiele ciekawsze są postacie kobiece: Ellen Olenskiej i May Welland. Ta pierwsza przybywa z Europy po seperacji z mężem, polskim hrabią zresztą, który uosabia wszelakie zło. Z książki nie dowiadujemy się o jego zachowaniu, możemy tylko się domyślać, że prawdopodobnie znęcał się nad żoną i miał wiele kochanek. Pomimo powrotu Ellen do Nowego Jorku, do „swoich” jest tam traktowana chłodno, gdyż odważyła się porzucić męża. Tajemniczość i nieprzeciętność Ellen przyciągają Newlanda znudzonego kamienną etykietą swojej klasy. Wydaje mi się, że jest ona dla niego pewnym symbolem, ucieczką, innym światem. Jest tą trawą, która wydaje się bardziej zielona po drugiej stronie płotu.

May natomiast jest typową reprezentantką nowojorskiej pani domu. Łagodna i praktyczna, niespecjalnie interesuje się ambitną literaturą, którą zaczytuje się jej mąż. Wie o charakterze jego znajomości z Ellen, ale daje o tym znać jedynie subtelnie. Subtelność z jaką przekazują sobie uczucia bohaterowie tej powieści jest chyba jej największym atutem... No ale co z tą May? Niby służy jako typowa nudna reprezentantka tego, czego Newland już nie chce. Ale czy na pewno? Jej walka z Olenską (która jest jej kuzynką, i którą zresztą w jakiś tam sposób kocha) jest cichym upomnieniem się o swoje prawa. Jest w niej też trochę nieoczekiwanej przebiegłości. Bardzo ciekawa postać.

Nie była to lektura szczególnie spalająca mnie w ogniu kompulsywnego przewracania stron, ale na pewno obrazuje ciekawie część społeczeństwa amerykańskiego, jakie było wtedy i jakie, prawie 150 lat później, jest obecnie. Styl Wharton zazwyczaj celnie i w wyważony sposób obrazuje dane sceny, jednak czasem bywa trochę rozwlekły. Polecam wszystkim zainteresowanym literaturą klasyczną.


P.S. Autorka, wielka fanka angielskiego malarza Joshuy Reynoldsa, nazwała tę powieść tak samo, jak nazywa się jedno z jego dzieł:


2011-10-14

"20 odsłon zachłannej młodości" Xiaolu Guo

W przerwach między Wiekiem niewinności zdarzyło mi się przeczytać niewielką książkę autorstwa chińskiej pisarki Xiaolu Guo, która nie tylko trudni się pisarstwem zresztą, ale i kręceniem filmów. Swojego czasu inna jej powieść była stosunkowo dobrze znana przez polskich czytelników - Mały słownik chińsko-angielski dla kochanków. Ku mojemu zdziwieniu, odkryłam właśnie przed chwilą, że przeczytany przeze mnie utwór też ukazał się na polskim rynku, i to rok temu.

20 odsłon zachłannej młodości to 20 momentów z życia dwudziestoparoletniej Fenfang. Dziewczyna postanawia porzucić swoją, pogrążoną w makabrycznej stagnacji, wioskę, i wyrusza do Pekinu. Tam po paru latach różnych, niezbyt ciekawych, zajęć, udaje jej się zostać statystką, a następnie początkującą scenarzystką. Nie jest to jednak historia w stylu „od pucybuta do milionera”. Fenfang, mimo iż dorosła, jest jak zagubione dziecko. Zdaje sobie sprawę, że niczego nie osiągnęła, chociaż kombinacja: wielkie miasto + jej młody wiek stanowiły same w sobie ogromną obietnicę (skąd ja to znam...). W ogromnym Pekinie prowadzi niemalże koczownicze życie, często zmieniając mieszkania (albo uciekając przed byłym chłopakiem, który miał w zwyczaju ją nachodzić i niszczyć wszystkie jej rzeczy; albo z powodu niezapłaconego czynszu), i jedząc zazwyczaj tylko nudle, popijając je kawą.

Bardzo podoba mi się styl prowadzenia opowiadania: potoczny, ale i bardzo stoicki. Fenfang stoicko opisuje destrukcyjne działania byłego chłopaka, aresztowanie przez policję ludową, powrót do rodzinnej wioski po siedmiu latach. Chociaż jeśli o to ostatnie chodzi, jest to najbardziej emocjonalny moment, więc chyba jednak z tego stoicyzu się wyłamuje.

Współczesne, komunistyczne Chiny i Pekin. Realia tak różne od tych, które ja znam. A jednak byłam w stanie się świetnie zidentyfikować z bohaterką. Wygląda na to, że bolączki wchodzenia w dorosłość (bądź też po prostu nie radzenie sobie z nią) są uniwersalne.

Nie wiem jakie jest polskie tłumaczenie, ja czytałam 20 odsłon po angielsku, czyli w zasadzie oryginał. „W zasadzie”, bo autorka razem z tłumaczką ponownie napisała tę powieść, która w Chinach ukazała się pod tytułem Fenfang i jej 37,2 (To jak nasze 36,6 ;)). Ponownie napisała, czyli wiele rzeczy zmieniła, jak zresztą wyjaśnia w posłowiu. Mam nadzieję, że w polskim tłumaczeniu udało się zachować wspomniany przeze mnie styl. Ale raczej nie powinno być z tym problemu, zwłaszcza że z tytułem świetnie sobie ten tłumacz poradził (A wiadomo, tytuły najgorsze ;)).


