Strony

2012-04-30

"Pióropusz" Marian Pilot

W którymś miejscu natknęłam się na opis pisarstwa Pilota, jako realizmu magicznego. Pióropusz okazał się czymś znacznie ciekawszym – realizmem koszmarnym. I to wcale, a wcale nie znaczy, że książka mi się nie podobała. Wręcz przeciwnie, jestem wciąż pod dużym wrażeniem oryginalnego stylu i sposobu obrazowania tego, przez całe dekady pomijanego, pisarza.

Już sam opis książki mi się podobał (a przeczytałam go znacznie, znacznie wcześniej niż książkę udało mi się zdobyć). Uwagi o podobieństwie do pisarstwa Gombrowicza zdziwiły (Nikt przecież nie pisze tak jak on!). Wreszcie, w pewien sposób ucieszyłam się rozczarowaniem ludzi, że to akurat ta książka otrzymała Nike, i przeczytałam kilka letnich, jeśli nie szalenie krytycznych recenzji. Pomyślałam sobie: to będzie moja książka, moja mała perełka, nie zaszkodzi jej bestselerostwo żadne. Tak też się (chyba?) stało.

Od czego by tutaj zacząć? Pewnie od stylu. Na styl jestem wyczulona bardzo szczególnie, tak jak psy mają wyczulony węch. Uwielbiam style oryginalne, unikatowe, a jednocześnie naturalne. Gardzę kopiowaniem stylów, albo utratą kontroli nad nimi (schizofreniczne przestylowienie fatalne). Styl Mariana Pilota jest jednym z tych unikatowych. Niby dostrzegam tam trochę Gombrowicza, jego słowotwórstwa i absurdów, ale nie jest to ani taki sam styl, ani jego pochodna. Może jakiś dalszy kuzyn – który nawet nie wie, że jest tym dalszym kuzynem. Więc jest słowotwórstwo, jest gwara wiejska wymieszana ze zwrotami niemieckopodobnym i rosyjskopodobnymi. Przedstawianie rzeczywistości opiera się na niezwykłości słów, ich brzmieniu i zespalaniu się ze sobą. A rzeczywistość jawi się... koszmarnie. Narratorem jest chłopiec (idę na łatwiznę i przyjmuję, że to autor), zamieszkały w małej wsi (obecnie położonej na samym południu województwa wielkopolskiego), a czas akcji przypada na późne lata 40-te i wczesne 50-te XX wieku. Ojciec narratora zostaje aresztowany za niszczenie państwowego mienia (a tuż po II wojnie, w czasie PRL-u takie aresztowania to nie były przelewki), po czym matka dyktuje synowi, narratorowi naszemu, listy do ważnych urzędników, a także Bieruta i Stalina samego, za uwolnieniem ojca, bo on, dzieciak jeszcze, jest jedynym w domu piśmiennym. Ta fabuła jest jednak na drugim planie, na pierwszym planie serwowane są senno-koszmarne obrazy wsi, ludzi, szkoły, agitatorów. Wszystko płynie leniwie, ale dotkliwie, strasznie i śmiesznie, ale jednak bardziej strasznie... Aż do uwolnienia ojca, aż do przyznania się, że teraz pisania nie może już nic zatrzymać.

Od dawna nie czytałam też książki bardziej polskiej (chyba ostatni raz, faktycznie, jak czytałam Gombrowicza). Nie ma tutaj patriotyzmu, ruchów oporu, flag i orłów. Pilot prezentuje ważny wycinek polskiej historii – okres powojenny na wsi, kiedy tworzone były PGR-y, a agitatorzy chcieli „oświecać” ludność (podobny motyw oczywiście w Konopielce Redlińskiego), jednak polityka i kwestie narodowo-ideologiczne nie interesują nie tylko jego (co by było zrozumiałe, wciąż jest dzieckiem), ale także absolutnie kogokolwiek innego we wsi. A jednak to jest tak pięknie polska powieść – realizm koszmarny – nasz najprawdziwszy własny gatunek, eksploatowany przez Pilota pewnie przez całe dekady, a my o tym żadnego pojęcia nie mieliśmy (wstyd!). Realizm przeraźliwej biedy, ignorancji, życia ciągłego i jednostajnego pomimo i na przekór i bez końca. Wiejska matka, wiejski ojciec, wiejska izba, krowa, kura, koza. Polska wieś, którą wyparli wszyscy ze świadomości, z telewizji, z książek, z tradycji nawet. „Won ze wsią” zdają się mówić między słowami politycy, prezenterzy, sportowcy, nauczyciele, urzędnicy. A ta wieś jednak istnieje, kryje się w podświadomości, wieś polska lat 50-tych, wieś polska XIX wieku, wieś polska, kiedy nie było poza wsią polską nic oprócz może (kurna!) Gniezna. Kryje się, a czasem objawia, czasami się śni – groza, koszmar, zimno, izba, drzewa, stary młyn.

