Strony

2011-04-01

"Hakawati. Mistrz opowieści" Rabih Alameddine

Ech. Tu właściwie mogłabym skończyć z moją recenzją. Nie tylko dlatego, że książka była dość nijaka, ale też dlatego, że jestem obecnie zarobiona. Uczę się jak dzika. Nie mam czasu na czytanie książek, chociaż nic innego nie robię tylko czytam. Albo powtarzam to, co przeczytałam. Pozostaje powtórzyć: ech.

Ale wracając do książki. Nie miałam wcale jakichś specjalnych oczekiwań, wiedziałam, że będzie to raczej coś czytadłowatego. Kiedyś przeczytałam fragment tej książki i spodobało mi się, koncept z przeplataniem fabuły różnymi opowieściami, które jakoś tam się wszystkie ze sobą łączą - wydawało mi się, że to dobre. I może sam zamysł ciekawy, ambitny, ale jakoś w tej książce się nie klei. Czułam się jakbym oglądała jedną z tych nowoczesnych bajek dla dzieci, gdzie wszystko skacze, wiruje i zmienia się zanim zdążę w ogóle się zorientować co się tak naprawdę dzieje. Więc mamy tutaj główną fabułę: jest główny bohater, Osama, który opowiada dzieje swojej rodziny. I są jeszcze opowieści, niby związane z fabułą główną, ale moim zdaniem ten związek jest grubo przesadzony. Osobą która spaja oba te "pola" opowieści jest postać dziadka Osamy, zawodowego hakawatiego, czyli mistrza opowieści właśnie. Zanim przystąpiłam do czytania najbardziej ciekawa byłam tych baśni, ale okazało się, że historia rodziny Osamy jest sto razy bardziej interesująca (co nie znaczy jednak, że była specjalnie fascynująca). Opowieści niby mają egzotyczny smaczek, jakieś tam morały, ale tak naprawdę były okrutnie nudne.

Niby mamy tu postacie z rodziny głównego bohatera, nie do końca określone, nie do końca opisane, co wzbudza zainteresowanie, czyni je tajemniczymi. Jest też bardzo delikatna sugestia odnośnie homoseksualizmu samego Osamy, jak i jego wujka Dżihada. Ale nie znajdziemy tutaj przemian, dojrzewania, refleksji, walki samego z sobą. Czyta się to to i czyta, tu baśń, tam papuga, tutaj jakieś bombardowania się czasem dzieją, a tam pałace emira. Miło chociaż, że dowiadujemy się co nieco o Libanie, o jego skomplikowanych dziejach, o jego wielokulturowości, ale wszystko takie ugrzecznione, udekorowane... Nic dziwnego, w końcu Alameddine napisał książkę dla amerykańskich czytelników, którzy pewnie o Bliskim Wschodzie wolą czytać w takiej konwencji - baśnie, opowieści, egzotyka, kolorowy Bejrut. Jakieś tam może i były rozruchy, ale tak bardziej z boku, jako dodatkowy kolorek. Spływały one po wszystkich bohaterach jak woda po kaczce. A po mnie jak woda po kaczce spłynęła lektura tej książki.

5 komentarzy:

kasandra_85 pisze...

Książka od jakiegoś czasu stoi sobie na półce i ... chyba jeszcze troszkę postoi. Dzięki za interesującą recenzję:)
Pozdrawiam!!

pandorcia pisze...

Chciałam tą książkę swego czasu przeczytać, ale teraz jakoś w ogóle mnie do niej nie ciągnie ;)

Justyna K. pisze...

To, czego nie można książce odmówić, to piękna i kusząca okładka ;) Ale widzę, że na okładce się kończy. Miałam na nią wielką ochotę gdy pojawiła się na rynku, jednak potem znalazły się ciekawsze lektury i ochota minęła. Spodziewałam się po niej zdecydowanie czegoś więcej, ale widzę, że były to oczekiwania bardzo wygórowane. No cóż, może kiedyś sama się przekonam, chociaż póki co nie jest mi zbyt śpieszno ;)

pani Katarzyna pisze...

@ kasandra & pandorcia: Ups, głupio mi trochę, że Was zniechęciłam. Weźcie pod uwagę, że ostatnio ogólnie jestem kwaśna, może i stąd jakoś nie miałam siły wykrzesać z siebie jakichś uczuć dla tej książki. Znowu chyba miałam za duże oczekiwania, to zawsze jest najgorsze.

@ Justyna K.: Tak, ta okładka jest naprawdę śliczna, aczkolwiek późniejsze wydania książki, które niestety posiadam i ja, mają zupełnie inną obwolutę, dość przerażającą: http://ksiazki.wp.pl/bid,17981,tytul,Hakawati-mistrz-opowiesci,ksiazka.html?ticaid=1c0d

Chociaż to pewnie zależy od gustu ;D

Justyna K. pisze...

O tak, niebieska wersja zdecydowanie lepsza ;)