A już niedługo STOSY, STOSY!

2011-10-07

O sztuce pisania powieści i o nagrodach literackich refleksji kilka...

Ostatnio zdarzyło mi się przeczytać jedną z tych książek wydaj-sobie-sam, aby przekonać się jakiej jakości mogą być utwory spod znaku self-publishing. Jej tytuł, ani autor/ka, nie są ważne, bo nie chodzi o to, żeby się pastwić i wyżywać, a podzielić pewną refleksją, która mnie naszła, gdy czytałam tę książkę. Nazwijmy ją więc Książką X.

Zacznijmy od tego, że autorowi/autorce należą się brawa za ukończenie powieści. Ja sama zaczynałam ich tryliony, ale nigdy nie udało mi się z czymkolwiek wyjść poza 5 pierwszych stron. Aby ukończyć książkę potrzeba nie lada determinacji i dobrze, że autor/ka ją posiada, jeśli chce kontynuować pisanie. Ale skupmy się na samej książce: Historia była przewidywalna, bohaterowie jak z papieru, dialogi sztywne. Trudno, taki jest w końcu charakter wielu wydawnictw dostępnych na rynku, niektóre z nich stają się nawet bestselleremi. Co jednak razi najbardziej, i czego w utworach na księgarnianych półkach nie znajdziemy, to koślawe, ciężkie, niejednokrotnie zwyczajnie śmieszne, zdania.

Napisać powieść! To jeszcze jest do zrobienia. Ale napisać przekonujące, poprawne, lekkie zdania, z których powieść się składa – to już dość śliski, zdradliwy grunt. Tego właśnie nauczyłam się z tej książki – że pisać powieść trzeba tak, aby... czytelnik nie dostrzegał zdań! Czytając Książkę X często nie można było się skupić na tym, co się działo, bo co chwila wzrok i mózg czepiał się zdań, w których było coś nie tak – a to przecinek nie w tym miejscu gdzie trzeba, a to związek frazeologiczny źle zastosowany, a to niepotrzebne powtarzanie danego przyimka, albo kompletne niezgranie przymiotnika z czasownikiem (stylistycznie, a czasem i gramatycznie). A potem pomyślałam o tych wszystkich pisarzach... Nie tylko o Tołstojach i Flaubertach, ale i o tych bardziej współczesnych: uznanych i niepowtarzalnych, eksperymentalnych i nieszablonowych, jak i o autorach zwykłych czytadeł spod znaku harlequinów i chick-lit. Niektórzy nas nudzą, niektórych uwielbiamy, niektórzy rozczarowują, inni zaskakują. Wszyscy oni jednak pracują nad każdym zdaniem jak dzikie woły, nad każdą kropką, przymiotnikiem, porównaniem, tylko po to, żebyśmy my, czytelnicy, mogli lekko płynąć na tych zdaniach i podążać za akcją i klimatem opowieści, jej emocjami. Dopiero czytając źle skonstruowane zdania Książki X, zdałam sobie sprawę jak boleśnie trudnym zadaniem jest pisanie, sama czynność układania zdań, przekształcanie tego co w głowie na bezlitośnie obwarowany regułami i niuansami system języka. Rzemieślnictwo. Jednak oprócz ciężkiej pracy, autor powinien posiadać pewnego rodzaju intuicję językową, którą, w przeciwieństwie do tajemniczych talentów danych od boga, można w sobie wyrobić. Czego autorowi/autorce z całego serca życzę.

Niby żadnej Ameryki nie odkryłam, a jednak! W każdym razie, pomimo śmieszności, Książka X była warta tych symbolicznych paru złotych, skoro, paradoksalnie, dała mi pokochać literaturę i pisarstwo jeszcze mocniej.


A teraz a propos nagród książkowych:

„Piórpopusz” Mariana Pilota wygrał Nike, i bardzo dobrze, bo opis właśnie tej książki najbardziej mnie zaintrygował. Niestety żadnej z nich nie czytałam, czego się okrutnie wstydzę. Być może, gdybym przeczytała je wszystkie, miałabym kompletnie inne zdanie na temat werdyktu jury. Wydawnictwo Literackie w niedawnym newsletterze obiecało, że „Piórpousz” pojawi się także w formie elektronicznej, i trzymam ich za słowo, bo obecnie przebywam na obczyźnie i nie mogę sobie kupić papierowej wersji :(

A nagroda Nobla? Cóż, pomimo mojej miłości do poezji, skłamałabym, gdybym powiedziała, że kiedykolwiek słyszałam o Tomasie Tranströmerze. Teraz chętnie bym jakiś jego tomik przeczytała, ale widzę, że z Amazona to, co jeszcze było, natychmiast się zmiotło. A o polskich przekładach to chyba w ogóle nie ma mowy. Na szczęście na Google Books jest dostępny tomik „The Great Enigma”, dostępny niemalże w całości. A więc teraz zamierzam go zgłębić, o!

2011-10-04

"Kwiat śniegu i sekretny wachlarz" Lisa See

„Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” zaczęłam czytać zupełnie przypadkowo, i jak to bywa w tego typu przypadkach, książka ta okazała się, w pewnym sensie, odkryciem. „W pewnym sensie”, ponieważ wciąż zbyt wiele jej brakuje, żeby w jakiś emocjonalnym sensie, o intelektualnym nie wspominając, mną wstrząsnęła.

„Kwiat Śniegu” to powieść osadzona w XIX-wiecznych Chinach, będąca przedstawieniem losów dwóch kobiet, z których jedna jest narratorką. Lily, bo tak jej na imię, jako siedmioletnia dziewczynka podpisuje kontrakt z inną dziewczynką w jej wieku – Kwiatem Śniegu, kontrakt o przyjaźni mającej trwać całe ich życie. Taka przyjaźń, zwana laotong, może być tylko pomiędzy dziewczynkami, które wykazują podobieństwo w najważniejszych kwestiach. W przypadku bohaterek są nimi np. fakt, iż obie urodziły się w roku konia, mają identyczną liczbę rodzeństwa, oraz... równie malutkie stopy. Niestety, różnią się statusem społecznym, co zaważy na przyszłości ich związku, chociaż w dość nieoczekiwany sposób.

Główna bohaterka-narratorka jest raczej denerwująca w relacjach z Kwiatem Śniegu, chociaż wdzięcznie snuje nam ona całą historię. Jej przyjaciółka wydaje się znacznie bardziej skomplikowaną postacią, w której odnajdujemy jakiś cichy opór, nieuskrzydlonego ptaka, pasję, która znajduje ujście jedynie w kontaktach z Lily, ale także w łóżkowych zabawach z mężem. Relacja dwóch dziewczynek, a potem kobiet, jest najważniejsza dla całej powieści, jednak nie jest ona zbyt szczegółowo zgłębiona, podobnie jak psychika bohaterek. Z jednej strony to źle, ale z drugiej, takie rozwiązanie pozostawiam więcej pytań i niedopowiedzeń dla czytelnika, jego wyobraźni i doświadczeń.

Najciekawszym elementem tej książki jest zdecydowanie zanurzenie jej w kulturze Chin XIX wieku, i to jest właśnie to moje „odkrycie”. Wcześniej miałam do czynienia jedynie z twórczością Amy Tan, gdzie rzeczywistość amerykańska przeplata się z chińską, ale najwyraźniej to jeszcze nie było to. Nie wiem na ile realia opisane przez Lisę See są prawdziwe dla kultury chińskiej sprzed 150 lat, ale nawet jeśli w wielu tych niuansach jest chociażby i ziarnko prawdy, warto o nich czytać, poznawać je, próbować zrozumieć, jak żyli tamci ludzie, jakie były ich problemy, i jak odległe były one od problemów europejczyków. Dość szczegółowy opis krępowania stóp jest naprawdę przerażający ale obnażył on moją prawie zupełną jak dotąd ignorancję w tym temacie. Bardzo ciekawe są opisy przedślubnych, wieloletnich obrzędów, kiedy to dziewczynki przygotowują swój posag, ale nie znają nawet twarzy swojego przyszłego męża. Albo obrzędy pogrzebowe, gdzie najbliższa rodzina zobowiązuje się przemierzyć drogę z domu na miejsce pochówku na kolanach.

Nie zapomnijmy również o skandalicznym traktowaniu kobiet, która była mniej warta od krowy, czy konia, chyba że udało jej się "zabezpieczyć swoją pozycję" w domu rodząc wielu synów. Narodziny córki były bowiem najgorszym nieszczęściem. Córka była dodatkową gębą do wykarmienia, którą i tak trzeba było oddać kiedyś innej rodzinie. W tak podłych warunkach kobiety zdołały stworzyć jednak własne pismo – nüshu, którym mogły się posługiwać pisząc do siebie listy. Tak jak robią to bohaterki tej powieści.

Ciekawa, wartka lektura. Nie zmieniła może mojego wszechświata, ale sprawiła, że zainteresowałam się podobnymi lekturami, które zamierzam niedługo zamówić. (Bardzo pomocna okazała się lista Great Chinese Historical Fiction na goodreads.com). A może ktoś z Was mógłby mi coś podobnego również polecić?

2011-09-29

"Abbott Awaits" Chris Bachelder

W tym samym czasie, kiedy czytałam „Szkarłatne godło odwagi”, przemęczona trochę jej powagą, sięgałam po „Abbott Awaits”, wcześniej kompletnie nieznanego mi pisarza*, Chrisa Bacheldera. Krótka książeczka jest opisem życia wewnętrznego niejakiego nauczyciela akademickiego - Abbotta. Podzielona jest na trzy letnie miesiące – czerwiec, lipiec i sierpień, a każda z części to bardzo krótkie rozdziały – od pół do dwóch stron. Abbott spotyka niewielu ludzi poza swoją ciężarną żoną i dwuletnią córeczką. W ogóle niewiele się dzieje, jeśli wziąć pod uwagę warstwę fabularną. Rozdziały opisują zwykłe zdarzenia: spacer z córką, malowanie pokoju, wyprawę do sklepu zoologicznego. Jednak każda z tych czynności wywołuję w głównym bohaterze „reakcję” - przefilozofowanie otrzymanej od rzeczywistości treści. Jak np. w rozdziale, gdzie drzemka córki Abbotta trwa podejrzanie długo, a ten zamiast pójść do jej pokoju, wyobraża sobie, że być może ona nie żyje i zamęcza się myślami o tym jak bardzo by go to bolało.