To, że nikogo nie obchodzi polska wieś, nie jest żadną tajemnicą. Podobnie, jak małe, utytłane buraczaństwem polskie miasteczka. A ja jako, przez pierwsze 9 lat mojego życia mieszkanka polskiej wsi, a przez kolejne 15 lat mieszkanka malutkiego miasteczka, odżyłam czytając Pióropusz. Nie tylko ja mam koszmarne koszmary, nie tylko ja wypieram swoją osobistą polską wieś z pamięci, świadomości.

Ale koszmar, wieś, gwara, to bynajmniej nie wszystko. Pióropusz jest monumentalnym esejem na temat sztuki pisania. Przez większość powieści nasz narrator pisze raczej niechętnie, aczkolwiek zdarza się, że robi to kompulsywnie i maniakalnie. To raczej jego matka staje się coraz bardziej przywiązania do dyktowania synowi listów, w których żali się na swój los, próbuje schlebiać adresatowi, w końcu dyktuje już cokolwiek, ale zawsze wyrażając emocje. I jest ojciec, z którego powodu pisarstwo w ogóle zostaje podjęte, ojciec, którego trzeba ratować. I w końcu ojciec, który przynosi narratorowi okulary, by ten, po kilku latach pisania listów przy słabym świetle, mógł na nowo dostrzec rzeczywistość i... stawiane przez siebie literki. Matka, jako ta, która dyktuje opowieści, a ojciec, jako powód tych opowieści (także, w pewien sposób, pośredni, a okazjonalnie bezpośredni, adresat), w końcu ten, który pozwala dostrzec świat, to przekonywujące i mocne symbole. Rodzice narratora nie są bohaterami ciepłymi, których przychodzi łatwo polubić, czy nawet zrozumieć. Ale oni są powodem, czy też Powodem, nie można ich odrzucić.

Na zakończenie dodam, że nie czyta się tej książki łatwo, to fakt. Można czasem się pogubić, zostać zbitym z tropu. I najlepiej czytać ją w dużych dawkach, po 50-60 stron za jednym razem, bo jak się będzie czytać jedynie po kilka stron, co jakiś czas, to niewiele się z tego zrozumie. Wytrwałych czeka pradziwa uczta. Być może czytelnik dopatrzy się znacznie więcej symboli i ukrytych znaczeń ode mnie. Być może przypomni sobie własne koszmary, te na jawie bądź we śnie. Warto sięgnąć po Pióropusz i dać się ponieść tej nieprzyjemnej, lepkiej, ale szczerej i, w jakiś kolektywno-świadomościowy sposób wspólnej, historii.

P.S. Nie wiem, czy akurat ta książka zasłużyła bardziej na Nike, niż inne. Zwłaszcza, że nie czytałam innych nominowanych książek. Ale cieszę się, że Wydawnictwo Literackie, oraz ta nagroda, „wykopały” dla nas Mariana Pilota. Tak ciężko uwierzyć, że prawie nikt o nim dotychczas nie słyszał. Chętnie przeczytałabym inne jego dzieła, na razie nastawiam się na wznowienie tomu opowiadań pt. Pantałyk. Zastanawiam się także, jak wielu jeszcze pisarzy jest zapomnianych i już nigdy nie „wykopanych”, a równie dobrych, a może nawet i lepszych od Mariana Pilota? Kto wie?

Brak komentarzy: