Strony

2012-03-19

"Dziewczęta z Szanghaju" Lisa See

Lisa See teoretycznie mogłaby pisać powieści melodramatyczne osadzone w jakichś malowniczych, amerykańskich wioskach. Mogłaby być kolejną Jodi Picoult, albo kimś podobnym. Ale nie jest, głównie dlatego, że bohaterami jej powieści są chińskie kobiety, a ich akcja toczy się, zazwyczaj, właśnie w Chinach. I chwała jej za to, bo czystej Picoultowskiej twórczości nie mogę zdzierżyć. Proza See ma w sobie jednak sporo tego melodramatyzmu, który przechyla się w stronę czytadłowego bardziej, niż subiektywno-zagadkowego, ale nie aż tak mocno, żebym zaczęła wywracać oczami, wzdychać i ogólnie mieć ochotę zarzucić czytanie. Wręcz przeciwnie, jej powieści są bardzo wciągające, a jednocześnie nieirytujące. I dostarczają wiele bardzo interesujących informacji, aczkolwiek zawsze muszę pamiętać żeby podchodzić z dystansem do wszelkich kulturowych rewelacji w fikcji, czy jest to fikcja autorstwa See, czy Buck, czy Ma Jiana.

Wymądrzam się tak, jak gdybym przeczytała już wszystko Lisy See, a to jest dopiero moja druga powieść jej autorstwa, po Kwiecie śniegu i sekretnym wachlarzu. Dziewczęta z Szanghaju jest dla mnie interesująca nie tylko dlatego, że opowiada o jednej z większych metropolii Chin lat 30-tych, ale również przez wzgląd na tematykę imigracyjną, obraz życia chińskiej społeczności w Los Angeles. Podobnie jak w Kwiecie śniegu, głównymi bohaterkami są dwie dziewczyny, tutaj siostry, Pearl i May, gdzie narratorką jest pierwsza z nich. Mieszkają razem z rodzicami w Szanghaju, trochę rozpieszczone i płytkie, dostrzegają tylko radości i przyjemności, jakie przynosi życie. Mnóstwo barw i zapachów, kolorów; synteza wpływów Wschodu i Zachodu. Same dziewczęta pragną być jak najbardziej „zachodnie”. Ich sielskie życie kończy się wraz z bankructwem ich ojca, właściciela firmy wynajmującej ryksze, oraz wraz z inwazją Japonii na Chiny. Pierwsze doprowadza do zaślubienia May i Pearl z chińczykami amerykańskiego, jak na początku wierzono, pochodzenia. To drugie, o przerażających konsekwencjach, ostatecznie zmusza bohaterki do podążenia za wmuszonymi im małżonkami na inny, obcy kontynent.

Na początku czeka je długi pobyt na Angel Island, pacyficznym odpowiedniku Ellis Island. Potem życie pod jednym dachem z małżonkami i ich rodziną. Z początku ma się wrażenie, że rodzina będzie składała się z typowych, papierowych i czarnych bohaterów, ale See zadbała o to, by ich jednoznaczna ocena nie była taka prosta. Nie chciałabym się więcej rozpisywać o fabule, żeby niczego nie zdradzić ewentualnym przyszłym czytelnikom, bo powieść jest dość poważnie wypełniona różnymi sensacyjnymi odkryciami. Zwrócę jeszcze tylko uwagę na prawdziwą moc informacji zawartą w tej książce: kim byli 'papierowi synowie', jak była traktowana chińska społeczność w USA w czasie wojny z Japonią, a następnie podczas zimnej wojny, w jakich zawodach zazwyczaj pracowali chińscy imigranci. Sama nie wiedziałam, że ta ludność była tak dyskryminowana jeszcze w latach 50-tych. See dość odważnie rozprawia się z tym traktowaniem, nie usprawiedliwia Amerykanów, ani nie gloryfikuje Ameryki, chociaż główni bohaterowie szybko odkrywają, że stali się jej obywatelami, nie dzięki papierom, ani bynajmniej nie dzięki przywilejom, ale przez wszystko, co tu przeszli i przetrwali.

Warto też zwrócić uwagę na same główne bohaterki, o wiele ciekawiej przedstawione, niż te w Kwiecie śniegu, chociaż wciąż ich charakterologia, czy nawet przemyślenia bohaterki-narratorki, pod względem oryginalności oraz wnikliwości pozostawiają trochę do życzenia.

Mimo iż pisarstwo Lisy See nie jest zbyt wymagające (a przez to również średnio wynagradzające w głębokie przemyślenia), to jest jednak bardzo udane, wciągające i ciekawe. Na pewno w przyszłości sięgnę po inne jej książki, przede wszystkim po, nieprzetłumaczony jeszcze na język polski, sequel do Dziewcząt z Szanghaju - Dreams of Joy.

4 komentarze:

pandorcia pisze...

Byłam nią niesamowicie zachwycona, mimo, że jest ciężkostrawna. Ból i cierpienie i cała ta melodramatyczna otoczka z niej wypływa litrami i wsiąka w człowieczą duszę. Uwielbiam Lisę See, bo pokazuje realność i całą brzydotę tego świata i ludzkich zachowań, a jednocześnie daje człowiekowi czas na refleksje i poznanie całkiem innych, odmiennych czasów :)

pani Katarzyna pisze...

To połączenie z Chinami i historią najbardziej mi się podoba właśnie. Bez tego pewnie nie śpieszyłabym się ani trochę sięgać po jej kolejną książkę.

Chihiro pisze...

Przeczytałam dotychczas tej autorki tylko "Snow Flower and the Secret Fan" i była to przyjemna lektura, ale nie czuję, bym jakoś wzbogaciła się sięgając po więcej jej powieści. Odrobinę zbyt czytadłowata była ta książka dla mnie, no i Ty też piszesz, że w tej powieści See też przechyla się w stronę czytadła.

Temat ciekawy, o imigrantach chińskich czytałam "China Men" Maxine Hong Kingston, ale ona pisze o czasach wcześniejszych. Natomiast teraz przeczytałam wspomnienia Davida Mury, Amerykanina o japońskich korzeniach (trzeciego pokolenia), który też pisze o traktowaniu Japończyków i dzieciach imigrantów japońskich w latach II wojny światowej i w latach 50. - najpierw presja segregacji, potem przymusowej wręcz asymilacji, tak że drugie pokolenie nie mówiło już dobrze (a bywa, że wcale) w języku rodziców. Przykre.

pani Katarzyna pisze...

To fakt, jej pisarstwo jest czytadłowe, ale czasem lubię pocztać coś lżejszego i wolę wybrać Lisę See, niż jakieś pierdoły o rzeczach mi znanych i przez to nudnych. Lisa See często w swoich książkach stawia na sensacje, na filmową wręcz akcję, i to się czuje. Czasem to denerwuje. Mimo wszystko nie odmówię sobie tego sequela do "Dziewcząt", ale to pewnie w jakiejś tam przyszłości :)

Poza tym zawsze będę miała sentyment do "Snow Flower", bo to właśnie dzięki tej książce zapragnęłam czytać najpierw o historycznych Chinach, a potem literaturę chińską w ogóle.

"China Men" posiadam i czeka na swoją kolej, chociaż najpierw, jeśli już, to pewnie się zdecyduję na "The Woman Warrior", jako pierwsze spotkanie z tą autorką.