W książce jest dużo humoru, ale powtarzając za Gogolem: Im dłużej przypatrujemy się śmiesznej historii, tym smutniejsza się ona staje. Każdy rozdział ukrywa w sobie coś z wyrzutu wobec świata i rzeczywistości. Podkreślenie bezsensu codziennych czynności, ich brzydoty, nawet żartobliwe, z jednej strony stwarza wrażenie niewdzięczności, narzekactwa. Ale z drugiej strony rodzi też zrozumienie, bo codzienność każdego z nas, bardzo często, jest właśnie brzydka, bezsensowna, pusta. I jakkolwiek próbujemy zmuszać się do zachwytu nad chmurami za oknem, zapachem kwiatów, słodyczą zakupionych jabłek, żeby wycisnąć choć trochę niezwykłości i niepowtarzalności; do jakiegokolwiek bezdomnego, biednego, pechowego nieszczęśnika się porównujemy, żeby udowodnić sobie jak wiele mamy – zapchana ubikacja, niezapłacony rachunek, kłótnia z partnerem, a nawet wielogodzinna, polegająca na tych samych czynnościach, zabawa z dzieckiem, zawsze jakoś sprowadzą nas „na ziemię”.

Każde żmudne i znojne wydarzenie dnia może jednak kryć w sobie jakiś nieznany skarb. Po prostu nie ma sensu udawać, że droga do tego skarbu była wspaniała i cudowna. O tym jest ta książka.

Chris Bachelder jest w Polsce absoltnie nieznany i niewydany**. Cóż, nie on pierwszy i nie ostatni.


*dowiedziałam się o nim z recenzji w „The Nation”.
*oprócz „listu” w zbiorowym wydawnictwie pt. „42 listy miłosne”.

2011-09-26

"Szkarłatne godło odwagi" ("The Red Badge of Courage") Stephen Crane

Wydana w 1895 „The Red Badge of Courage” jest ponoć jedną z najważniejszych powieści w literaturze amerykańskiej i ja jak zwykle przeczytałam to dzieło dopiero teraz będąc już znękaną, znerwicowaną babą po studiach (anglistycznych). Ale może to i właśnie lepiej.

Książka jest dość krótka, w obojętnie jakich wydaniach rzadko kiedy ma więcej niż 200 stron. Przez te strony nie jest jednak tak łatwo przebrnąć. No ale zacznijmy od początku: Stephen Crane – pisarz, poeta i dziennikarz. Także korespondent wojenny. Zmarł na gruźlicę w wieku 28 lat (!) w roku 1900. Swoim pisarstwem wpisywał się w nurt naturalistyczny, czego „Godło” jest dość dobitną prezentacją.

Bohaterem powieści jest Henry Fleming, którego narrator nigdy nie nazywa po imieniu, a raczej protekcjonalnie - „the youth” („młodzieniec”, może dziś powiedzielibyśmy po prostu „młody”). Nasz „młody” jest na wojnie (secesyjnej, po stronie Północy), przynależy do 304-go regimentu. Zawsze marzył o pójściu na wojnę, romantyczne wyobrażenia o niej nigdy go nie opuszczały. Kiedy jednak dochodzi do pierwszej walki, Henry ucieka z pola bitwy, bo wydaje mu się, że jego strona i tak przegra... Unia jednak wygrywa to starcie z Konfederatami, a Henry kryje się po lesie przeżuwając samotnie swój wstyd. Potem jednak dołącza do wracających z bitwy żołnieży, zabrudzonych prochem, krwawiących, utykających... Sam nie odniósł żadnej rany, co jeszcze bardziej przypomina mu o ucieczce. Szczęście jednak uśmiecha się do niego, bo... zdziela go w łeb strzelbą jeden z powracających żołnierzy, zdenerwowany nagabywaniem Fleminga. Kiedy wraca do kompanów, wszyscy myślą, że odniósł tę ranę w walce, a on nie zaprzecza. Podczas następnej bitwy, dla odmiany, Henry walczy jak szatan, chociaż wybudza się ze wszystkich dotychczasowych iluzji na temat wojny, zwłaszcza po tym jak podsłuchał rozmowę oficera z generałem, gdzie oboję wyrażają się o jego regimencie, jak gdyby to był zaledwie worek z piaskiem, który ma zatkać krytyczną dziurę. A on sam jest jedynie ziarnkiem piasku w tym worku.

Co jest niezwykłego w tej powieści? Jej kinematograficzność. Została ona wydana na długo przed tym, jak sugestywne i mocne wojenne sceny można było zobaczyć w filmach. Lwia część książki to opisy bitew i związanych z nimi hukiem, rozgardiaszem, potem, krwią, ranami i bólem. Crane nie daje naszej wyobraźni ani chwili wytchnienia, jest dla niej bardzo wymagający. To właśnie sprawia, że trudno przebrnąć przez książkę, chociaż zdecydowanie warto. Stephen Crane ma niepowtarzalny, „malarski” styl, którym czaruje już od pierwszego zdania książki.

Powieść wojenna. Pewnie antywojenna, wszystko zależy od interpretacji i spojrzenia. Zadaje fundamentalne pytania, z którymi prawdopodobnie zmagają się na całym świecie żołnierze i dziś: Czym jest odwaga? Męstwo? Czyżby nie wyrzutem sumienia? Próbą zamaskowania wstydu? Czy żołnierz jest tylko trybikiem, ziarnkiem piasku właśnie? Czy jego życie jako jednostki zupełnie się nie liczy?

A natura towarzysząca walkom, bliskość lasu, śpiewu ptaków – ta natura pozostaje niewzruszona, niewidoma na cierpienie, głucha na krzyki rannych. Trwa pomimo i trwa sama dla siebie.

Strasznie tęga i poważna wyszła mi recenzja, ale też taka ta powieść jest. Tylko w niektóych okazjonalnych dialogach między żołnierzami można doświadczyć odrobinę humoru. Polecam tę poważną pozycję wszystkim, którzy ciekawi są, jak ludzki umysł radzi sobie w ekstremalnych okolicznościach; wszystkim którzy chcą razem z Flemingiem „się spróbować”, nie z wizją nacierającego wroga, ale z sobą samym i swoimi dotychczasowymi wyobrażeniami o odwadze i męstwie.

„Szkarłatne godło odwagi” ukazało się w Polsce (pewnie jako wznowienie, może nowy przekład) jakiś rok temu, wydane przez wydawnictwo Interwers, w dziwnej serii 'Skandale i sensacje literackie'. Dziwne, czy nie, ważne, że jest na polskim rynku. Gdyż klasyki amerykańskiej często w polskich księgarniach brak. A szkoda.

2011-09-22

Mega-wpis zbiorczy o różnościach


Dobrze, czas na ogarnianie bloga. Za dużo się dzieje ostatnimi dniami, zmiany życiowe i tym podobne dyrdymały. Ale jest dość dobrze, bo:




Poza tym, cóż, nie ma co ukrywać tego faktu, posiadam teraz Kindle'a. Jest fenomenalny i świetnie mi się z niego czyta, muszę przyznać, że chyba jest wygodniejszy niż książka. Poręczniej jest go trzymać, kiedy się leży, że tak intymnie to opiszę. No i klasyka za darmo, za darrrmo. Już widzę jak całą zimę siedzę i czytam kompletny dorobek Jacka Londona.




Poza tym, oczywiście, że między Gronami, a Mango przeczytałam kilka książek, po czym byłam zbyt leniwa, żeby natychmiast skrobnąć jakąś recenzję. A jeśli nie zrobię tego najpóźniej dzień po skończeniu książki, to odechciewa mi się robić tego zupełnie i muszę się okrutnie przymuszać, a nie zawsze mam na to siłę. Ale wypiszę króciutko co jeszcze tego sierpnia przeczytałam i dorzucę moje arcyfascynujące wrażenia, plus ilustracja, żeby było dekoracyjnie i przaśnie:



„Cząstki elementarne” Michel Houellebecq – Książka oferuje niewiele oprócz niemożebnie dołujących rozmyślań o ludzkości. U Palahniuka jest podobnie, ale tam przynajmniej bywa zabawnie. Tutaj niekoniecznie. Mam wrażenie, że Houellebecq jest wieloletnim frustrataem, który pisze, żeby sobie ulżyć. Zresztą, można by to samo powiedzieć o wielu innych pisarzach, jednak z jego pisarstwa niestety nic nie mogę wynieść dla siebie.

„Everything is Illuminated” Jonathan Safran Foer – Bardzo dobra rzecz, na którą pewnie bym nie trafiła bez pomocy znajomej. Kiedy przeczytałam w jednym z blurbów (po co ja je w ogóle czytam?), że książka przełamuje nasze dotychczasowe postrzeganie języka, to pomyślałam sobie „Hm, no jasne, co druga niby to robi”. Ale ta powieść faktycznie tego dokonuje. Jest tutaj też humor, dzięki bogu, bo po "Cząstkach elementarnych" miałam ochotę kłaść się już do grobu, humor specyficzny i niesmowity, chociaż historia (czy też historie) same w sobie nie są optymistyczne.

„Women Hollering Creek and other Stories” Sandra Cisneros – Opowiadania ujdą, "The House on Mango Street" było jednak lepsze. Niektóre bywały przynudnawe, a w przypadku opowiadań jest to niemalże zbrodnia. Większość z nich opisuje życie Meksykanów w USA z kobiecej, bądź dziecięcej, perspektywy.

„The Monster and Other Stories” Stephen Crane – Crane ma potencjał zostania jednym z moich ulubionych piszących facetów. Trzy opowiadania w tomie, który posiadam, są jak wyraziste, proste i zdecydowane szkice, nie pozbawione jednak nuty impresjonistycznej poetyckości. Nic dziwnego, Crane był także poetą, a jego wiersze charakteryzują się oszczędnością w słowach. Obecnie jestem w trakcie lektury jego najbardziej znanej powieści „The Red Badge of Courage” ("Szkarłatne godło odwagi"), więc recenzja już wkrótce.

„Main Street” Sinclair Lewis - Ten, dość zapomniany, noblista zaskoczył mnie na plus. Książka opowiada nam historię młodej kobiety, która wychodzi za lekarza z małej miejscowości w stanie Minnesota, w nadziei, że jako wyedukowana i pełna radości życia osoba będzie mogła zmieniać i wpływać na kształt tej miejscowości. Na miejscu spotyka się jednak z oporem, a raczej upartą biernością, zaśniedziałych, filisterskich mieszkańców. Wbrew pozorom, ta prosta hostoria, zadaje wiele pytań nam samym. Czy nie czujemy się lepsi od innych bez żadnego powodu? Czy sami przypadkiem nie mamy w sobie wiele z filistrów?

"In The Neighborhood: The Search for Community on an American Street, One Sleepover at a Time" Peter Lovenheim - Nie bardzo wiem dlaczego zaczęłam czytać tę książkę, ale jakoś tak wyszło. Autor brata się z sąsiadami, aby udowodnić, że sąsiedzkość i sąsiedzi, to ważna instytucja w społeczeństwie, która obecnie została zaburzona. Jego zdaniem to coś na kształt znajomych, którzy mogą okazać się ważni w krytycznych momentach (nie tylko wtedy, kiedy mąki brak), ze względu na ich lokalizacyjną bliskość. Jego "badania" przeprowadzone są na jakiejś megabogatej ulicy w Rochester, NY, więc czułam się od bohaterów tej książki-reportażu dość oddalona.

"Drink Cultura: Chicanismo" José Antonio Burciaga - Dwadzieściaparę lekkich, i często żartobliwych, miniesejów o obecności kultury meksykańskiej w Stanach Zjednoczonych. Tutaj możemy się dowiedzieć o badziewności Taco Bell, o faktycznej ostrości papryczek jalapeño, o wadze święta obchodzonego w USA - Cinco de Mayo, i tym podobnych. Bardzo miła lektura, chociaż chętnie przeczytałabym coś podobnego, ale napisanego przez kobietę.

"Peeping Tom Tom Girl" Marisela Norte - Tomik wierszy kalifornijskiej poetki, która jest w zasadzie performance poet, więc jej wiersze pewnie nie brzmią na papierze tak dobrze, jak podczas publicznego odczytu. Podobno Norte pisze zawsze jadąc autobusem z domu do pracy, więc jej wiersze zawsze kończą się wtedy kiedy ma wysiąść. Ten przejazd autobusem przez Los Angeles rzeczywiście się w tej poezji czuje - obserwowanie świata za oknem i podsłuchiwanie ludzi, którzy stoją obok, a każdy widok i każde słowo przypominają o czymś z przeszłości.


Ponadto:

- Moje ulubione słowo angielskie ostatnimi czasy to kerfuffle. Wygrało ono z wcześniejszym moim faworytem: smorgasbord.

- Jest świetny wywiad z Elif Şafak. Pragnę teraz tego "Czarnego Mleka"

- No i kto wygra w tym roku Nike? Mnie zaintrygował Marian Pilot "Pióropuszem". Bardzo też bym chciała przeczytać "Obsoletki", ale trzech dych to ja za niecałe sto stron nie zapłacę. Wyd. Czarne szaleje niestety.

2011-09-02

"The House on Mango Street" Sandra Cisneros

Sandra Cisneros to amerykańska autorka meksykańskiego pochodzenia, kompletnie w Polsce nieznana, w Stanach zdołała sobie zaskarbić uznanie przynajmniej części mainstreamowej krytyki. No i zdobyła wielu czytelników. „The House on Mango Street”, wydana po raz pierwszy w 1984, to jej najbardziej znana książka. Cisneros to też całkiem nieza poetka. Może nawet poetką jest ona przede wszystkim, co zresztą znajduje swoje odbicie w konstrukcji tej minipowieści.

Bohaterką jest Esperanza, podobnie jak autorka, mieszkanka Stanów, a konkretnie Chicago, meksykańskiego pochodzenia. Z rodzicami, jako dziewczynka może 12-13 letnia przeprowadza się wraz z dość dużą rodziną po raz kolejny – tym razem na tytułową ulicę Mango. Jej największym marzeniem jest własny dom, własne miejsce („własny pokój” Woolf?), którego nie musi z nikim dzielić i gdzie nie musi po kimkolwiek sprzątać. Pomimo powierzchownego obrzydzenia obecnym domem i ulicą, każdy z rozdziałów książki opisuje sytuacje, które zachodzą właśnie w tych miejscach – to łaty i skrawki pamięci nieodwracalnie zszyte właśnie z tymi miejscami.

Rozdziały, średnio mają długość jednej strony, często przypominają swoim stylem rachityczne wiersze. Świat jednej ulicy widziany oczami dorastającej dziewczynki. Zdania są krótkie, często naszpikowane potocznymi wyrażeniami. Wiele postaci zostaje jedynie naszkicowanych, ale szkice są celne. Są to przede wszystkim młode dziewczyny, które prędzej czy później dostosowują się do modelu meksykańskiej kobiety, jak Rafaela, którą mąż zamyka w czwartkowe wieczory w domu, kiedy idzie grać w karty, bo uważa, że jest tak piękna, że może uciec. Albo te, które słono płacą za swoje wcześniejsze dostosowanie, jak Minerva, młoda matka dwójki dzieci, od której mąż uciekł. Wszystko brzmi delikatnie banalnie, może jak romansidłotwory z serii „true story, bro”, ale narracja, taka infantylna, a jednoczesnie spostrzegawcza i lakoniczna, nadaje się do relacjonowania tego typu historii idealnie, nie dopuszcza taniego sentymentalizmu, czy umoralniania.

Należy tutaj też pamiętać o perspektywie meksykańskich imigrantów i ich rodzin, bez nadziei na lepsze jutro, postrzeganych, także i dziś, przez amerykańskie społeczeństwo i rząd, jako „problem, z którym trzeba coś zrobić”. „Problemem” są głównie imigranci nielegalni, ale nawet Ci przybywający legalnie nie mają łatwego życia. Szczególnie ciężko mają kobiety – meksykanie są bardzo konserwatywni, jeśli chodzi o model rodziny i model idealnej kobiety (matka wielu dzieci, wstająca o świcie, by przygotować tortille, pobożna, łagodna, spolegliwa). Bieda i odrzucenie, które cierpią w nowym kraju popycha je jednak w zupełnie odwortnym kierunku, zwłaszcza młode dziewczynki, które bardzo szybko zachodzą w ciążę, muszą wychodzić za mąż, nie kończą szkół...

Interesuję się problematyką życia imigrantów w USA, więc podobnych lektur będzie u mnie na pewno więcej. Teraz otworzyłam sezon najbardziej oczywistą i, przynajmniej w Stanach, najbardziej znaną powieścią o tej tematyce. Gdyby kiedyś udało Wam się ją zdobyć, to polecam. Sama niebawem chyba przeczytam ją jeszcze raz, bo jej przeczytanie zajmuje najwyżej jeden wieczór, a jest to jedna z ciekawszych narracji z jakimi się ostatnio spotkałam.

2011-08-01

"Grona gniewu" John Steinbeck

Postanowilam, ze przez najblizsze kilka tygodni moje recenzje beda krotsze niz zazwyczaj, glownie dlatego, ze jestem w obcych krajach i mam tu moc rozrywek (co nie zmienia faktu, ze zdazylam przeczytac juz dwie ksiazki), a ponadto nie mam tutaj polskich znakow, mocno za nimi tesknie, a recenzje bez nich beda wygladaly kretynsko (taka mala rzecz, a taka niezbedna, te ogonki i kropki).

Dzisiaj notka bedzie o “Gronach gniewu” Johna Steinbecka. Za kazdym razem, kiedy czytam cos autorstwa tego dobrotliwie wygladajacego noblisty, jestem pod wrazeniem ogromnego ladunku wspolczucia i wiary w ludzkosc, ktorymi wypelnia on swoja proze. “Grona gniewu” to opowiesc o rodzinie drobnych rolnikow, ktora, z powodow materialnych, musi sie wyniesc z Oklahomy na Zachod, a konkretniej – do Kaliforni. Ksiazka zorganizowana jest tak, ze polowa rozdzialow jest faktycznie o losach rodziny, te rozdzialy sa dluzsze. A druga polowa to krotkie, czasem niemalze poetyckie, w wiekszosci bolesnie szczere, opisy zycia amerykanskiego spoleczenstwa w czasie Wielkiego Kryzysu.

W drodze rodzina Joadow traci niektorych czlonkow swojej rodziny, niektorzy umieraja, inny po prostu odchodza, znikaja. Jedna z najwazniejszych postaci jest matka. Jej imie nigdy nie pada w powiesci, jest po prostu matka. Zawsze posluszna mezowi, podczas podrozy stawia sie i rozkazuje, aby tylko nie dopuscic do rozbicia rodziny. Nie poddaje sie, do konca walczy z ciezkimi okolicznosciami. Jedna z najpiekniejszych postaci w literaturze z jakimi dane mi bylo sie zapoznac, chociaz pewnie jest to postac troche (moze bardzo?) nierealna. Spotykamy sie tez z Rosasharn, ciezarna, zagubiona corka. Albo z Tomem, synem, ktory wyszedl z wiezienia, gdzie siedzial za morderstwo w obronie wlasnej, a ktory, nie mozna sie oprzec wrazeniu, jest prawdopodonie jedna z najniewinniejszych postaci w tej powiesci.

Nie da sie nie dostrzec antykapitalistycznego tonu calej ksiazki, wiele obserwacji w niej zawartych moznaby odniesc do dzisiejszych zjawisk, np. bezpostaciowa, bezksztaltna, kafkowska i potworna postac Banku, ktory daje i odbiera, a ktorego pracownicy jedynie "wypelniaja jego wole". Jest w niektorych rozwazaniach Steinbecka moze i troche przesady, ale czasem trzeba troche przerysowac, zeby uwydatnic.

No i zakonczenie. Zupelnie nieoczekiwane. I otwarte.

2011-07-21

"Buddenbrookowie" Thomas Mann

Gdybym nadawała swoim notkom ciekawsze tytuły niż sztampowo – tytuł i autor, to zatytułowałabym dzisiejszy wpis „Buddenbrookowie, czyli studium neurozy,” gdyż wszyscy najważniejsi bohaterowie tej powieści cierpią na nią, w takim bądź innym wydaniu. „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny,” bo taki jest pełen tytuł, to powieść, którą Tomasz Mann zaczął pisać w wieku 22 lat, a ukończył ją w mając lat 25. A nie ma chyba bardziej neurotycznego przedziału wiekowego, niż ta niby-sielska dwudziestoparoletnia „młoda dorosłość.” I w tym miejscu, nawet z moją nikłą znajomością biografii noblisty, jego życie oraz opowieść o kupieckiej rodzinie z Lubeki zazębiają się.

Głównym bohaterem jest Tomasz Buddenbrook, obowiązkowy, sumienny, ciężko pracujący dla dobra spółki, odnoszący sukcesy nawet w polityce. Najstarszy syn, chluba ojca. Na początku poznajemy go jako zwyczajnego bystrego chłopca, który wyraża chęć pracy w kantorze wraz z ojcem, zdobywania zawodowego doświadczenia. Z czasem staje się coraz bardziej zauważalne, że Tomasz Buddenbrook jest tylko aktorem dźwigającym swoją rolę jak krzyż, podczas gdy jego wnętrze wypełnia tłamszona chęć nieokreślonego wyzwolenia, wspólnoty, być może nieśmiertelności. Nie ma on jednak w sobie wiele z bohatera romantycznego, który mógłby mieć podobne rozterki. Tomasz Buddenbrook do końca pozostaje w więzieniu burżuazyjnego etosu i wizerunku.

Kolejny bohater wybitnie neurotyczny to Chrystian, hipochondryk i fantasta. Nie jest zainteresowany kupiectwem, ani uregulowanym życiem. Jako kompletne przeciwieństwo Tomasza, biega do teatru, gdzie wręcza bukiety aktorkom, spędza wieczory w karczmach i opowiada na zebraniach rodzinnych niestosowne historie z pobytu w Ameryce Południowej. Czasem jednak wydaje mu się, że nie potrafi przełknąć jedzenia, że nerwy z jednej strony jego ciała „są za krótkie”, że ma nieprzepartą ochotę wyskoczyć przez okno. Z bladego chłopczyka zmienia się w karykaturalnego człowieczka, przypominającego niemalże jedną z lalek dziecinnego teatru, który otrzymał jego siostrzeniec Hanno…

O Hanno również warto wspomnieć. Syn Tomasza, jedynak, chorowity i nadwrażliwy. Opisy jego niespokojnego snu potrafią wywołać u czytelnika niemalże przerażenie, a na pewno jakiś nieokreślony dyskomfort. Po matce chłopiec dziedziczy miłość do muzyki, która ostatecznie pozostanie jego jedyną miłością.

No i na koniec zostawiłam sobie bohaterkę najbardziej mnie intrygującą – Tonię Buddenbrook. Siostra Tomasza, córka zdolnego kupca, Jana. Całe życie podejmuje się czynności, aby „zrobić coś dla nazwiska Buddenbrook” i wszystkie one okazują się niewypałami, które pogrążają rodzinę. Tonia, pod koniec książki nieco komiczna starsza kobieta przekonana o swojej „znajomości życia”, na początku powieści jest uroczą dziewczyną, która na letnisku poznaje młodego chłopaka „z ludu”, przyszłego lekarza i zakochuje się w nim. Rodzice jednak (oczywiście) nie zgadzają się na taki układ, więc Tonia wyrzeka się tej miłości, wychodzi za innego kupca i tuż przed odjazdem ze świeżo zaślubionym mężem pyta ojca, czy jest z niej teraz zadowolony.
„Upadek rodziny” musiał wyniknąć z jakiegoś błędu, hamartii – winy tragicznej. Wydaje mi się, że dla każdego ten błąd będzie w innym miejscu powieści. Dla mnie jest on wynikiem tego pierwszego małżeństwa Toni, zawiera się w tym pytaniu do „tatusia” – „Czyś teraz zadowolony ze mnie?” Przy czym nie jest to wcale pytanie sarkastyczne, ale pełne nadziei i poczucia wypełniania jakiegoś nadrzędnego obowiązku. Biedna Tonia.

Cała powieść jest taka jak przedstawienie Toni – współczucie i ironia, złośliwość i zrozumienie, dystans i wzruszenie są zmieszane ze sobą w taki sposób, że czytelnik oscyluje niemalże dziko między smutkiem, a drwiną w stosunku do bohaterów. A lista intrygujących postaci nie kończy się na tych czterech wymienionych przeze mnie… Trudno nie wspomnieć też o skrupulatnych opisach śmierci każdego, kogo ona w tym dziele spotyka, oraz o ciekawym podkreśleniu użycia języka i sposobu mówienia, jako część charakterystyki danego bohatera. To pierwsza rzecz Manna z jaką miałam okazję obcować i jest to prawdziwy majstersztyk, pewnego rodzaju sarkastyczny pastisz powieści realistycznej, sagi rodzinnej. Teraz to naprawdę nie mogę się doczekać „Czarodziejskiej góry.”